Ewa Schilling - strona autorska

Idź do spisu treści

Menu główne

Akacja

Fragmenty powieści

Muszę o tym napisać. Tylko na tym mi jeszcze zależy. Przez całe swoje życie pisałam jedynie listy i podania. A jednak muszę. Czeka na mnie Alsten. Miasteczko w kształcie igły, która zamiast uszka ma jezioro. Ale zacznę od siebie.
Maria Małgorzata lub Małgorzata Maria. Marią byłam w dzieciństwie, drugie imię, nigdy nie używane, nadano mi na prośbę przyjaciółki mamy. Chodziło tylko o to, by sprawić jej przyjemność. Spełniła przy mnie rolę akuszerki, a była I wojna światowa i nie należało wybrzydzać, że nie ma o tej czynności pojęcia. Maria to zresztą idealne imię dla służącej, a taka właśnie kariera mnie czekała.
Dopóki nie podrosłam, bawiłam się na podwórzu, obszarpana jak przykładne dziecko stróża. Chodziłam też dwa lata do szkoły, gdzie biłam się z chłopakami na piątkę, a obrywałam dwóje. Mój starszy brat też się uczył i dlatego nie mogliśmy dłużej robić tego razem - i tak obsesja matki na punkcie szkoły działała finansowe cuda. Na szczęście czytać i pisać nauczyła mnie sama. Twierdziła, że bez tego utonę w gnoju. Znalazła na to czas między rodzeniem kolejnych dzieci a praniem bielizny, zresztą wszystkie po nas - a było ich pięcioro - umarły. Ojciec przynosił czasami gazety od znajomego chłopaka, który je sprzedawał.
Jak skończyłam piętnaście lat, poszłam na służbę. Całkiem porządna, bogata rodzina żydowska, w Łodzi było ich wiele. Sąsiadki miały to mamie trochę za złe i mówiły, że mogła mi chrześcijański dom znaleźć. Ale ona mówiła, pamiętam, tak: "I brata znienawidzisz, gdy cię wyrzuci za próg, i Żyda pokochasz, gdy ci da chleba". Zresztą trzeba było chodzić tam, gdzie pracę dawali, a nie wybrzydzać na wyznanie. Potem ta rodzina wyjechała, a mnie jedna sąsiadka poleciła do "prawdziwie chrześcijańskiego" domu. Pilnowali, żebym chodziła do kościoła, za pocałunek z chłopcem mogłam stracić posadę, a pan mnie podszczypywał. Gdy chciał mnie już nie tylko pocałować, ale po prostu zgwałcić, uciekłam. Jego żona wiedziała, o co chodzi i dała mi referencje. Może bym się skusiła w końcu, bo tacy i inni obiecywali mi niestworzone rzeczy, ale panicznie bałam się tego, że mogę mieć dziecko. Prostytutki z ulicy nieraz podobnie zaczynały.
Przed wojną nie miałam chłopaka. A jak się zaczęła, to wszystko się zmieniło. Brata od razu na początku zabili Niemcy. Ojciec w sierpniu trzydziestego dziewiątego pojechał w Lubelskie, gdzie miał daleką rodzinę; w przewidywaniu wojny mieliśmy zrobić to wszyscy, ale ja zachorowałam. Zakazane kąpiele w gliniankach skończyły się zapaleniem płuc; pracy nie miałam od miesiąca. Rada w radę ustalono, że ojciec pojedzie pierwszy, a my dołączymy, kiedy tylko wyzdrowieję. Zanim to się stało, wojna wybuchła, matka czuła się bezpieczniej
w mieście, gdzie zresztą nie byłyśmy całkiem same. Pomagała nam organizacja, bo moja matka jeszcze przed trzydziestym dziewiątym rokiem została komunistką, siedziała też rok więzieniu. Nie należała do tych fanatyków, którzy w podżeganiu do nienawiści znaleźliby swoje miejsce wszędzie, w hiszpańskiej inkwizycji i partii nazistowskiej. Kiedy myślę o mojej matce i komunizmie, przypomina mi się Księżyc ulicy Pawiej - skłonił ją do tego smutek i głód. Ojciec zaś nie wrócił i nie wiem do dziś, co się z nim stało. Niejasne wieści głosiły, że we wrześniu uciekł do Związku Radzieckiego, a tam go wsadzili do łagru.
W październiku pojawiła się u nas pani mecenasowa, która nie miała gdzie spać. Sąsiad, Niemiec, z którym toczyła jakieś spory przed wojną, teraz pozbawił ją pieniędzy i mieszkania, perfidnie czyniąc to o północy – wygonił ją w nocnej koszuli na schody. Spłakaną i przestraszoną matka poklepała po ramieniu i nakarmiła cienką, ale ciepłą zupką. Mecenasowa pożyczyła od nas ubranie i poszła do znajomych po pożyczkę. Miała zamiar udać się do krewnych pod Skierniewice i z wdzięczności postanowiła zabrać mnie ze sobą, (na wsi zawsze lepiej), oraz przysyłać matce jedzenie. Przypuszczam, że widziała mnie w roli dziewki do wszystkiego, ale się pomyliła.
U tych znajomych, majątek nazywał się Jelonki, były trzy siostry: Wanda, Cecylia i Stanisława, córki gospodyni, socjalistki, zapalone do pracy z ludem. Wzięły mnie pod opiekę. Były inteligentne, sympatyczne, samodzielne, potrafiły śmiało myśleć, uderzyć pięścią w stół i nie znosiły obłudy, także seksualnej. Służącą tępiły we mnie systematycznie i z dobrym skutkiem, szybko zdecydowałam, że nigdy już nią nie będę. Odkryłam w sobie dumę i niezależność. W rezultacie przeczytałam niesamowitą liczbę książek, przerobiłam program szkoły średniej, zaczęłam palić i przespałam się z Bogusiem, który pojawił się w połowie 1940. Boguś używał prezerwatyw. Natomiast do żadnej partii nie wstąpiłam, bo praca służącej wyrobiła we mnie niechęć do bycia posłuszną. Robiłyśmy tam lekką konspirację, ludzie zjawiali się i znikali, szczęściem z samego majątku nikogo Niemcy nie zgarnęli.
Po wojnie spotkałyśmy się z matką, ale ja polubiłam samodzielność, a ona usiłowała udzielać się w partii. Skutek był ten, że wyjechałam do Warszawy, potem do Wrocławia, zdałam maturę i skończyłam kurs pedagogiczny, a następnie zdecydowałam się zamieszkać w byłych Prusach Wschodnich. Matka ze swoją uczciwością skończyła tak, jak to było do przewidzenia - kazano jej się nie wtrącać, choć tolerowano jako starą komunistkę z więzienną przeszłością; zanim skończyła im się cierpliwość, umarła na serce w 1950.

Pojechałam na pogranicze Warmii i Mazur. Rok 1948. Orłowo - miasteczko na tyle duże, że mieściły się w nim szpital i szkoła średnia,
a stacja kolejowa była odległa o trzy kilometry. Uczyłam polskiego, a miałam pole do popisu, bo i autochtoni, i przybysze zza Buga mówili gwarami. Sama przy okazji nauczyłam się po miejscowemu i wileńsku. Miasteczko było ładne i pełne zieleni. Trudno powiedzieć, że nawiązałam przyjacielskie kontakty z resztą nauczycieli czy z kimkolwiek, ale czułam się tutaj nieźle. W Jelonkach przyzwyczaiłam się do bliskości lasów i mimo, że po wojnie znów mieszkałam parę lat w mieście, z ulgą opuściłam je dla tych stron. Mieszkałam na poddaszu, skąd było bliżej do nieba, a gospodyni mnie nawet polubiła. Pozwoliłam sobie na kilka romansów dla rozrywki, czym wywołałam u niektórych zgorszenie, które mnie absolutnie nie martwiło,
Późną wiosną poznałam na zabawie, gdzie przypadkowo zaszłam, Franka z budowy. Wielki, rudy chłop, pochodził ze Śląska i gryzł się
w język za każdym razem, gdy chciał sobie "popierunować". Zakochał się we mnie od pierwszego wejrzenia, natomiast mnie zupełnie się nie podobał. Nie dawał mi spokoju, a ja go unikałam, bo nie lubię nikogo zwodzić. Mam wrażenie, że przed tym spotkaniem nic ważnego się nie działo, dopiero później dostrzegam pewien ciąg wydarzeń. A zatem po kolei.

Szłam ścieżką między łąką a lasem. Za skrzyżowaniem chciałam skręcić nad jezioro. Był upalny dzień lipca, piach prażył mnie w bose stopy. Cały czerwiec rozrywały się nad nami burze, lało i grzmiało, wypogadzało się tylko wieczorami. Teraz czułam, jak skóra mi schnie, złota od słońca. Polem, jeszcze zielonkawym, ktoś przeszedł, ale tak daleko, że go nie poznałam; mogła to być Alina, mógł być Ryjewski albo Kamiński.
Patrzyłam tam i nagle poczułam, że ktoś za mną stoi -
odwróciłam się wściekła, to był Franek. Milczałam, przysunął się. Ściekały mu krople po twarzy, nad nim żywicznie pocił się świerk. Długa, wytrzymana co do sekundy, chwila skończyła się pocałunkiem. Po którym zawstydziłam się. Odsunął się, żeby spojrzeć mi w twarz, a ja wyrwałam się i otarłam mokre czoło.
— Co ty ze mną robisz, Małgorzato? Już lepiej było, jak zwracałaś na mnie uwagi; bo jeżeli teraz zechcesz zabawy... — odwinął wyżej rękawy, lśniła skóra różowa od słońca.
— Przepraszam cię, Franek. Uległam tak zwanemu czarowi chwili, rozumiesz? Uległam chwili, słońcu, a nie tobie. Przepraszam, nie chcę się tobą bawić. Możesz być pewien, ze to był początek i koniec
— wzruszyłam ramionami.
— To ja już zupełnie nie wiem, jaka jesteś — poszliśmy dalej ścieżką. — Mówili, plotkowali, że jak ci się kto spodoba, pozwalasz mu do siebie przyjść, a potem go odprawiasz. Ja myślałem, że jesteś samotna i czekasz na kogoś, kto pokocha, a stare baby cię obgadują. Teraz jestem jeszcze i bardziej głupi, i bardziej zakochany.
— Boże święty, Franek, jaka ja jestem, to ci do niczego nie potrzebne. Nie będziesz moim mężem i nie prześpisz się ze mną. Masz moje słowo honoru. A teraz pójdziesz grzecznie na obiad, a w każdym razie zrezygnujesz z mojego towarzystwa, bo idę nad jezioro i będę się kąpać nago, pojąłeś?
Zatrzymaliśmy się koło akacji; huraganowy wiatr zwalił ją poprzedniego dnia. Po moich słowach Franek zmienił się na twarzy, pomachał rękami, splunął pod nogi i poszedł z powrotem. Usiadłam na chwilkę w trawie przy akacji. Odurzył mnie jej słodki, tajemniczy zapach.
Nad jeziorem zostałam do wieczora. Puste, maleńkie plaże, które tylko ja znam. Spokój tak ogromny, że nie trzeba myśleć. Leżałam na piasku, zmęczona pływaniem, strzepywałam komary, a wonie pokrzyw i mięty biły pod niebiosa. Ciemniało, tabuny cieni zajęły las, bronił się tylko skraj jeziora i nieba. Uderzyła mnie czerwona strzała słońca; przecięte ciało lśniło pomarańczowo. Potarłam ramiona pokryte gęsią skórką i pomyślałam o śmierci. (Nowi gdzieś ludzie w sto lat będą po mnie patrzący - marli). Przyjdzie tak samo jak zmrok, spędzi mnie
z plaży chłodem, każe się ubrać i pójść, do wynajętego pokoju? Co ja jej powiem, gdy idąc obok, będzie chciała poznać moje życie, moją relację z życia? Znudzi się niechybnie.
Wyszłam na leśną ścieżkę, odpędzając wizję surowego kobiecego oblicza tuż obok. Wyobraźnię mam aż za żywą. Co prawda śmierć powinna zrozumieć, że specyfika odbierania mnie przez mężczyzn nie zależy ode mnie. Mogę moich kolegów ze szkoły przeprowadzić przez Morze Czerwone, nawet by nie spostrzegli, że mają głowy pod wodą. '
Mam jasne włosy, szare (dobrze, że nie niebieskie) oczy i pewność siebie. Lubię chodzić w marynarkach, palić i pokazywać długie nogi. Seks czasem traktuję jak jedzenie i picie i wtedy zwykle zaspokajam się sama; czasem potrzebuję bliskości i złudnego porozumienia z ciałem równie po ludzku bezbronnym, jak moje. Nie zaciągam zobowiązań. Nie potrzebuję sprzątać, prać, gotować i bawić dzieci, gdyż będąc służącą wyrobiłam normę za pięć małżeństw. Miałabym też ochotę spróbować z kobietą; w Stasi, jednej z tych kuzynek, chyba się zakochałam. Ale z nią nic nie wyszło, a innej nie spotkałam. Przesadziłam może trochę, jeśli chodzi o kolegów: "Ryjek" (Ryjewski) - kocha alkohol i botanikę, a Kamiński jest w ogóle nietypowy, ale to już ich sprawy.
Noc zatuliła mnie w granat; u wylotu drogi natknęłam się na ciemną postać i zanim wzięłam ją za śmierć, rozpoznałam Alinę. Odpowiedziałaby na "dobry wieczór", ale woli, jak do niej nie mówić, więc zrobiłam jakiś ruch głową, a ona wolno podniosła nieco lewą dłoń. Spotkanie z nią rozproszyło tamte myśli i położyłam się spać myśląc o następnym dniu.
Rano siedziałam z Sigridą przy stole, segregowałyśmy groch i czereśnie. Groch był niedojrzały, czyli taki, jaki lubię zjadać; z czereśni miał być kompot. Tłumaczyłam Sigridzie  że wyjdzie mdły i wybierałam je garściami.
— Czarną Jachtę widziałam, daj mi trochę — nadstawiła pomarszczoną dłoń.
— Nie chodź dziś na jezioro. Zjesz mi wszystko, ty bestyjo ... — szybko przysunęła do siebie miskę z owocami.
— Czarna Jachta pewnie ludzi zjada? — zainteresowałam się.
— Kto ją tam wie. Chmura to jest, źle wróży rybakom. Mojemu mężowi kiedyś ryby w górę poniosło, innym razem sieć pękła, choć nowa była, raz łódkę wzięło zakręciło i na polu postawiło.
— O kłobuku mi powiedz, dobrze, Sigrida?
— Ano jajecznicę wystaw mu pod próg, to sam przyleci — zachichotała. — Później, teraz kompot trzeba robić.
Wzięła się do roboty, a ja jadłam groch. Nie potrzebowała pomocy, mimo, że miała ponad osiemdziesiąt lat. Albo i więcej, bo dokumentów żadnych nie miała, dopiero po wojnie ktoś w urzędzie wpisał jej rok urodzenia wzięty z sufitu. Sigridę tenże piśmienny idiota zmienił na Stanisławę, ale nikt tak do niej nie mówił, oprócz milicjanta. Miała to w pogardzie, nie dbała o papiery. Rządziła domem; jej wnuczka, już po czterdziestce, (córka nie żyła, dwóch synów mieszkało na wsi), która mieszkała na dole, rozgadana jak cały magiel, milkła na jedno jej słowo.
Sigrida wchodziła swobodnie na poddasze, gdzie mieszkała w pokoju obok mojego. Była zresztą wyjątkowo niekłopotliwą sąsiadką, bo praktycznie całe dnie przesiadywała w kuchni bądź ogrodzie. Na poddaszu zaś miałyśmy obie dużo spokoju, bo prowadziło do niego osobne wejście. Za niewielką opłatą dostawałam obiad, Sigrida mawiała też zwykle: "Dzisiaj pranie, dorzuć tam swoje", a jej Gertruda pochylała się posłusznie nad balią. Weszła teraz do kuchni, zasłaniając całe drzwi. O ile babka, mała, drobna, siwa, przypominała puch dmuchawca, to wnuczka kojarzyła mi się z beczką kiszonych ogórków. Tym bardziej, że myła się zdecydowanie za rzadko. Wbiegł za nią chłopczyk, schwytał kota śpiącego pod piecem.
— A psik, zostaw go —
Sigrida machnęła mu łyżką przed nosem. Zajęłam się kotkiem, rzucając mu kulkę skręconą z gazety. Skakał i szalał tak, że sięgał tylnymi łapami niemal za głowę. Sieknął deszcz, krótki i gęsty, prześwietlony słońcem. Kiedy otworzyłam drzwi, na bladoniebieskie niebo położyła się tęcza. Przylgnęła do niego jak człowiek do człowieka. Czekałam na podwórku, aż zniknęła.
Przespacerowałam się na rynek, a zza wszystkich płotów wyglądały do mnie jaśminy. Na rynku skręciłam w prawo, do domu doktorostwa Sadowskich. Ona uczy mnie niemieckiego i angielskiego. On niknie w fotelu, nie odzywa się, tylko przysłuchuje, dopóki nie zejdziemy na aktualne tematy polityczne. Polityka oznacza, że doktorowa ogłosi nam, co by się działo, gdyby żył Piłsudski. Dzięki Piłsudskiemu wygralibyśmy wojnę sami, pobili Związek Radziecki i anektowali przy okazji Rumunię. Daje też do zrozumienia, że woli rząd londyński od warszawsko-sowieckiego.
Tego dnia omawiałyśmy jeden z wierszy Heinego oraz Goethego - "Cierpienia młodego Wertera". Doktorowa bowiem po zapoznaniu mnie
z gramatyką, (niemiecki znałam słabo), przerzuciła się na literaturę, której była miłośniczką Metoda dydaktyczna ryzykowna, ale mnie odpowiadała. Oprawne w skórę dzieła tamtych autorów przeszły z nią przez Powstanie Warszawskie i żadne płomienie ani dymy nie uszkodziły ich welinowych kart, tak samo jak przekonania, że z Niemcami łączy nas kultura Zachodu "Cierpienia" były dla mnie równie wstrząsające, jak opis ukąszenia przez dżdżownicę, ale moja nauczycielka miała wilgotne oczy.
— Nie wzruszaj się byle głupstwem
— mruknął doktor znad gazety.
— Jerzyk! To był Goethe! Włóż tę książkę na półkę, proszę cię — odwróciła się z chusteczką w ręce.
— Nie tak, to po żydowsku
— skarciła go. Spojrzałam pytająco.
— Po żydowsku to odwrotnie, bo Żydzi pisali z prawej do lewej — wyjaśniła. Sięgnęła po kawę w filiżance w drobne różyczki. — Oni w ogóle byli odwrotni — zadumała się.
— Tak, mówiło się, że Żydówki ...
— Jerzyk, na miłość boską, nie jesteś w wojsku, tu są dwie kobiety! A co do Żydów, to nie wiem, czy pani się z nimi bliżej zetknęła, ale ja tak
i uważam, że ich miejscem jest Izrael. Nie to, żebym była antysemitką, ale oni są tak osobni, tak obcy, że nie ma sensu, by żyli tu razem z Polakarni. To są dwa kraje w jednym. Na dodatek oni się strasznie mnożą, przed wojną całe miasteczka były żydowskie, w Warszawie też na każdym kroku ich pełno, przecież by nas zjedli! Izrael z Polski by zrobili, prezydentem stałby się jakiś Szmul Rozenbaum, do tego by doszło. Wyobraża sobie pani? A te interesy, oni tylko się zmówili i każdego, kogo chcieli, do bankructwa doprowadzili; z zagranicą też mieli powiązania, każdy Żyd miał rodzinę, a to w Niemczech, a to w Ameryce. Naprawdę nie jestem zdania, że można ich było tak okrutnie mordować, ale powiem pani, ulżyło mi, że już nie ma tych okropnych handełesów, szmoncesów i "gewałtu". Jaki oni język mieli okropny - czy pani zauważyła, samo brzmienie ...
— Janinko, nie gorączkuj się. Prawda, było to uciążliwe, zwłaszcza gdy ten Ajzenberg nieuczciwą konkurencję mi robił, ale było dawno, po co się denerwować, kochanie
— doktor uśmiechnął się łagodnie do żony.
— Pani nic nie mówi? Zagadałam panią, a w dodatku jest druga — zerknęła na pozłacany zegar. Dwie nimfy trzymały amforę z tarczą, były uśmiechnięte i piękne.
— Po co mówić o czymś, czego nie ma? —
zapytałam z niechęcią. Mogłam jej najwyżej powiedzieć, iż kiedy dostałam wiadomość, że Ruchla Zimmerman, córka krawca z tej samej kamienicy (czasem bawiłyśmy się na podwórku) i jej rodzina umarli z głodu w getcie, nie sprawiło mi to żadnej ulgi.
— Ma pani rację. Zapraszam na obiad.
Nie przepadam za kuchnią doktorowej, rodem z czasów monarchii austriacko-węgierskiej, czyli uwielbiającą sosy i wołowinę. Mimo że znam głód, nie lubię tego, wolę drób, ryby i sałatę. Zaproszenie przyjęłam, żeby jej nie obrazić, zależy mi na lekcjach; niezręcznie bym się czuła, prosząc o pomoc szkolną anglistkę, która także znała niemiecki. Przy stole na dłuższą chwilę zapadło milczenie.
— Co to czuć? — doktorowa obróciła się w stronę okna.
— Obiad się komuś przypala
— odparłam.
— O Boże, jak ja nie cierpię zapachu spalenizny! Z getta szły straszne dymy, jak w kwietniu czterdziestego trzeciego Żydzi zrobili to powstanie, rychło w czas zresztą. Najpierw pozwolili cały naród wymordować, a potem paru ostatnich przypomniało sobie, że można walczyć tak jak Polacy. Swoją drogą, niektórzy się na tym wzbogacili, załatwiali sobie pożydowski dobytek, sama widziałam. Jak tak można było zrobić, to okropne, hańba. A tam takie rzeczy się działy, że patrzeć nie było można! Kobiety z okien
...
— Janinko, nie przy jedzeniu, proszę.
— Dobrze, dobrze, bo też ja jestem taka wrażliwa na zapachy. Jeśli ktoś się przy mnie za silnie perfumami skropi, to mdleję. Zygmunt mi ostatnio takie śliczne przywiózł z Warszawy, podobno ktoś miał z przedwojennych zapasów. Ach, właśnie napisał, że przyjedzie w tym tygodniu, najpóźniej w przyszłym. Mój student medycyny jest na drugim roku, mówiłam pani?
— Tak, mówiła pani.
O trzeciej poszłam. Zegar zabrzmiał kurantem jak śmiechem nimf. Należał kiedyś, jak i cały dom, do zegarmistrza. Zegarmistrz nazywał się Abraham Rubin, ale mimo to przeżył wojnę, w ostatniej chwili uciekając Niemcom. Jego dom zajął hitlerowiec, który lubił zegary. Abraham pojawił się tu, ale wszystko wywieźli Rosjanie, zaś doktorowa przywiozła już swoje meble i dywany, które, jak mi się wydało, gdy kiedyś podnosiłam upuszczoną książkę, czuć jeszcze było leciutko spalenizną. Zegar z nimfami wykopała w ogródku - tam Niemiec schował przed Armią Czerwoną najpiękniejszy okaz z kolekcji. Nie wywiózł, może myślał, że jeszcze tu przyjedzie. Abraham pojechał do Izraela bez cząstki ocalonego czasu. Nimfy nie zaznały więcej żydowskich godzin.
Wróciłam do siebie i zaczęłam czytać wiersze Goethego, zdając sobie sprawę, że doktorowa nie omieszka sprawdzić następnym razem moich umiejętności. Na czystej kartce widniał exlibris - orzeł z książką w szponach i godność doktorowej: Janina Esmeralda Sadowska. Pamiętam, jak radziła mi, żebym wymyśliła sobie swój; "Małgorzata Maria Lorych" to nawet nieźle brzmi" - twierdziła. Oczywiście nie wiedziała, że proponuje to byłej służącej, dla niej moja matka i ja przed wojną byłyśmy nauczycielkami, a ojciec umarł. Na nic jej nie była potrzebna moja prawda, a ja cenię sobie komfortowe warunki podczas lekcji. Nie zwracałam jej także uwagi na to, że Zygmunt należy do ZMP. "To zupełnie nie związany z ideologią, czysto praktyczny postępek", oświadczyła aptekarzowej.

Noc przegoniła ptaszyska uporczywe, chmury głuche, które czepiały się kościelnej wieży. Nienazwane, bolesne światy. Teraz jak kochankowie przekomarzali się – jaśmin zbyt słodki i lipa wietrzna. Przeszłam się po ogrodzie, posłałam łóżko, ale przysiadłam na parapecie
i znów się zapomniałam. Wzrokiem pobiegłam ku kościołowi. Za wieżą był cmentarz, poziomki i dzikie róże, jakby na wyciągnięcie ręki - nocą świat jest skupiony, bliższy i gęstszy. Niebo żyło jak ziemia, lecz ciszej i świetliście, gwiazdy, litery Boga. To niebo na mnie spływało i oplątywało czarną dławiącą pieszczotą. Tej nocy śniło mi się, że latam.

Poszłam do sklepu po herbatę. Stało tam kilka bab, oddających się żywej pogawędce i niemrawym zakupom. Na swojego ulunga czekałam ze dwadzieścia minut, w tym czasie weszła matka Helgi. Kobieta ta miała oczywiście imię, ale zawsze pięć minut je sobie przypominałam - Waltraud. Helgę uczyłam w szkole - mówiła jeszcze chropawo, ale już poprawną polszczyzną. Dobrze się uczyła, była spokojna i nie pozbawiona pewnej cichej urody. Tolerowano ją, choć zdarzały się uwagi i zaczepki okraszone niezmiennie "tą Niemrą". O matce zaś opowiadano, że do dziś żałuje nazistów i Hitlera. Jej mąż, żołnierz Wehrmachtu, zginął na wojnie. Miał polskie pochodzenie - nazywał się MasIinski; natomiast Waltraud była z domu Schandt. W domu oboje mówili po niemiecku – Helga nie znała przedtem ani jednego polskiego słowa. Waltraud tego języka nauczyła się także dopiero teraz - niechętnie i pod przymusem. Zachowywała się na ogół dość nieprzyjemnie, wskutek czego nie oszczędzały jej babskie ozory. Komentowano jej obrażone miny, ostentacyjne stronienie od sąsiadów. Ośmielała się nawet nawoływać córkę zza płotu: Helga, komm nach Hause. Pracowała jako sprzątaczka w ratuszu, nie przelewało im się.
Weszła, stanęła w kącie; nie zdążyłam jeszcze zapłacić za herbatę, gdy po narzekaniach Stefańskiej, jak to w przedwojennej wileńskiej wsi miała dwadzieścia kur i jajka sprzedawała na targu, a teraz - kupuje, dobiegł mnie szept: "Za Hitlera też miałam dużo kur". Powiedziała to po polsku. Nie wiem, czy ktoś usłyszał, byłam już w drzwiach. Potem pomagałam Sigridzie pielić grządki ogórków. Po jakimś czasie zrobiłam sobie przerwę i położyłam się w cieniu.
Szept w sklepie przypomniał mi, że kilka dni przed zakończeniem roku szkolnego przechodziłam koło boiska i zobaczyłam jak pięciu chłopców z trzeciej klasy bije jednego - Reiniego (Reinholda) - znałam go, szkoła średnia i podstawowa mieściły się w jednym budynku, część pedagogów uczyła w obu. Taki sobie zwykły chłopak, tyle, że nazywany Szwabem czasami odgryzał się, a po polsku mówił nie najlepiej. Kiedyś, pamiętam, oświadczył, że "zanim tu Polacy nastali, można było drzwi nie zamykać, a potem zaczęli wszystko kraść". Musiał to
w domu usłyszeć i powtórzył, żeby się zemścić na tych przezywających. Teraz obrywał lanie za to i za wszystko inne. Oparta o ogrodzenie patrzyłam na bójkę i nie drgnęłam, póki nie skończyli; wtedy podeszłam i dałam im porządną burę.
Tego samego dnia szłam przez rynek, między furmankami, bo tamtędy wiodła najkrótsza droga w stronę jeziora. Z biblioteki mieszczącej się w bocznej uliczce wyszła Alina, jak zwykle nieprzytomna, to znaczy niezwracająca na nic uwagi. Niektórych to drażniło. Doktorowa, na którą się właśnie natknęłam, uważała, że Alina w ogóle nie powinna pracować, tylko się leczyć. Wachlując się pękiem chrzanu, stanęła i powiodła wzrokiem za niknącą w cieniu kościoła sylwetką.
— Ładna, a taka biedna, prawda? Widziałam kiedyś śliczną Żydóweczkę, całkiem do tej Żychlińskiej podobną. Wie pani, bywały takie typy prawie polskie. Ciekawe, że ona tam w bibliotece siedzi, słyszałam, że już przed wojną była komunistką. Nie chciała więcej? Nie napisała podania do współziomka w Warszawie? Swoi swoim krzywdy nie zrobią, teraz tak ich mało, za to znaleźli sobie dobre posady, o, wysokie posady
...
— Niech pani przestanie z tymi Żydami, pani ma obsesję! Tęskno doktorowej do tych handełesów? Nie, to i lepiej, bo by się upomnieli o te dywany, one jeszcze śmierdzą! A może to kompleksy? Stara krowa nazistowska! — musiałam powiedzieć te słowa, nie mogłam dłużej dusić ich w sobie.
Doktorową zatkało w sposób, który groził apopleksją, spoglądałam na to z przyjemnością. Zamrugawszy oczami, zaczęła mi wymyślać:
— Jak p-pani śmie! P-pani mnie obraża! Pani jest f-flądra! M-makrela! Dziewka ze wsi! Służąca! — jąkała się ze zdenerwowania. Sprawiła mi tym prawdziwą radość. Idąc bez pośpiechu dalej, czułam się lekko i trochę podobnie jak po orgazmie.
Zastąpił mi drogę roześmiany Franek. Od czasu tamtego pocałunku nie szukał mnie i nie podrzucał goździków, tych małych różowych, których zapach kocham.
— Aleś jej powiedziała! Doktorowa, legionowa, stara krowa nazistowska. Ma za swoje, ona nie lubi tych, co z gnoju wyszli, inteligencja przedwojenna. Po mężu nazwisko, to i inteligencja po nim — zachichotał. — Ponoć nie odróżniał syfilisu od trypra. A majątek zgarnął na uchylających się od wojska. Zaświadczenia dawał lekką rączką za ciężkie pieniądze. Ach, co z ciebie za ziółko, Małgorzata, żeś jej tak przyfanzoliła.
— Ziółko? Lubczyk skrzyżowany z pokrzywą — odparłam.
— Dla ciebie mam tę stronę od pokrzywy, to lepiej zawróć — zaśmiałam się. Franek się nie obraził i odchodząc zawołał:
— A może ci coś postawić z tej okazji? Oranżadę?
— Postaw sobie coś innego — odkrzyknęłam. Ponieważ zauważyłam zgorszone spojrzenie grupki bab ze Stefańską i Wilkanowską na czele, rzuciłam wyjaśniająco w ich stronę: — Pasjansa!
Nie jestem pewna, czy tego, czy następnego dnia, gdy wróciłam do domu, Sigrida prawie od drzwi zaczęła mi opowiadać o marach i czartach cmentarnych. Zielonkawe niebo zamazane było atramentem niskich chmur, pochłodniało i jaskółek nie było widać. Sigrida jadła truskawki, Gertruda z mężem furmanem siedzieli u siebie w izbie, nie lubili naszej komitywy; może obawiali się moich łask u wszechwładnej babki lub nie chcieli się narazić na jej "stul pysk", obcesowo kończące plotki o czyimś prowadzeniu się bądź o "hołocie zza Buga". Gertruda
chyba też miała kiedyś więcej kur. — Nie chodź ty nocami ścieżką przy cmentarzu, Małgorzatko. A chodziłaś niedawno, widziałam; to niebezpieczne. tamtędy tylko w dzień, na grób i już, to nie miejsce na spacery. Czart ci ścieżkę zmyli, zgubi. A te błota nad jeziorem też niedobre, tam topnik siedzi, wciąga w głąb. W jeziorze się kąp, ale bagien wystrzegaj, pamiętaj. Tam jeszcze kogoś nocą na cmentarz zaniosło, tę, co tu chodzi po polach, ty ją może znasz, ja do nowych ludzi głowy nie mam. Powiedz jej o marach, niechże uważa. Zjedz te truskawki, coś taka smutna? Na mary też są sposoby, ja ci powiem — dłoń Sigridy, plątanina żył, brunatnych wklęśnień, zadrapań, dotknęła lekko mojej głowy. — Sierota, co? Samotnie ci tu, chociażeś nie dziecko? Nie podoba ci się żaden na męża?
Nie pamiętam, co jej odpowiedziałam.

Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego