Ewa Schilling - strona autorska

Idź do spisu treści

Menu główne

Błogosławieństwo

Opowiadania

— Krysiu, załatwiłam mieszkanie dla ciebie — oznajmiła z szerokim uśmiechem Janka. Życzliwe niebieskie oczy promieniały. Odwróciłam się od nieba za oknem.
— Kawałeczek za Starym Miastem, taka boczna uliczka. Ten dom zajmuje tylko niemiecka lekarka i Polak, z którym, jak mówią jest w bardzo bliskich stosunkach — zniżyła głos. Zawsze starannie dobierała słów, żeby choć trochę zniekształcić rzeczywistość. „Z którym sypia ze względu na nowe realia”
przetłumaczyłam sobie.
— Dom jest mały, tylko cztery pokoje, ale będziesz miała spokój. A tę lekarkę pewnie niedługo deportują, nie przejmuj się nią. Nie będzie ci przeszkadzać, ma dyżur w szpitalu albo odsypia, tego Polaka też ciągle nie ma, robi interesy. Wszystko załatwiłam. Jutro pokaż się u Leona, da ci papier.
— Dziękuję, naprawdę bardzo dziękuję — powiedziałam sztywno. Nie znoszę okazywania wdzięczności. Na szczęście Jance Kornackiej satysfakcji dostarczało działanie: wyszukiwanie, zdobywanie, znajdowanie, organizowanie. Czuła się spełniona, mówiąc „załatwiłam to”. O nic jej nie prosiłam; wspomniałam tylko raz, trzymając się za bolącą głowę, że mieszkanie z Gołębiewskimi to męka piekielna. Oboje mieli zwyczaj wrzeszczenia do siebie; on niby nie dosłyszał, chociaż ja niczego nie zauważyłam. Piątka dzieci bawiła się w rozstrzeliwanie i łapanki, co rodzicom absolutnie nie przeszkadzało. Uderzały przy tym butami w ścianę. Dzieciaki rzucały kamykami w moje okno, bębniły w drzwi
i śpiewały na cały głos. Miały ukochaną balladę o trupie który „z trumny wstał, do stołu siadł i obiad zjadł”, kończyła się frazą „uśmiechnął się i wszystkich udusił”. Trupy mi nie przeszkadzają, ale głosiki miały fatalne. Pikuś, pies który się do nich przybłąkał, to była skóra i kości, podejrzałam kiedyś, że Gołębiewscy karmią go obierkami od ziemniaków. Powiedziałam, że pies to nie świnia i od tej pory do ballady dołączył przepity bas ojca rodu. Gołębiewskiej z kolei zawsze przeszkadzałam w kuchni. Obojętnie o jakiej porze bym weszła, słyszałam „Niechże pani poczeka aż skończę”. Śniadanie musiałabym jeść w południe, obiad o północy.
Zabrzmiał dzwonek. Z przyjemnością zabrałam się do wypisywania wzorów – abstrakcja jest jakimś azylem. Cieszyłam się że uczę
w gimnazjum; arytmetyka w początkowych klasach jest jeszcze zbyt realna. 1,2,3,4,5... 105 dzieci. Jeśli codziennie umiera z głodu 5 dzieci ile ich będzie martwych po 7 dniach. 105. Całki, tangensy, liczby urojone nigdy się z tym nie zetknęły; w każdym razie bezpośrednio. Tylko rachunek prawdopodobieństwa bezlitośnie mełł dane a wynik był niemożliwy do uzyskania. Jaką szansę na przeżycie mają pozostałe?
Janka po lekcjach jeszcze mi przypomniała, żebym jutro od razu poszła do Leona, do ratusza. Gustaw fuczał coś w swoją brodę. Od kiedy nie dałam się zaprosić na spacer, mówił mi tylko „Dzień dobry” i „Do widzenia” z głębokim wyrzutem. Janka śmiała się, twierdziła, że mu przejdzie, że zaprasza każdą kobietę i w gruncie rzeczy lubi romantycznie cierpieć. Jeremiasz, zwany Jeremim, siwy, wąsaty typ szlachetnego szlachcica, uderza lekko linijką o parapet i powtarza „Rózeczką dziateczki Duch Święty bić każe. Sześciu!” – sześciu uczniów złowił i obił po łapach z sadystyczną rozkoszą. Nina kręci się dookoła z papierosem w ręce.
— Pióro, gdzie moje pióro. Przed chwilą nim pisałam. To pamiątka na dwudziestolecie...
...pracy w najlepszej lwowskiej pensji dla panien – słyszę w głowie dalszy ciąg. Wyławiam pióro spod buta właścicielki. Połowa września, a ja mam wrażenie, że przeżyłam z tymi ludźmi tysiąc lat pełnych tych samych nałogów i frazesów.
Wyszłam prosto w zawieruchę liści spadających z okalających szkołę drzew – głównie lip. Leciały pośpiesznie, jakby uciekały, chaotyczny tłum liściastych uchodźców po krótkim locie przypadał płasko do ziemi, tak samo robią ludzie nasłuchujący ryku bombowców.
Żółte liście i nieskazitelnie błękitne niebo. Ciepły wiatr rozwiewał mi włosy. Idąc w tym ciepłym wietrze, mijałam drzewa i ruiny –  te gruzy
w pobliżu ratusza to podobno był najlepszy hotel w mieście – nazywał się jakżeby inaczej „Deutsches Haus”. Grupka chłopców oczywiście ganiała po gruzach. Znajdują tam wciąż niemieckie graty, monety, puszki konserw a czasem broń. Chociaż tu już niewiele zostało, prędzej można było natknąć się na coś ciekawego na obrzeżach miasta. Młoda, ładna, ciemnowłosa kobieta w jasnym płaszczu pchała rozklekotany wózek z dzieckiem, chłopczykiem. Dziecko miało zupełnie czarne włosy, niebieskie oczy, złapało liść. Czarno ubrana kobieta z torebką szła w kierunku katedry, z załzawionymi oczami. Liść spadł jej na kapelusz. Jakby zdenerwowała go ta czerń. Zarośnięty mężczyzna w czapce z połamanym daszkiem biegł a liście biły go po plecach. Kilka wczepiło mi się w kołnierz.
U Gołębiewskich dziwna cisza. W kuchni nikogo; odgrzałam grochówkę i od razu usmażyłam kilka placków na wieczór. W korytarzu stuk – wyjrzałam, siedmioletni Jurek rzucał kasztanem w szafę.
— Coś taki sam? — spytałam, bo brak reszty plemienia wydał mi się groźny i niezrozumiały. Moim zdaniem nie istniała apokalipsa zdolna ich zniszczyć.
— Pooszli na poogrzeb a mnie zoostawili, bo byłem nieegrzeczny — przeciągnął samogłoski, ucieszony, nie wiem, pogrzebem, czy tym że się odezwałam. Zaraz zaczął śpiewać o trupie, a fałszował tak niemiłosiernie, że zebrałam się na odwagę.
— Po co to śpiewasz, kiedy nie umiesz? To powinno iść tak: „Wstał, Piotrusia ze stołu zrzucił, uśmiechnął się i wszystkich udusił”. A ty z tego robisz „Cóż ci Jezu damy” — zanuciłam obie melodie, pięknie biorąc wysokie tony.
— Potrafisz to chociaż powtórzyć? — zainteresowałam się drwiąco. Ogromne zaskoczenie pojawiło się w jego wyblakłych niebieskich ślepkach. Marszczył jasne brwi, drapał po ostrzyżonym łebku. Rzucił we mnie kasztanem i uciekł.
Paliłam papierosa. Rodzice nie pozwalali nam palić „dopóki u nas mieszkacie”. Tylko Pola zdążyła się wyprowadzić, ale ona pewnie nigdy nawet nie spróbowała papierosa. Artur popalał po kryjomu. Ja nauczyłam się dopiero przy Ciotce Jadzi. Całymi dniami nabijałyśmy gilzy jasnym tytoniem, moje palce tak jak cały pokój były przesycone tym zapachem, zapachem niedziel u dziadków. Niedzielne wizyty, ploteczki, oglądanie nas, dzieci - wyrosły, zdały do następnej klasy, opaliły się; z tą spokojną pewnością że jest jak powinno być. Że te niedziele nigdy się nie skończą. Ciotka Jadzia sama paliła i twierdziła, że to dobrze robi na nerwy. Nic dziwnego, że szybko spróbowałam, zwłaszcza, że mogłam brać ile zechcę. I rzeczywiście. Kiedy przezwyciężyłam pierwszy kaszel, wypalenie papierosa zaczęło mi sprawiać niekłamaną przyjemność. Czułam się jakoś bliżej Ciotki Jadzi – my, dwie wspólniczki w tytoniowym interesie, robiłyśmy przerwę na kanapki albo kawałek drożdżowego ciasta, kawę i papieroska. Czułam się przez ten czas tak spokojna jak ona, tak samo na swoim miejscu. Prawie. Ale to było dużo. Czasem śpiewałyśmy, to znaczy Ciotka Jadzia śpiewała pełnym głosem, z niezłym akcentem (ponoć za młodu mieszkała w Marsylii), francuskie piosenki miłosne a ja coś tam nuciłam pod nosem. Zdarzało się, że wybierała przedwojenny przebój Ordonki czy Mankiewiczówny
i wtedy starałam się włączyć do duetu. Ale na ogół nie miałam ochoty śpiewać, bo piosenki, które lubiłam, nie nadawały się. Nie nuciłam ich też kiedy byłam sama, ani razu. Zbyt wiele w nich się mieściło. Zbyt wiele twarzy i gestów, smaków, kolorów – nic tak skutecznie nie podrażnia pamięci jak melodia piosenki albo zapach. To, co ulotne, abstrakcyjne, niemal nieistniejące najlepiej wzywa do siebie to, czego już naprawdę nie ma. I co jest dalej w moim umyśle, ale dla bezpieczeństwa sama starałam się udawać, że o tym zapomniałam.

Przeprowadziłam się dwa dni później, targałam walizki w obu rękach. Jakiś chłop po drodze zaproponował pomoc, ale gębę miał obleśną
i wczorajszą, warknęłam tylko „Nie”. Jasne, mogłam wziąć dorożkę, tylko że nie chciałam zajeżdżać przed ten dom jak wielka pani. Uliczka była cicha, liście wpadały na mnie, moje włosy i stopy. Pot się ze mnie lał. Otworzyłam furtkę i trzasnęłam cholernymi walizkami. Ubrania, kilka drobiazgów takich jak nożyczki, grzebień, lusterko, mały zapas tytoniu i cztery książki. Jeden koc. A ważyło to tyle, jakbym niosła poćwiartowanego trupa. Te książki ocaliłam z domu, przeniosłam przez wszystkie inne miejsca i to nie jest takie śmieszne ani irracjonalne jak się niektórym wydawało. Ludzie długo potrzebują opowieści, czasem do końca. Paweł, mąż Poli, umierał na gruźlicę i póki był przytomny, chciała żebym mu czytała „Trzech muszkieterów”. Wzięłam też „Serce” Amicisa, moją szkolną nagrodę, ze względu na ukochaną wychowawczynię albo te dziecięce łzy wylane nad „Pisarczykiem z Florencji” czy „Od Apeninów do Andów”. Płacz dziecka nad postaciami z książki jest słodki i wspominałam go wtedy, kiedy byłam zbyt zmęczona, żeby lać łzy nad umierającymi naprawdę. I tom „Nędzników” – całości nie mogłam zabrać, ale i tak najbardziej podobał mi się początek, zbiegły galernik kradnący srebra biskupa i biskup, który kłamie, żeby go obronić przed policją. „Lato leśnych ludzi” i „Trzech muszkieterów” dostałam od rodziców na urodziny, trochę się śmieli z moich gustów, ale kupili to co chciałam.
Może dzięki tym książkom nie oszalałam, umysł skupiał się na opowieści, odpoczywał.
Oboje pokazali się za niskim płotkiem, za którym był ogród. Tak jak i wczoraj nieśli wiadra pełne jabłek. Pokazałam się tam poprzedniego dnia, z papierem w ręce, żeby ich uprzedzić. Dość głupio zapytałam, czy wiedzą, że mam tu mieszkać.
Teraz wiem — powiedziała ta lekarka, niskim, ciężkim głosem. Tak poprawnie po polsku, że mogła każdego zmylić. Mężczyzna rozłożył ręce.
— Który pokój pani sobie życzy? My mieszkamy na górze, proponuję parter. Bliżej do kuchni.
Weszliśmy do środka. Sień, korytarz, łazienka po lewej, kuchnia na wprost, po prawej dwa pokoje. Weszliśmy do drugiego. Zielony piec, szafa i kanapa. Solidny, duży stół.
W małym pokoju są różne nasze rzeczy — mówił. — Mogę pokazać, jeśli pani chce. Czułam milczenie tej kobiety, jak zimną ścianę. Nie sądzę, że milczała, bo wolała żeby mówił mężczyzna, nie ten typ. Milczała, bo zbyt mocno mnie nienawidziła.
— Na strychu też jest masa moich klamotów — ciągnął. —
Czy może mam zrobić miejsce?
— Nie mam dużo rzeczy — odparłam. Biorąc pod uwagę informacje od Janki, trzymał pewnie na tym strychu trefny towar. Nic mi do tego.
Tego dnia miał na sobie golf, chabrowy, że aż oczy bolały. Świetnie do tego nie pasowały wojskowe spodnie. Takie same portki miała tamta. Ostrzyżona jak mężczyzna, z rękami w kieszeniach, w narzuconej na ramiona marynarce, grubymi na palec, czarnymi, zrośniętymi
i ściągniętymi gniewnie brwiami wyglądała brzydko i ponuro. Jeśli już cokolwiek było w niej ładnego – te byle jak ścięte włosy miały złotawy odcień i były niemożliwie gęste. Niezłe do wypychania materaców.
— Ja poniosę — mężczyzna postawił wiadro, schwycił walizki. — Włodek — rzucił i skłonił głowę. Niemka stała zagryzając wargi.
— Pani doktor Martha Ritter — przedstawił ją, machając bez trudu walizką w jej stronę.
— Krystyna Lewandowska — burknęłam. Weszłam za nim do środka, co miałam robić. Zamknęłam drzwi. Ten pokój. Wszystkie inne, moje, cudze pokoje. Na letniskach i w hotelach, brudnych kamienicach, wiekowym drewnianym domku. Z widokiem na rzekę, mur, wychodek, śmierć. Zauważyłam na ścianie ślad po kuli, wgłębienie w zielonym tulipanie na tapecie. Rozłożyłam kanapę, w szafie była pościel. Nie będę musiała kupować kołdry na zimę - pomyślałam. Na razie nakryłam się swoim kocem i wpatrzona w wiatr, kołysanie cieni i świateł na przeciwległej ścianie, zasnęłam.
Utarło się jakoś w końcu to współżycie. Ritter wychodziła do szpitala wcześnie rano i wtedy spotykałam ją tylko czasem w kuchni jak jadła obiad, ale często się mijałyśmy. Po nocnym dyżurze pokazywała się czasem po południu w ogrodzie. Włodek wpadał i wypadał, ktoś do niego przychodził, coś wynosił – ale to nie był mój interes. Podobnie jak u Ciotki Jadzi. Na samym początku mojego u niej pobytu uprzedziła mnie, że przychodzą do niej o różnych porach różni ludzie – to bywa potrzebne w tych czasach. — Ale to ciebie nie interesuje, prawda? — wbiła we mnie swoje przenikliwe spojrzenie.
— Ani trochę — odparłam zgodnie z prawdą. Co mnie mogło obchodzić, że Ciocia Jadzia jest paserką? To jej sprawa, żeby wszystko zręcznie i bezpiecznie zorganizować. Ja nabijałam gilzy. Jedno niebezpieczeństwo więcej nie robiło żadnej różnicy.
A ten dom był w dobrym stanie. Łazienka: wanna, sedes, woda w kranach. (Janka mówiła, że pierwszej zimy potrzaskały rury). W piwnicy znalazło się miejsce na moje kartofle. Włodek przynosił zieleninę, kwiaty, węgierki i antonówki z ogrodu, prosił żebym brała, zbierała, robiła co chcę. Nie wiem, może uważał, że trzeba mnie przekupić. Ale mnie to co robił naprawdę nic nie obchodziło. Niewątpliwie dobrze się razem ustawili
on robił lewe interesy, ona skrobanki kochankom urzędników i milicjantów. Jedyne co mnie zastanawiało, to fakt że Niemka i Włodek zupełnie nie zachowywali się jak para, którą przecież musieli być. Nie miałam wrażenia, że udają przy mnie, byli swobodni. Żadnych znaczących min, aluzji, skrytych gestów, tej nieokreślonej aury, unoszącej się nad zakochanymi i tymi, którzy po prostu ze sobą sypiają. Może to był układ tak czysto handlowy że tracił na znaczeniu, kiedy tylko podnieśli się z pościeli.
Włodek, jeśli go spotkałam w kuchni, opowiadał zwykle jakąś anegdotkę z miasta. Mieszał w garnku, kroił chleb i barwnie relacjonował bójkę na rynku, konia który poniósł, pożar, psa, który handlarce ukradł całą szynkę. Polityki nie tykał. Widywałam tylko czasem zmiętą gazetę na stole. Ritter mruczała
"dzień dobry", ja, kiedy byłam w złym humorze odpowiadałam „Guten Tag”, kiedy w lepszym „dobry”. Zaskoczyła mnie w deszczową niedzielę; to była niedziela, kiedy nie można sobie miejsca znaleźć, w deszczu i wietrze słychać głosy zmarłych, zgnilizna i wilgoć czają się dookoła. Dlatego sprawdzałam klasówki w kuchni, z papierosem i herbatą – potrzebowałam bałaganu, życia. Ritter hałaśliwie zmywała naczynia, przetarła podłogę, też zapaliła i usiadła przy drugim końcu stołu. Kiedy ktoś pali, trudno nie spojrzeć na ręce – duże szczupłe, z długimi palcami, krótkimi paznokciami, faktycznie pasowały do chirurga, a swoją drogą chirurg kobieta w takim prowincjonalnym mieście to musiała być sensacja. Już słyszę te plotki – ale co mnie to obchodzi. Patrzyła na mnie chwilę – oczy miała bure, ani śladu germańskiego błękitu, który tak pięknie by uzupełniał blond włosy.
— Czy może mi pani pożyczyć jakąś książkę? — zapytała lekko schrypniętym głosem. Jeszcze raz uderzyło mnie, że mówi praktycznie bez akcentu
– musiała się bardzo pilnie uczyć polskiego, żarliwie dostosowywać do nowych porządków. Jaką płaciła cenę?
— Tak — potwierdziłam po chwili. Sama nie byłam w stanie ich czytać a żal mi było skazywać je na zakurzoną bezużyteczność.
Przyniosłam „Lato leśnych ludzi”. Od razu ją otworzyła i zaczęła czytać.
Potem okazałam słabość. Oddając mi książkę powiedziała „Szkoda, że nie można przeżyć całego życia w lesie” - odruchowo przytaknęłam. Co gorsza, pożyczyłam jej też „Trzech muszkieterów” i to mnie wyrwało się zdanie „Kiedy czytałam o nich pierwszy raz, złościło mnie że jestem dziewczyną”.
— Milady jest zła, Konstancja naiwna. Nie ma wyboru. Nic, tylko zostać d”Artagnanem — odparła. Poczułam wstręt do siebie za wdawanie się w rozmówki. Czy naprawdę nie mogłam żyć całkiem osobno tylko dlatego że spałyśmy i jadłyśmy pod jednym dachem? Obrzydliwa, wsysająca potrzeba kontaktu, usłyszenia swojego głosu, zachowywania się jak inni ludzie.
Kilka dni później znowu dałam sobie powód do wstydu. Tak, byłam głodna, wiatr mnie przewiał na wylot, deszcz uderzał po twarzy, dokuczliwy, piekący. Nie kupiłam nic na obiad, tłum jazgoczących bab na targu był nie do przejścia, zimny pot mi spływał po karku, ich mokre, napierające na mnie plecy, łokcie, ich przekleństwa budziły we mnie obrzydzenie. Tyle, że co to był za głód. Znałam taki, przy którym to ssanie w żołądku byłoby sytością. Przyzwyczaiłam się jednak od dość dawna do mniej więcej regularnego, normalnego jedzenia. I kiedy weszłam do kuchni, w której oni żarli kapuśniak na boczku, poczułam zawiść
. Problem w tym, że Włodek nalał trzeci talerz do pełna a ona ukroiła kromkę razowego chleba grubą na dwa palce. I nawet zdążyłam pomyśleć, że pięknie i dumnie byłoby odmówić, ale nie jestem głupia i nie odmawiam kiedy ktoś mi proponuje jedzenie.
— W samą porę — powiedział, jakbym jadała z nimi codziennie. Powiesiłam płaszcz przy piecu, osunęłam się na krzesło i kiedy minął mi atak kaszlu, zaczęłam żreć z nimi. Zeżarliśmy cały garnek. Wypociłam się jak w łaźni. Potem na stole pojawił się placek drożdżowy, tak dobry, że Ciocia Jadzia by się nie powstydziła a na koniec Ritter podsunęła mi swoją papierośnicę. Włodek wysunął dłoń z zapalniczką. Wzięłam ją od niego i przypalając papierosa przyglądałam się nawykowym gestem. Dziadek miał Dunhilla, lubiłam się nią bawić. Ciotka Jadzia handlowała trochę podróbkami Ronsonów. Ta mi też wyglądała na podróbkę, grawerunek zbyt gruby, ciężar nie ten, nie dość gładkie wykończenie. Ale jak ktoś nie miał w ręce oryginalnego Ronsona, byłby uszczęśliwiony.
— Prawdziwa?
— Spytał Włodek zza obłoku dymu.
— Jakim cudem?
— pokazałam mu niedoróbki.
— Ma pani oko — pochwalił. — Oryginalną zgubiłem w lesie.
Papieros był bardzo dobry, w goryczy tytoniu przebijała przewrotna słodkawa nuta; nie kojarzyłam jednak marki. Egipski? Przymknęłam sennie oczy, rozparta na krześle, trawiłam ciasto, płomień huczał w piecu, wiatr się wściekał, bezsilny. Paliłam i słuchałam jednym uchem, jak Ritter opowiada co działo się w szpitalu: przynieśli dwunastoletniego chłopaka postrzelonego z karabinu. Kula o centymetr ominęła serce. Niestety drugi zmarł na miejscu, trafiony w brzuch.
— Buszowali w ruinach koło Anielskiej Górki — mówiła marszcząc brwi — Franek, Zbyszek i Staszek. Znaleźli karabin, a jak jest karabin to trzeba strzelać – wyznał ten trzeci, Franek. Pierwszy strzelał Zbyszek, do Staszka. Chłopak upadł, ale tamci myśleli że się wygłupia. Stali podobno daleko od siebie, w głowach im nie postało, że trafią. Franek wyrwał Zbyszkowi karabin, krzyknął „Padnij tak samo”, Zbyszek odbiegł, odwrócił się, Franek strzelił. Potem wołał, żeby wstali, podszedł, zobaczył, że obaj się nie ruszają, że krew, zaczął wrzeszczeć. Ktoś go usłyszał, próbował pomóc, ale... — papieros opadł — snajper by lepiej nie wymierzył, cholera jasna.
— Rodzice tego Zbyszka — ciągnęła — modlą mi się przy sali, wyprosić ich nie sposób. Pół biedy. Najgorsze, że ci od Staszka przychodzą tam i krzyczą, że ich syn to morderca, że nie powinniśmy go ratować, niechby zdechł. Ojciec jest milicjantem i straszy sądem. Franek ma tylko ciotkę, najspokojniejszą w całym tym towarzystwie. Nawet próbowała godzić resztę, ale nic z tego nie wyszło. Franek nie chce jeść, wrzeszczy po nocach, śni mu się Staszek, który wstaje z trumny i idzie po niego.
— A Zbyszek?
— Ciągle nieprzytomny.
— Myślisz, że przeżyje?
— Pół na pół — w jej głosie było coś, co powinnam nazwać troską ale nie chciałam.
— A wojna się niby skończyła — westchnął Włodek. — Ludzie już plotkują o kolejnej ale to za wcześnie, wydaje mi się. Kiedyś pewnie będzie, bo ludzie są w końcu toczka w toczkę tak samo głupi.
Próbowałam ją sobie wyobrazić w przeszłości, w pięknym szpitalu, rozczulającą się nad dzielnymi chłopcami z Hitlerjugend, którzy złamali sobie palec ćwicząc strzelanie do Żyda, nad bohaterskimi żołnierzami wracającymi z frontu, których zmęczyło wieszanie i palenie, nad kobietami które złapały syfilis walcząc o medal za płodność lub dobre samopoczucie mężczyzn, przystojnymi esesmanami, którzy nadwerężyli sobie stawy od nieustannych uderzeń kolbą, serce i nogi od pościgów po kilkupiętrowych kamienicach pełnych Żydów, powstańców czy innych przestępców. Nad ślicznymi germańskimi dziewczynkami, pokazującymi kolegom, że też potrafią udusić kota czy psa, zgodnie
z zaleceniem.

Pierwszy śnieg spadł ostatniego dnia listopada. Poproszono nas z Janką – prośba była formalnością – żebyśmy prowadziły także kursy dla dorosłych, trzy wieczory w tygodniu. Ktoś zachorował, za to chętnych do nauki przybywało.
Było już ciemno, wiatr zdążył ogołocić drzewa i ukośnymi powiewami nakładał kolejne warstwy śniegu na ciemne ulice. Skulona postać przemknęła w stronę szkoły, druga i trzecia; do zajęć został kwadrans. W pokoju nauczycielskim chłodno, szkole brakowało opału. Teodora szczelniej otuliła się szalem, którego zieleń nazywała szmaragdową; na prawej ręce błysnęły dwa gustowne pierścionki. Posiadała też ponad pięćdziesiąt lat, koronę z żółtych włosów i pańską postawę. Przedwojenny tytuł profesorski. Nauczała polskiego. Rozmawiałyśmy z Janką
o jedzeniu, ja paliłam, wpatrzona w śnieg, ślady idących, splątane, zasypywane.
— Jako dziecko byłam niejadkiem — śmiała się Janka.
— Ale były dwie rzeczy zdolne mnie skusić: suszona kiełbasa i śledzie od Natana. Pamiętam jego sklep, te beczki w półmroku za ladą. Pozwalał mi tam wchodzić, wybierać, całe ręce, ba sukienkę miałam mokrą i sama pachniałam jak beczka śledzi. Jakie one były dobre i nigdy za słone. Matjasy? Tak się chyba nazywały. Obok była piekarnia Hirsza. Czasem ojciec albo matka dawali mi na bułkę – żebym miała na czym śledzia położyć, mówili. Kiełbasę i śledzie brałam na kredyt, płacili pod koniec miesiąca. Żebym tylko jadła — ożywiona twarz Janki zatrzymała się jakby, ręka którą wyciągała niewidzialne śledzie, zawisła w powietrzu a potem powoli opadła.
— Pamiętam, spadł tak samo pierwszy śnieg, kiedy oni do nas przyszli, Natan z żoną i dziećmi, czworgiem... Rodzice chcieli im pomóc, ale bali się, zwłaszcza że to aż sześć osób, jak ich wszystkich schować, nakarmić... Niemcy już rozstrzelali parę osób za pomoc Żydom. Dali im jeść, przenocowali i bladym świtem posłali do młynarza, to był dobry człowiek... ale nie wiem czy tam poszli. Po paru miesiącach ktoś powiedział że ich znaleźli w sąsiedniej wsi i zabili.
— Ja bym nie przenocowała — wzdrygnęła się Teodora.
— Zbyt wielkie ryzyko. Nie warto. I powiem pani szczerze, że moja matka i ja nigdy byśmy w tych żydowskich sklepikach nie kupowały. Szwarc mydło i powidło, wszystko razem na kupie, kozy trzymali za ścianą, a te chałaty to były brudne jak święta ziemia. Raz w roku się rytualnie kąpali. Nie ma czego żałować. Nie przeczę popatrzyła na nas, badając reakcję — znałam eleganckiego Żyda, no, ale on rozsądnie zerwał z tą ciemnotą, był lekarzem, doskonale wykształconym, uprzejmym. Mówił po polsku jak my, nawet był blondynem. Zawsze przyjeżdżał, nie było dla niego złej pogody. W 39 próbował negocjować z Niemcami, którzy zabrali konie, niemiecki też świetnie znał, studiował w Wiedniu, ale go zastrzelili. Jego mi szkoda, taak — przeciągnęła ostatnie słowo.
— Ach, więc takie są pani kryteria — utkwiłam wzrok w jej nosie, niezawodny sposób żeby kogoś zmieszać. — Uprzejmi lekarze mogliby żyć.
Pyskaci woźnice i nieuprzejme kucharki już nie. Niemili, skwaszeni, niespokojni, sztywni, burkliwi, opryskliwi, kłótliwi i złośliwi, niewykształceni i chamscy, bez wdzięku i polotu, grubi i śmierdzący, brzydcy, ponurzy, z kurzajkami i kulawi, naburmuszeni, smutni, nudni, zdenerwowani, niecierpliwi – do gazu?
— Tego nie powiedziałam — obruszyła się i prześwidrowała mnie spojrzeniem żółtozielonych oczu spod cienkich brwi. — Ale nie mogę płakać po wszystkich. Niech Żydzi żałują innych Żydów. Dość ich jeszcze zostało. Przechowali się u Stalina albo przekupili Niemców.
— U mnie połowa miasteczka była żydowska a nie został ani jeden — wtrąciła Janka.
— Właśnie. Połowa. Gdyby nie wojna, bylibyśmy mniejszością we własnym kraju.
— Mogliby wyjechać do Palestyny — odparła Janka — proszę bardzo. Ale Niemcy ich wszystkich...
— Jakich tam wszystkich!
przerwała Teodora. — Powtarzam pani, więcej przeżyło, niżby się to  nam wydawało. I wracają, wracają, w Krakowie, Warszawie jest ich pełno.
— Tak, w Kielcach to zauważyli i szybko interweniowali — odezwałam się opanowanym tonem.
— W Kielcach, proszę pani, to była ubecka prowokacja i — Teodora cofnęła się o krok, patrząc na mnie podejrzliwie. Czyżbym miała
w oczach żądzę mordu?
— Idziemy do klas — Janka porwała dziennik. Dobiegały nas głosy, stukot kroków i krzeseł.
— Nie... nie powinnyśmy się kłócić — dodała prosząco.
— To pani Krysia coś sobie uroiła na temat mojej osoby — Teodora ostro wybijała rytm obcasami na kamiennej posadzce.
— Rozumiem cię, ale doprawdy nie powinnaś się aż tak przejmować — szepnęła mi jeszcze Janka, kiedy wkładałyśmy płaszcze w pustej sali. Po Teodorę przyszedł mąż i znikli w zadymce, osłonięci czarnym parasolem. — Ani Teodorą ani Żydami. Najważniejsze, że żyjemy, powtarzam to sobie często, kiedy coś mnie denerwuje, polityka, uczniowie, urzędnik, pogoda. Krysiu, przypomnij sobie tamtą euforię, kiedy wojna się skończyła i wszystko było piękne i wszyscy byli dobrzy.
— Ty jesteś dobra — odparłam. Zwalczyłam pokusę, żeby powiedzieć: sobą się przejmuję, kimś kim kiedyś byłam.
Wbiłam ręce w kieszenie, w głowie pulsowała myśl: wiedziałam, że mnie ta pokusa najdzie; śnieg, śledzie, uprzejmy lekarz i już chciałam krzyczeć „Jestem Żydówką”.
Nie mam już w sobie tej niezawodnej sprężyny, tego skupienia i czujności ostrej jak żyletka, pozwalających mi bezbłędnie kontrolować gesty
i mimikę, drgnięcia ust i wyraz oczu. Ktoś mówił, że oczy zawsze zdradzają. Gdyby tak było, nie przeżyłabym. Moje szare oczy były niezawodne, były aryjskie i chłodne. To, co we mnie wyło, ulokowało się w wytłumionej celi gdzieś między żołądkiem i sercem a i tak często zatykałam temu czemuś gębę.
Wiatr się zmniejszył i śnieg nie padał. Ktoś za mną szedł przez pół ulicy, zauważyłam go kątem oka. Nerwowe przyspieszenie to zdradliwa rzecz, a plecy trzeba trzymać prosto. Utrzymywałam dystans aż skręcił w boczną uliczkę. Powlokłam się do „swojego” pokoju, na nagle zmiękłych nogach, zmęczona nie wiadomo czym.
Zapaliłam lampę naftową – elektryczność przegrała z wiatrem, dorzuciłam do pieca, w którym tliła się resztka ognia. Wiedziałam, że nie zasnę. Skręciłam powoli i starannie kilka papierosów. Bezsenne noce. W getcie nie zdarzały się tak często, bo fizyczne wyczerpanie wygrywało z niespokojnym umysłem. I głodem.
Chrapanie, kaszel, trzeszczenie łóżek, odgłosy z ubikacji niezbyt mi przeszkadzały. U Ciotki Jadzi jadłam do syta, największą robotą było przyniesienie węgla z piwnicy albo wody ze studni – nieraz leżałam godzinami patrząc w okno albo wcale się nie kładłam. Za oknem rosła stara grusza, na drzewa mogę gapić się godzinami bez znudzenia; lubię głos liści. Ale to w getcie zaczęłam grać z wyobraźnią. Z początku nic specjalnego: widziałam jak spacerujemy nad rzeką, pływamy, zdrowi i zadowoleni. Jemy obiad. Idziemy do teatru. Najchętniej jednak wyobrażałam sobie wycieczkę do lasu i nad wodę. Nie zastanawiałam się czy to wspomnienia, czy wojna tam nie dotarła. Matka idzie szybko, macha znalezionym kijem, popędza, że się guzdrzemy i obiad będzie na kolację. Ojciec dowcipkuje, gładzi się po wystającym brzuchu, narzeka że straci szacowny wygląd. Pola zawsze coś zbiera, rośliny do zielnika, poziomki, maliny. Artur niesie największy plecak, rzuca we mnie szyszkami, odwzajemniam mu się, znajduję borowika, zupełnie niespodziewanie.
Potem pływanie, ja popisuję się nurkowaniem, Artur łowi ryby, ojciec nic nie robi, poza moczeniem nóg, Pola robi deskę, mama pływa równo, rytmicznie, z radością.
Dopiero u Ciotki Jadzi gra stała się Grą. Ale najpierw był Karol i ta dziwna wiosna, kiedy co chwila chciałam popełnić samobójstwo, ale nie potrafiłam tego zrobić.
Gra polegała na tym, żeby uwierzyć choćby na parę minut, że to wszystko się nie zdarzyło. Żadnej wojny, bohaterskiej śmierci Artura we wrześniu 39, żadnego zapędzanie do getta, następnych śmierci: dziadków, matki, ojca, Pawła, Poli i ich dzieci. Nie było tych ciasnych, niskich pokoików, zapluskwionych łóżek. Wszy, wrzodów. Nie byliśmy szarzy z głodu, zmęczenia, niedomycia, nie śmierdzieliśmy i nie popisywaliśmy się czarnym humorem. Pamiętam taki dialog: W szalupach ocalałych z katastrofy był zwyczaj losowania osoby, którą się zabije i zje. Może wylosujemy sąsiada? Ja zamawiam cynaderki. A ja płucka. Płuc to on już nie ma, całe życie palił. W taki
m razie wątróbkę. I pił. To wezmę móżdżek, ale ty mi pewnie powiesz, że on całe życie myślał. Nie zazdrościliśmy dziadkom, tym do których chodziliśmy w niedzielę (i czasem w szabas) tego jak zginęli. Nie fantazjowaliśmy, jak cudownie ocaleli rodzice matki – mieszkali w Wilnie i od grudnia 40 nie mieliśmy od nich żadnych wiadomości.
Bo dziadek i babcia najpierw długo się modlili a potem czekając na Niemców usiedli przy stole. Dziadek zapalił. Babcia upięła włosy. Oświadczyli, po niemiecku, że nigdzie nie pójdą i niech ich, proszę bardzo, zastrzelą. Niemcy byli trochę źli, że Żydzi decydują i nie chcą dać się popędzić po schodach i ulicy, szlochając, krzycząc, błagając. Ale kiedy babcia zaczęła jednemu z nich wyszarpywać pistolet, jednak ich zastrzelili. Opowiadali potem o „hardych” Żydach, plotka rozniosła się szeroko. A myśmy się dali popędzić, gnani kolbami karabinów, absurdalną nadzieją że jeszcze coś wymyślimy.
Ojciec usiłował dalej być ginekologiem, czyli głównie usuwał ciąże. Zwłaszcza kochankom co bogatszych typków, robiących interesy
z Niemcami. Mógł mieć z tego niezłe pieniądze. Tyle, że tak jak dawniej przyjmował biedne kobiety za darmo. Ja i matka znalazłyśmy coś w rodzaju pracy w biurze, Pola szyła a Paweł kradł. To znaczy domyślaliśmy się tego, ale nikt o nic nie pytał. Przynosił mleko dla chłopców mieli bliźniaki, czasem jajko, nawet jabłka. Sprawdził się w końcu jako mąż i ojciec. Bo przedtem wszyscy podejrzewaliśmy, że Pola po prostu dała się obałamucić. Niespełniony pisarz i malarz, wyciągał pieniądze od swojego ojca a potem od teścia. Polę adorował romantycznie, po ślubie często się kłócili, w getcie też, chociaż mniej. Kłócili się, ale Paweł dbał o Polę i synków a ona była mu wdzięczna. Tyle, że już przed wojną chorował na gruźlicę i szybko mu się odnowiła. Kiedy już nie wstawał z łóżka, nabrał irytującego zwyczaju pytania nas „Hirsz, myślisz że ktoś przeżyje? „Estera, komu się uda, jak sądzisz?” „Perla, dasz radę uratować nasze dzieci”? „Ty zawsze byłaś twarda — zwracał się do mnie”. „Zróbcie coś” — charczał.
Wszystkich to niezmiernie irytowało i przygnębiało. Raz nawet kazałam mu się zamknąć.
W getcie oddaliśmy nasze polskie imiona. Żydzi to Żydzi, co mamy wspólnego z tymi z zewnątrz? Umówmy się, że nic. Będzie prościej. Matka w piątkowe wieczory zapalała świece i wypowiadała błogosławieństwo. Kiedy zaglądałam do „Serca” dedykowanego Helenie Zieleniewskiej, naprawdę miałam wrażenie, że to obca osoba, ta cała Helena. Zygmunt wybrał sobie Hirsza, Elżbieta Esterę, Pola Perlę, o Arturze mówiliśmy Aaron. Rodzina Apfelbaumów. Kiedy grubo przed ślubem ojciec zmieniał nazwisko, nie chciał być żadnym Jabłońskim. Józek Zieleniewski był jego kolegą z medycyny, mieszkali razem na stancji. Zginął na froncie w 1916. Tylko Paweł oświadczył, że jeśli nazwiemy go „Pinkas” czy jakoś podobnie, będzie walił w szczękę.
Jeszcze przed Pawłem zginęła moja matka. Nie wiem dokładnie jak to się stało. Zełda, kuzynka sąsiada, którego nie zjedliśmy, twierdziła, że stanęła w obronie żebrzącego chłopca, którego kopnął za natręctwo jeden z tych, którzy mieli kupę szmalu i myśleli że Niemcy ich potrzebują. Podobno obok przechodził esesman i zastrzelił całą trójkę. Nie wiem. Ciało leżało mniej więcej w tym miejscu, które Zełda wskazała, obdarte z ubrania. Wysililiśmy się z ojcem i Polą, zanieśliśmy do domu, ubraliśmy. Czuwając przy niej, ojciec podciął sobie żyły. Napisał, że umiera, zamiast nam pomagać, ale nie ma już siły oddychać. Pola zatrzymała się na granicy obłąkania, wpatrzona w Chaima i Eliego. Paweł umarł za miesiąc.
W którymś momencie, mijając trupy na chodniku, zrozumiałam co mogę zrobić. Poszłam do Lejba, przedsiębiorcy pogrzebowego, którego żonę i córki ojciec leczył. Zrozumiał. Przebrałam się za chłopaka. Nadchodziła zima, pó
ł twarzy w szaliku, poza tym trupy cuchnęły, zasłanianie twarzy było normalne. Zresztą nie mam szczególnie słodkiej buźki. Kląć też umiem. Przetrwałam zimę i wiosnę, w zapamiętaniu, transie i febrze. Trzęsłam się od dreszczy, które nie miały nic wspólnego z zimnem. Mało spałam. Coś mnie jakby trzymało za kark, przestawiało nogi, kazało żuć chleb. Przynosiłam co mogłam, Poli i dzieciom. Ona zaczęła czekać na Pawła, który nie wracał z hulanki a Chaima nie pozwoliła mi zabrać, kiedy umarł. Następnego dnia znikła z oboma chłopcami. Ktoś ją widział jak biegła ulicą, wołając Pawła. Nie poszłam do pracy, obracałam w palcach żyletkę.
I wtedy odnalazł mnie Karol. Próbował się ze mną kontaktować wcześniej, ale co miałam mu przekazać? Co? Wiedziałam, że się we mnie kocha, przed wojną dostałam od niego setki róż, zapraszał mnie do kina, kabaretu, czekał pod uniwersytetem. Prosił, żebym nie szła do getta. Wysyłał potem wiadomości. Pamięta, czeka, pomoże. Załatwi mi świetne papiery. Nie zgodziłam się
, bo nie potrafiłabym spojrzeć im w oczy. Ale oni już nie mieli oczu. Bezmyślnie, jakbym błądząc weszła w jedyne otwarte drzwi, powiedziałam jego wysłannikowi – tak.
Wzięłam te cztery książki, trochę tak jakbym brała bezużyteczne rzeczy ocalone z pożaru
– klamkę bez drzwi, gałkę bez łóżka, lalkę bez głowy.
Karol się śmiał, kiedy je zobaczył, odpowiedziałam że chyba słyszał o tym, że kula potrafi ugrzęznąć w książce, w „Sercu” Amicisa zamiast
w żywym. — Zapłaciłem im przecież — chyba był urażony. Tak jakby nie słyszał, że wartownicy potrafili brać i strzelać. Nie było mu już do śmiechu, kiedy zemdlałam w wannie. Odwinięta ze swetrów, pozbawiona włosów i wszy, z wystającymi żebrami. Byłam jedynym kawałkiem getta, który widział i chyba zrobiło to na nim wrażenie.
Muszę przyznać, że naprawdę był zakochany. Papiery były bardzo dobre i bardzo drogie, metryka chrztu podpisana przez biskupa niemal przekonała mnie samą. Krystyna Lewandowska. Prosto, praktycznie, po polsku. Karol chuchał na mnie i dmuchał a jego rodzice patrzyli na mnie pełni obaw. Kiedy wspomniał o ślubie, zaprotestowali rozpaczliwie – jak się to wyda, ucierpimy wszyscy. Zgodzili się jednak wynająć mi mieszkanie w kamienicy ich znajomego. Karol przychodził tam ciągle, mówił, że mnie kocha, że pobierzemy się po wojnie, przynosił ciastka, całował mnie coraz dłużej i coraz niżej. No cóż. Pierwszy raz był okropnie bolesny; Karol tulił mnie i powtarzał, że najgorsze ze mną i teraz będzie pięknie. Nie było. Nie było przykre. Nie było przyjemne. Było czymś, czego ode mnie oczekiwał. Pozwalałam mu robić co chce, obejmowałam go czasem, żeby nie czuł się odrzucony. Jak miałam mu powiedzieć: twoja obecność dodaje mi otuchy, bo wiem, że komuś na mnie zależy, ale twoje ciało nie wywołuje żadnych emocji? Uratował mnie, uwikłał w sieć wdzięczności i obawy, że jeśli się mną rozczaruje, jeśli odejdzie do innej, pozbawiona jego pomocy zginę. A już się odzwyczaiłam od tej myśli. Karol na szczęście uważał, że potrzebuję czasu, szanował mój brak doświadczenia i późno stracone dziewictwo. Powiedziałam mu też, że panicznie boje się ciąży. Ukrywanie się
z niemowlęciem to byłoby zbyt dużo. Używał prezerwatyw, ale to nie dawało pewności. Rodzice Karola z każdym dniem stawali się bardziej nerwowi; kiedy powiedziałam, że ktoś za mną szedł ulicą wpadli w panikę. Karol miotał się i zaklinał. Znaleźli rozwiązanie. Ciotka Jadzia. Bardzo daleka krewna. Przed wojną praktycznie się nie widywali, ale wojna zmusiła ich do nawiązania kontaktów. Ciotka Jadzia miała pieniądze i znajomości. Załatwiła lekarstwa dla matki Karola. A że sama była już wiekowa, cierpiała na różne bóle i nie przeszkadzało jej, kim jestem – decyzja zapadła.

Ciotka Jadzia czekała na dworcu, skąd pojechałyśmy chłopskim wozem do miasteczka. Wysoka, postawna kobieta z bujnymi, siwymi włosami zwiniętymi w węzeł. Kolorowa chustka na szyi. Laska. Coś z podróżniczki która już nie może nigdzie wyjechać. Niski drewniany dom, winorośl, ogródek. „Mój” pokój. Prześcieradło  w pasy, przepastna szafa, wszechobecny zapach tytoniu. Herbata, konfitury, rosyjskim zwyczajem. Urodziła się w Kijowie. Albo w Odessie. Ważne, że się urodziłam — mówiła. Żadnych pytań, oprócz tego, czy umiem gotować. Chyba mnie lubiła. Trochę to mogło być egoistyczne
– wyręczałam ją przecież, prałam, sprzątałam, prasowałam, nosiłam zakupy, węgiel, wodę, bo ją chwytały bóle tak silne, że nie mogła się wyprostować. Ale przecież mogła znaleźć sobie gojkę do pomocy; nie uwierzę że lekceważyła ryzyko.
Ogień dogasał, dorzuciłam drewna. Zdarzało się, że snułam wizje wielkiego pożaru w getcie, niechby się hitlerowcy spalili razem z nami.
Gra. U Ciotki Jadzi wzięłam się do niej systematycznie. Powiedzmy był 15 czerwca. Jesteśmy w piątkę na letnisku – imieniny matki, zebraliśmy jej ulubione polne kwiaty, jest sernik, truskawki. Ja i ojciec zabieramy ją na spacer, Pola nakrywa do stołu, Artur pobiegł po wino.
A na ścianie kalendarz z reprodukcjami Kossaka – wyraźna data 15 czerwca 1942. Widziałam kolejne dni, Artura wracającego z zajęć w laboratorium, Polę pod rękę z Jurkiem, nie znałam go, pojawił się dopiero w Grze, Polak, zamaszysty blondyn, dziennikarz. Nie, to nie była sama sielanka – w gazecie czytałam o katastrofach kolejowych i powodziach; głodne dzieci, przekupni politycy, zajadli księża. Słuchaliśmy radia, wzięliśmy psa, owczarka szkockiego, były mecze piłkarskie i koncerty Matka była zazdrosna o pacjentki, Artur wdał się w romans ze starszą od siebie mężatką. Pola urodziła Ewę i Anię, rok po roku. A ja... ja byłam sama. Zawsze miałam z tym problem. Trudno mi się było zakochać; nie byłam romantyczna, nie robiło mi się gorąco od znaczących spojrzeń, wierszy, czułych słówek i ukradkowych dotknięć. Nie drżałam w kinie. Nie rumieniłam się w tańcu. Fatalnie. Najgorsze, że sama nie wiedziałam, czego szukam. Miałam tylko jakieś przebłyski, jakieś fantazje; pociągał mnie pewien typ twarzy, przy czym nie klasyczna piękność, raczej przełamana cechą uchodzącą za brzydką. Blizna. Zrośnięte brwi. Zbyt głęboko osadzone oczy. W szkole, ośmioletnia, wgapiałam się w wychowawczynię, blondynkę z ciemnymi brwiami i blizną koło ust. Oczy miała fiołkowe. Potem była Lidka. W podobnym typie, ale ciemne oczy koloru palonej kawy. Zrośnięte brwi radzono jej wyskubywać. Jej brat, Alek, już dorosły, poznałam go na wakacjach w Jugosławii; opalony, kropelki wody na skórze. Dał mi swoje zdjęcie które trzymałam na nocnym stoliku. Całowałam się z nim w sylwestra, ale nie było to wielkie przeżycie. Bardziej ekscytujące chwile przeżyłam kiedy Lidka uczyła mnie jak się trzeba całować. Stałyśmy w sadzie jej dziadka, w czerwcu, po deszczu, omal nie oszalałam od samych zapachów – róż, piwonii, trawy, jej oddechu. A co dopiero kiedy dotknęła moich ust swoimi chłodnymi jak ten deszcz ustami.
Kiedy myślałam o przyszłości, o byciu z kimś, przychodził mi do głowy tylko jeden obrazek: wieczór, pada wiosenny albo letni deszcz, za oknami ogród rośnie bezgłośnie i bez pamięci, pali się lampa a ja trzymam jego –
bo przecież jego – duże, piękne ręce w swoich i opowiadam coś, czego uważnie słucha.
Dzień po dniu. Z czasem nie musiałam się wysilać –
oni robili co chcieli, bez mojego udziału. Pola poszła do pracy w wydawnictwie, zatrudniła opiekunkę do dzieci. Jurek pogodził się z tym dopiero po interwencji moich rodziców. Okazali się zaskakująco liberalni. Także w sprawie Artura. Rozwód Celiny był skandalem, jej mąż, znany polityk posunął się do gróźb. Rodzice oficjalnie stanęli po ich stronie. W tle Polska zremisowała 3:3 z Brazylią w piłce nożnej. Pamiętam cała grupę w blasku słońca na trybunach. Mówili nawet o wyjeździe do Londynu na olimpiadę w 44, Celina miała w Anglii krewnych. Mnie tam nie było. Próbowałam to zmienić, bez skutku. Zrozumiałam dlaczego – to oni istnieją a ja nie. To oni żyją normalnie a ja wegetuję w tym czyśćcu. W tym mglistym, smętnym miasteczku, w którym co chwila wylewa szambo, ludzie nie mają połowy zębów, za to dużo wszy i złości. Może byłam przewrażliwiona, ale wszędzie widziałam zniszczone twarze, usta otwarte w jazgotliwym krzyku. Najciekawsi byli złodzieje – wyprawiali się do samej Warszawy, przynosili nowiny, pili i śmiali się. Ciotka Jadzia pilnowała, żeby okazywali mi szacunek.
Żyłam tam, skupiona, czujna, aryjska, właściwie tylko po to, żeby zrobić Niemcom na złość, żeby nie wygrali z rodziną Apfelbaumów do zera. Myślałam czasem, że jak wojna się skończy, zemszczę się konkretniej. Pistolet i w miasto. Zanim pouciekają jak szczury. Zanim ktoś im daruje życie.
Raz – raz o mało się nie załamałam. W ruinach spalonego domu dzieci znalazły ukrywającą się trójkę Żydów. Kobietę, wyrostka i małą dziewczynkę. Powiedziały dorosłym a oni Niemcom. Ale zanim doszli na posterunek i zanim Niemcy przyszli, ludzie zebrali się gromadą wokół wyciągniętych na świeże powietrze kwietniowego południa. Zbliżała się Pascha, to znaczy zbliżała się Wielkanoc, ludzie nieśli palmy, kwitły mlecze w soczystozielonej trawie i miasteczko wydawało się nawet odrobinę ładniejsze. Nad ruinami kwitła zdziczała jabłoń, bezsensownie zrzucając płatki na ludzkie głowy. Wyglądało to jak ekshumacja, wiem co mówię. Wyglądało to tak, jakby mieli umrzeć drugi raz. Wyszczerzone w czaszkach zęby, dziury oczodołów, chłopakowi z nogi sterczała kość. Odwracali głowy, kobieta oczy miała zamknięte, dziewczynka głowę schowaną w jej ramieniu. Ludzie szeptali. Zastanawiali się, czy ktoś im pomagał, czy kradli nocami. Ile czasu siedzieli
w spalonej piwnicy. Nędzarze, żadnego pożytku, nie ma co brać. Chłopiec rzucił patyk, trafił w plecy dziewczynki, ani drgnęła. Patrzyłam chciwie. Karykatura Żydówki bolesnej, cierpiącej. Przez moment widziałam tylko ją, tylko ich. Nie patrzyli na mnie. Może zobojętnieli na wszystko, skąd mogę wiedzieć.
Kobieta rozlepiła powieki. Jej wzrok wczepił się we mnie jak ręka trupa, która tężeje tak, że trzeba ją złamać, żeby puściła. Zwarłyśmy się przez chwilę w przerażającym, bezcielesnym uścisku. Zrobiłam krok w jej stronę, żeby się z nią stopić, wrzasnąć ludziom „Ja też”. Nie wiedziałam, że Ciotka Jadzia jest taka silna. Odciągnęła mnie poza krąg ludzi, roztrącając ich laską.
— Chodźmy stąd, Krysiu, źle się czuję — odezwała się głośno, wyraźnie. Krok dalej dała mi w twarz. — Ani próbuj — syknęła. — Ani próbuj — powtórzyła w cichej kuchni.
— I nie gniewaj się — dotknęła mojego policzka. To była największa czułość jaką mnie obdarowała.
Gra urwała się jakoś sama z siebie pod koniec wojny. Tabuny ludzi, Niemcy uciekają, Rosjanie wchodzą, Polacy jeżdżą, gdzie się da.
W domu zrobiło się tłoczno, nocami trwały gorączkowe rozmowy. Ciotka Jadzia czuła się coraz gorzej. Nawalały nerki i serce. Zostałam z nią, bo co innego miałam zrobić? Pojechałam wprawdzie raz – tam gdzie już nie było miasta i ludzi. Znalazłam podobny układ ulic, budynki, parę drzew, rzekę. Tamte domy nie stały puste i nikomu niczego nie brakowało. Nie pamiętali? To było tak, jak gdyby nie było czego pamiętać. Po czym płakać. Rzeczywistość zasklepiła się i zrosła. Zapełnione kamienice, łóżka, rzeczy zagospodarowane, wszystko do siebie pasowało. Nie było twarzy, nie było głosów. Nie było zapachów, nie było świec. Smutek? Nawet smutek był tylko ten, z którym ja się nosiłam.
Ciotka Jadzia pożyła jeszcze rok po wojnie. Kierowała z łóżka interesem, ja kupowałam lekarstwa, zmieniałam zasikane prześcieradła. Czasem pomagała mi Felka, dziewczyna „Wozaka”, jednego ze złodziei. Ciotka Jadzia, kiedy trzymała się jeszcze na nogach, powiedziała mi: Po mojej śmierci oni wszystko rozkradną. Bierz teraz, póki mogę na nich krzyknąć. Bierz co chcesz, najlepiej złoto, schowaj dobrze a potem stąd wyjedź i to szybko.
Wzięłam złoto, trochę biżuterii, kamienie do zapalniczek. Byle małe i łatwe do schowania. Ciotka Jadzia konała a ja siedziałam w płaszczu
i z walizką. Ale trzymałam ją za rękę i zamknęłam oczy. Felka miała zająć się pogrzebem. Lubiła Ciotkę Jadzię, która udzielała jej życiowych rad w kwestii mężczyzn i nauczyła używać szminki, pudru i tuszu zamiast soku z buraków i węgielka.
Wyjechałam, bo Krysia Lewandowska chciała żyć. Dałam jej swoje ciało, mówiłam jak ona, zachowywałam się jak ona, usiłowałam myśleć jak ona, czuć jak ona. Pożarła mnie od środka. Nie wiem naprawdę, czy ze mnie dawnej zostało więcej niż z wyssanej przez pająka muchy.


Szaro-żółty świt wpędził mnie do łóżka, mogłam poleżeć z godzinę, bez szans na zaśnięcie. Jeśli Włodek zaproponuje mi kawę, wypiję. Wypij
ę dwie kawy. Zamaluję sińce pod oczami. Powiem: „funkcje sinus i cosinus określone są dla każdej liczby rzeczywistej – czy jest się żywym czy martwym".
Janka zaprosiła mnie na niedzielę. W drodze mijałam strumień ludzi zmierzających na mszę; słońce krótkiego grudniowego dnia wytykało łaty na sfatygowanych jesionkach, lśniło na zaskakującym futrze, może poniemieckim. Dzieciaki lepiły ciężkie śnieżki, jakiś chłopiec z czerwonymi uszami i rękami poślizgnął się, dostał w plecy i głowę.
U Janki oprócz Leona i trzech córek pojawił się na obiedzie bratanek. Olgierd, na którego mówiono Olek. Był w zielonej koszuli pod brązową sztruksową marynarką, prawie jak w mundurze. Walczył w Powstaniu – szepnęła Janka. Posadziła nas obok siebie. Rozmawialiśmy trochę; powiedziałam, że w klasie mam kilku takich którzy rzeczywiście albo we własnej fantazji bili się w Powstaniu i nic co mogą usłyszeć na temat trygonometrii nie robi na nich wrażenia. — Może powinni włączyć do programu balistykę — zakończyłam. Olek uśmiechnął się
– ładnym ciepłym uśmiechem.
— Czemu nie, każdy chętniej się uczy tego co jest związane z jego życiem — odparł. Mimo to zadanie „oblicz jakie jest prawdopodobieństwo, że do roku 1950 Polska będzie kolejną republiką sowiecką” może być nieco trudne dla gimnazjalisty. Chociaż ja znam odpowiedź.
— Strasznym jesteś pesymistą
— westchnęła Janka.
— Nie, ja tylko nie jestem beznadziejnie naiwny. Zawsze obrywałem za to od wielbicieli Napoleona, przekonanych o jego bezinteresownej miłości do Polski, kiedy on był po prostu praktyczny. Chcieli Polacy dać mu żołnierzy, dobrych żołnierzy, chcieli ginąć za jego plany podboju świata – świetnie. Skorzystał i rzucił ochłapek Księstwa Warszawskiego w nagrodę. Mam wrażenie, że teraz też dostaliśmy ochłapek — wzruszył ramionami.
Mania, Tereska i Cecylka patrzyły na niego, zachwycone, że się stawia, podczas kiedy ich matka krzywi się przeraźliwie a ojciec nerwowo stuka nożem w stół. Poza tym Olek był przystojny – żywe, piwne oczy, szczupła twarz, regularny łuk ust, niesforne włosy, takie które wymykają się ciemnymi kosmykami. Na czole miał bliznę, świadczącą o bohaterstwie. A że najstarsza z dziewczyn miała 15, stanowił dla nich owoc zakazany. Dlatego wpatrywały się w niego jeszcze żarliwiej i gorliwiej.
— Przepraszam, młody człowieku
— Leon nie mógł być już bardziej ceremonialny. — Dostaliśmy niepodległość. Nie możemy bez końca wybrzydzać, że nie od morza do morza, że inaczej niż nam się roiło, że nie tak jak było. Nie możemy się po pańsku krzywić na rzeczywistość, przecież uniknęliśmy najgorszego...
— O tak, dostaliśmy — młody człowiek wykrzywił się tak paskudnie, jakby mowa była o dostaniu syfilisu.
— Niepodległość strzeżoną przez Rosjan i UB. I te Ziemie Odzyskane, które nigdy nie należały do Rzeczypospolitej, co najwyżej część z nich była lennem. Polacy oczywiście tu byli, między innymi, ale nie było tu Polski. Za to pozbyliśmy się Kresów, tego zbędnego bagażu, na którym nikomu nie zależało, i gdzie jak rozumiem Polaka trudniej znaleźć niż Chińczyka. A tych paru radośnie wyjechało na wczasy nad Jenisej albo w stepy kazachskie. No, ale to zawdzięczamy naszym ukochanym sojusznikom, Rooseveltowi i Churchillowi, którzy tyleż o nas dbają co o dziurawy nocnik. Są praktyczni – podlizują się Stalinowi. Stalin może wszystko, Polacy – nic.
— Nie rozumiesz! Nie rozumiesz całej złożoności sytuacji!
— zapienił się Leon. Janka zabrała mu nóż. — Jaki jest sens płaczu nad rozlanym mlekiem i snucia fantasmagorii? Czy jest jakaś inna Polska, do której możemy wyjechać i nie liczyć się z nikim i niczym? Tak, ja też liczyłem na inny rozwój wypadków, nie dziwi mnie twoje rozczarowanie, ale...
— Rozczarowany to ja byłem, kiedy mi w tutejszej restauracji podali zimną lurę zamiast kawy — warknął Olek.  — To jest zupełnie inne uczucie. Zapewniam, że o wiele gorsze.
Rozpętała się awantura, Leon wreszcie doszedł do głosu, wygłosił manifest pracy od podstaw i mimo wszystko, Olek drwił, mówił o łagrach
i procesach, panny płonęły. Mania wysunęła język. Janka odciągnęła męża od stołu pod pretekstem sprawdzenia, co to za hałasy na korytarzu a potem przyniosła ciasto. Pijąc kawę, nie przypominającej zimnej lury, z cukrem i śmietanką, popatrzyłam na Olka uważniej. Nie fascynował mnie, ale podobało mi się to, co i jak mówił. Może powinnam spróbować? Pewnie ma w programie odprowadzenie mnie do domu – za oknem niskie słońce już znikało, samotna kobieta po zmroku, wiadomo. Pogadamy. Jak to by było kochać go? Nie tak jak sobie wyobrażałam, jakoś inaczej, zwyczajniej, codziennie? Prawdę mówiąc, nie wiem o co chodzi z tą miłością, ale może wystarczy go polubić. Razem zdobywać kartofle i mleko dla dziecka.
— Ma pan rację — powiedziałam cicho.
— Ale ludzie nie znoszą prawdy bo jest chaotyczna i niesprawiedliwa. Okrutna. Niezrozumiała. Ledwie pojawi się jakaś teoria, zaraz ją chwytają. Po stu latach równie zażarcie wierzą już w następną. Muszą to objaśnić i uspokoić, wierzyć, że inaczej być nie mogło, konieczność dziejowa, logika historii, wola boska.
— Myśli pani, że takie złudzenia to niezbędny element świadomości? — spytał z błyskiem zaciekawienia.
— Tak, jako funkcja instynktu samozachowawczego — potwierdziłam z przekonaniem. Stuknął delikatnie swoją filiżanką o moją. Dopiliśmy kawę z minami współspiskowców. Pod proszącym spojrzeniem Janki Olek zmienił temat, zaproponował że zagra na pianinie. Grał powstańcze piosenki, dziewczyny śpiewały, Leon się rozpogodził. Lomir alle zingen – odezwał się w mojej głowie głos babci i zgasł jak rozbita latarnia.
Odprowadził mnie w zmierzchu, po zmrożonym śniegu. Kilka lat
arni gazowych świeciło na ruiny, które skojarzyły mu się z Warszawą. Opowiedział mi, jak uciekł po upadku Powstania. Zatrzymaliśmy się przed furtką; wziął mnie za ręce.
Spotkamy się jeszcze, prawda? — zapytał niskim, intymnym głosem.
— Tak pan sądzi? — odpowiedziałam pytaniem. Nie mogę mieć dzieci, pomyślałam, dzieci w których szukałabym twarzy Poli i Artura, matki
i ojca. Nie mogę z nim być. Nie chcę oddawać Krysi Lewandowskiej tej odrobiny, która mi jeszcze została. Ta odrobina odżyła w czasie obiadu, podczas którego wszyscy byli dla mnie mili i nikt nie mówił nic złego o Żydach. Obiadu zjedzonego z normalną polską rodziną, z którą czułam się obca. Po ślubie obracałabym się w patriotycznych kręgach rodziny Olka a tam zdanie „jestem Żydówką” to w najlepszym razie nietakt jeśli nie zgorszenie. Lepiej już puszczać gazy w szacownych żydowskich domach Nowego Jorku i Jerozolimy, ale aż tam się nie wybierałam.
— Świetnie się porozumiewamy.
— I chce mnie pan zaprosić na debatę o przyszłości Polski?
— Raczej o naszej przyszłości.
— Przykro mi. Przyszłość każde z nas ma osobną.
— Na pewno? Potrafi to pani przewidzieć?
— Umierałam parę razy a to daje pewną jasność widzenia. Nie mam tych złudzeń, o których rozmawialiśmy. Przynajmniej jeśli chodzi o moje życie.
— Co to znaczy „umierałam parę razy?” — nachylił się, obłoczek oddechu popłynął do mojej twarzy.
— Proszę to rozumieć, jak pan tylko chce. Dobranoc.
Nie, nie wystarczą kartofle i mleko. Nie chcę z nim spać w jednym łóżku, wąchać jego oddechu, dopytywać, czym się martwi. Nie chcę się śmiać z jego dowcipów i wzruszać się jego zdjęciem na którym miał roczek. Nie chcę mieć w mieszkaniu jego zbiorów polskiej literatury, kłamać jego rodzicom o swoich rodzicach, nie chcę gryźć się w język i odwracać wzroku. Nie chcę fizycznej bliskości, nie chcę poznawać jego ciała, nie chcę żeby mnie dotykał, nie rozumiejąc, nie mogąc zrozumieć.
Karol zostawił coś po sobie, co z braku słów mogę nazwać ciekawością. Tych kilka przyjemnych momentów, pocałunków, głaskania po piersiach... Ciekawa byłam co mogłabym poczuć z kim innym. Z kimś kto spojrzy na mnie – a już widzę siebie nagą. I jego – no tak, jego.
Z kimś, kto mnie doprowadzi do spełnienia, złamie strach, z kimś z kim będę absolutnie swobodna, nieskrępowana, z kim będę mogła w łóżku przeklinać i śmiać się, palić i płakać, pić, zachowywać się jakkolwiek. Bez muszę, powinnam, nie powinnam. Oglądać wyuzdane książki, brać z nich pomysły, być może.
Zaspokoiłam się sama. Rozpaliłam w piecu, kiedy ciepło się rozeszło po pokoju odrzuciłam kołdrę, zgięłam kolana, jedną ręką drażniłam sutki a drugą wsuwałam wolno między nogi. Czułam narastające napięcie, które przedłużałam umyślnie. Krótkie wyładowanie. Leżałam potem przykryta już szczelnie kołdrą i trzęsłam się z samotności.


Dwa tygodnie później leżałam w ciemności, z rękami pod głową. Zegarek tykał. Położyłam go na stoliku obok książek, dokupiłam je, drwiąc trochę z tych zabiegów zapełniania sobie życia. Ale co było robić – myśl o zabiciu się kusiła mnie od czasu do czasu, ale zawsze coś mnie od niej odrywało. Krysia Lewandowska chciała sprawdzać klasówki albo narąbać drewna, zjeść grochówkę albo po prostu zaczynała się bać, gdzie trafi po śmierci. Nie wierzyłam w Boga, ale w duszę i zaświaty – owszem.
Chmury zasłoniły księżyc, niebo i tak było jasne, niebieskawe, w ogrodzie białe fale, abstrakcyjne rzeźby żyły, tworzyły półrealny świat.
Zaspokajanie się własnymi rękami przestało pomagać, czułam koło siebie drażniącą pustkę, brak drugiego ciała, głosu.
Plecy mnie bolały od tego leżenia i zaschło mi w gardle. Ubrałam się niechętnie, dlatego, bo było zimno, a nie z obawy, że kogoś spotkam. Wciągnęłam sweter i spodnie w których chodziłam po domu. No cóż, Ritter mogła obnosić tę swoją płaszczo-kurtkę męskiego kroju, portki
i buty takie same, jakie miał Włodek. To jej nie mogło zaszkodzić. Tworzyło jakby całość z byciem Niemką. Zeszłam do kuchni, zrobić sobie herbaty i zobaczyłam smugę światła. Przy stole siedziała Ritter zagłębiona w zniszczonym albumie.
Zobaczyłam z daleka rysunki, pomyślałam, że to może medyczna książka. Nastawiłam wodę i z nudów zerknęłam jej przez ramię. Na rysunku dwie kobiety uprawiały seks. Jedna z nich klęczała, druga dotykała czubkiem wysuniętego języka jej sterczącego sutka. Na następnym rysunku pierwsza wciąż klęczała, druga leżała na wznak i sięgała językiem warg sromowych, doskonale widocznych. Obie miały długie włosy
i ładne rysy twarzy. Nieznany rysownik nie kazał im się groteskowo krzywić z ekstazy. Tekst podpisów był francuski.
— Zna pani francuski?
— zapytałam niedbale.
— Słabo. Oglądam obrazki. Brakuje mi seksu.
Aż mnie zatkało. Nie tylko to, że powiedziała coś podobnego na głos, ale że zrobiła to od niechcenia, tonem „brakuje mi świeżych truskawek”.
— Czemu w kuchni? — spytałam zamiast: „takiego seksu”?
— Mam dość swojego łóżka i tych ścian. Nie mogę spać, czuję każdą zmarszczkę na prześcieradle a wzory na tapecie ożywają. Dostaję już szału.
— Rozumiem
powiedziałam. Nie patrzyłyśmy sobie w oczy. Nie zalałam herbaty, wypiłam łyk ciepłej wody. Naprawdę rozumiałam i to mnie złościło. Ritter wsunęła długie, chirurgiczne palce we włosy, lśniące w świetle lampy. Nie spuszczała wzroku z albumu, ale nie przewracała kartek i zdawało mi się, że wcale nie patrzy na rysunki.
— Czasem wydaje mi się, że to mógłby być ktokolwiek, jeśli tylko sprawi że poczuję – ten dreszcz
— zakończyłam niezręcznie. Patrzyłam na fajerki. Wcisnęłam ręce w kieszenie i wyszłam. U siebie stanęłam na środku pokoju, serce mi łomotało. Co za dziwaczna rozmowa – i kobieta. Naziści uważali takie za niemoralne. A może tylko ze mnie żartowała. W tej książce mogło być wiele rysunków przedstawiających kobietę i mężczyznę – pewnie myślała, że mnie zgorszy, przestraszy, sprowokuje. Pukanie. Cisza. Stałam, patrząc na unoszony wiatrem śnieg, zmieniające się linie. Weszła i stanęła za mną. Oddech musiałam łapać z największym wysiłkiem.
—Czy „ktokolwiek” to mogłabym być ja? — spytała cicho, z napięciem. Nagle poczułam ręce unoszące sweter, wsuwające się pod niego, na nagie plecy. Otoczyły mnie. Duże bardzo ciepłe dłonie leżały na moim brzuchu.
— Nie wiem — zdołałam wyjąkać. Przytknęła mi usta do karku. Zadarła sweter do góry a ja uniosłam ręce, żeby mogła go zdjąć. „Co ja robię”, „nie powinnam” „nie mogę”
– przechodziły mi te okrzyki przez głowę, ale takie protesty działają tylko jak afrodyzjak. „Powinnam”, „mogę”, „oczywiście”, to są hasła do wypełniania obowiązków małżeńskich.
Ritter zdjęła ze mnie ubranie, sama też musiała coś z siebie ściągnąć, bo przytuliła się do moich pleców, poczułam jej piersi i o mało nie jęknęłam. Już byłam pewna, że pozwolę jej głaskać się i lizać i cokolwiek jeszcze, co uchodzi ze perwersyjne i niemoralne, pozwolę na to tej Niemce, wyrwę z chaosu chociaż jedną chwilę, która będzie należeć tylko do mnie. Tylko ode mnie zależeć. Od niej? Na tyle, na ile jej pozwolę.
Kiedy się położyłam, chciała mnie pocałować, ale odwróciłam głowę. Spróbowała jeszcze raz, z tym samym rezultatem. Nie, Ritter, pocałunki nie wchodzą w grę. Nawet te perwersyjne. One są dla ludzi, którzy ocierają się o siebie nie tylko piersiami i biodrami.
Szumiało mi w uszach, chwytałam powietrze jak ryba, gardło szybko wyschło mi, jakbym nie piła cały dzień. Nadstawiłam jej szyję, kark, obserwowałam jak delikatnie liże moje sutki, ssie i całuje. To chwilami wyglądało jak czułość. Robiła to jednak coraz mocniej, wsuwając kolano między moje nogi. Jeździła językiem po moim brzuchu, wsadziła go w pępek, sutki trącała i tarła, śliskie włosy drażniły mi skórę, wczepiłam w nie dłonie i lekko pociągnęłam. Chyba ją to podnieciło, bo jęknęła i szybko wsunęła głowę między moje uda. Obracała językiem bardzo sprawnie; podsunęłam się wyżej i rozłożyłam nogi na całą szerokość. Moja łechtaczka była idealnie posłuszna. Ritter doprowadziła mnie do tego, że przestałam powstrzymywać nieartykułowane jęki stękania i inne trudne do nazwania odgłosy; próbowałam je stłumić nie ze względu na wstyd, tylko żeby nie dać jej zbyt wielkiej satysfakcji. Ale to się obracało przeciwko mnie – jeśli chciałam sobie sprawić prawdziwą rozkosz, nie mogłam niczego tłumić. Odrzuciłam głowę do tyłu. Zaczęłam wyć jak wilk do księżyca. Z niczym innym mi się to nie kojarzy. Zresztą była tam tęsknota za niemożliwym. Ritter chciała mnie przytulić, kiedy skończyłam, ale pozwoliłam tylko nakryć się kołdrą. Obie oddychałyśmy ciężko. Zamknęłam oczy. Zdrzemnęłam się chyba, nagle odprężona.
— Mam iść? — spytała.
— Zróbmy to jeszcze raz. Może ręką?
Tym razem poddawałam się jej trochę leniwie, to było jak deser po dobrym obiedzie. Leżałam najpierw na boku, po kręgosłupie spływały dreszcze, po pośladkach jej usta. Zacisnęłam jej rękę między udami. Zawinęłam się w kołdrę i odwróciłam. Nie słyszałam jak odchodziła, ale kiedy obudziłam się nad ranem i obróciłam na drugi bok, byłam w łóżku sama.
Następnego wieczora znów przyszła. Potem nabrała zwyczaju pytać po kolacji: „Mogę do ciebie przyjść?”. Odpowiadałam „Tak”. Przeszkadzały nam jej dyżury i moje napady złego samopoczucia, ale robiłyśmy to kilka razy w tygodniu. Przerobiłyśmy różne pozycje, łącznie z tym klęczeniem naprzeciwko siebie. Szybko, wolno, gwałtownie, delikatniej, w milczeniu i przerzucając się propozycjami. Czasem stałam ubrana przy oknie, innym razem czekałam na nią naga albo zdejmowałam tylko spodnie. Zostawiała mi malinki a ja jej krechy od paznokci na plecach. Zdarzyło nam się w łóżku zapalić i napić się wódki; po wódce ja robiłam się skrajnie bezwstydna i od razu wypinałam tyłek a ją brało na czułości. Znów próbowała mnie pocałować w usta.
A poza tym nasze relacje się nie zmieniły. Trafiałyśmy na siebie nad ranem, Ritter zwykle piła kawę na stojąco, popatrując na zegarek a ja ziewając robiłam sobie jajecznicę. Nie pytałam jej o rodzinę, czy sypia z Włodkiem, czy miała męża, czy nie zamierza wyjechać zanim ją deportują, co myśli o Bierucie, komorach gazowych i penicylinie, czy Rosjanie ją zgwałcili, czy lubi Goethego, czy oglądała film „Błękitny anioł”. Czy zaspokaja się sama, kiedy wraca do siebie. Bo ja oczywiście nigdy się jej nie odwzajemnię.
Czasem wychodziłam do piekarni po chleb tuż po niej i widziałam plecy niknące w porannej mgle albo zadymce. Włodek wbijał we mnie spojrzenie zza „Wiadomości Mazurskich” jakby wiedział, (był zazdrosny? też sypiał z kim innym? powiedziała mu że to jej sprawa?). I jakby miał o to do mnie pretensje. Hm, to nie była moja inicjatywa.
Układ trwał kilka tygodni. Potem zachorował jakiś lekarz, Ritter brała po dwa dyżury, przesypiała całe dnie. Przyszła w niedzielę, przeleciała mnie – inaczej tego nie nazwę, wbiła mi palce tak mocno jak nigdy dotąd i wyszła nie czekając aż złapię oddech. Po tygodniu, akurat nie wiedziałam co ze sobą zrobić wieczorem, podeszłam do niej, kiedy jadła kolację. Oglądała przy tym wielki jak drzwi do stodoły atlas anatomiczny opisany gotykiem. Wyglądało to jak podręcznik dla rzeźnika - mordercy. Wpatrzona w kłębuszki nerkowe jadła chleb ze smalcem, marszczyła te swoje przerażające brwi i pocierała nos nerwowo-zamyślonym ruchem. Pewnie czekała ją trudna operacja.
— Przyjdziesz do mnie? — zapytałam możliwie niedbale, zajęta zmywaniem.
Pokręciła głową, nawet nie pokręciła, poruszyła nią, ten ruch był tak minimalny, oszczędny, ledwie zauważalny, ale zauważyłam go doskonale i jeszcze lepiej zrozumiałam.
Zdaje się, że ona miała jakieś oczekiwania i złudzenia. Zakochała się? Parsknęłam cichutkim śmiechem. Chciała pocałunków
i sentymentalnych wyznań? Z Krystyną Lewandowską? Żałosna ta Niemka. Nawet Krysia nie była tak głupia, nawet ona miała zupełnie dobrą pamięć. Kobieta – to głupie, musi się szybko skończyć, wypalić. Bez tych wspólnych spraw jakie łączą małżeństwa, dzięki którym można ocalić ciepło, wsparcie, pomoc, bo nie namiętność. Może nawet złudzenia się przydają. Teoria, że miłość się nie kończy, mnie nie przekonuje. Czy mogłabym coś takiego zobaczyć? Kobieta – zapach, piosenka, błysk. To, co nietrwałe. Niemka – to wbrew mojemu życiu. I wbrew mojej śmierci – bo umarłam razem z nimi. Krystyna Lewandowska tylko udaje. Nie może kochać, jest ograniczona jak postać z powieści.
Talerze zmyłam doskonale. Wszystko wróciło do normy; gorzej spałam, uprawiałam samogwałt i nie patrzyłam jej w oczy. Zresztą ja jej
i przedtem nie patrzyłam w oczy, bo po co. Nie interesuje mnie, co one mówią. Oczywiście odzywałam się do niej czasami, z uprzejmości albo ciekawości. Zostałam ją na przykład na wysypywaniu z fiolek tabletek na wielki kawał gazy. Na fiolce którą właśnie trzymała w ręce dostrzegłam napis „luminal”.
— Ile tego trzeba, żeby się otruć? — zapytałam. Wesołe promienie przedwiosennego słońca lśniły na gazie
, fiolce i jej włosach. Oglądała te tabletki niezwykle uważnie, nawet wąchała.
— To indywidualna sprawa. Dawkę liczy się na wagę ciała, ale ludzkie organizmy są mniej i bardziej odporne. Nawet lekarzom się zdarza wziąć starannie wyliczone pigułki i po dwóch dniach obudzić się.
— Próbowałaś? — podkusiło mnie coś, może okrutnego a może nie.
— Tak — odparła po prostu, zsypując tabletki z powrotem. Sięgnęła po kolejną fiolkę z tekturowego pudełka.
— Dlaczego? — drążyłam dalej; jakbym była początkującym chirurgiem i po raz pierwszy zobaczyła żywe tkanki, skurcze ludzkiego serca.
I tak bardzo by mnie ciągnęło żeby ciąć coraz głębiej... Może minęłam się z powołaniem.
— Ze wstydu. Przyznaję, Ritter zadziwiała mnie prostotą tych odpowiedzi.
— Wstydu za co?
— Żyję, jestem Niemką — odpowiedziała jak na pytanie z anatomii: tu jest jedna przyczyna a tu druga, tu nerka z torbielą a tam z tumorem.
— Muszę sprawdzić te tabletki — mówiła dalej, jakbym o to też pytała.
— Włodek nie jest lekarzem, zresztą nie dałby rady oglądać przy kupowaniu, czasem po prostu dostaje zaklejone pudełko – bierz albo nie. Jego dostawcy korzystają z całego łańcuszka pośredników, nic prostszego niż wrzucić do fiolki witaminy czy sprasowany cukier. Miałam raz dolantynę wymieszaną pół na pół z jakimś świństwem.
— To dla szpitala? — dolantyna przypomniała mi apteczkę ojca. W razie czego mieliśmy się truć, a końcu nawet on podciął sobie żyły. Połowę leków nasennych i przeciwbólowych rozdał zresztą zrozpaczonym znajomym.
— Tak. Mała część idzie na łapówki. Nie wiesz, gdzie Włodek położył nożyce krawieckie? Miał je w kuchni, ciął sznurek.
— Zdaje się, że zabrał do siebie.
— Dziękuję. —
Odłożyła lekarstwa do pudełka i poszła na górę; w popołudniowej ciszy słyszałam jej kroki, zgrzyt drzwi a słońce świeciło na mój prawy policzek. Sięgnęłam do pudełka, wyjęłam luminal i trzymałam chwilę w dłoni. Zastanawiało mnie, jak wyglądała jej twarz w chwili kiedy wysypywała je z fiolki we wgłębienie dłoni, sięgała po szklankę z wodą. I kiedy doszła do wniosku, że to właśnie jest najprostsza odpowiedź.
Innego dnia sprawdzałam, czy mleko nie skwaśniało, schylona nad dzbankiem. Włodek wpadł z impetem do kuchni. Mleko wyglądało na dobre, wlałam odrobinę do kawy, wyciągnęłam nogi, popijałam drobnymi łykami.
— Cholera jasna psiakrew, muszę lecieć do Franka, muszę i to już. Nie będziesz czasem przechodziła dzisiaj koło szpitala?
— Będę w samym szpitalu. Koleżance z pracy wycięli woreczek żółciowy.
— Błagam cię, znajdź Martę i daj jej to
— wyjął z kieszeni kożucha kanapkę owiniętą w woskowany papier i tabliczkę czekolady. Zapach kiełbasy przebijał papier i zrobiłam się głodna.
— Podwójne dyżury
— burczał. — Przepracowuje się, mało śpi, nie dojada. Dzisiaj wypiła tylko kawę. Sama trafi na łóżko — troszczył się jak tatuś albo mamusia.
— Znajdę
— obiecałam z westchnieniem. Jakoś nie chciało mi się wymyślać wymówek. Zresztą, nie warto. Uśmiechnęłam się do Włodka. Mrozy brały w lutym coraz większe a moje palto się sypało.
— Ale też mam do ciebie prośbę. Upłynnisz mi pierścionek?
— Potrzebujesz pieniędzy? Jeśli to rodzinna pamiątka, zostaw go sobie, pożyczę ci forsę, oddasz kiedy zechcesz — zaofiarował się.
— To po kobiecie, którą się opiekowałam. Dała mi przed śmiercią. Prawdopodobnie kradziony.
Spadkiem po Ciotce Jadzi nie szafowałam, przeciwnie – tylko w razie konieczności sprzedawałam pojedynczy pierścionek czy broszkę. Oglądałam potencjalnego kupca, analizowałam. Kiedy ktoś wydawał mi się skłonny do sentymentalnych porywów, byłam nieśmiała
i skłopotana, sierotka z dobrego domu, która nigdy, przenigdy nie spodziewała się być zmuszoną do pozbycia się jedynej pamiątki po mamuni czy babuni. Przy innych skutkowała taktyka „jestem twarda, nie opuszczę ceny, nie mogę, to dla dzieci, dla dzieci bym zamordowała”. Drani, którzy stuknęli by mnie w głowę po obrabowaniu, wyczuwałam na węch i omijałam szerokim łukiem.
— Masz go przy sobie? Pokażę od razu Frankowi, może Maniek też będzie.
Poszłam do pokoju. Wziął pierścionek i pobiegł. Janka poleciła mi już dobrą krawcową. Nie chciałam kupować używanych rzeczy, zastanawiać się, kto z kogo je zdarł. To Janka właśnie miała poprzedniego dnia operację – czułam lekki niepokój – była jedyną osobą której życzliwości doświadczyłam – a każda operacja to ryzyko. Na szczęście była w dobrej formie, przypomniała sobie nawet o drugiej krawcowej, też bardzo dobrej – potwierdz
iła to ochoczo sąsiadka z sali, tęga brunetka z warkoczem.
— Ritter mnie operowała, wiesz? To Niemka... podobno ma świetną rękę. No, to chyba nie powinno mi robić różnicy, jak sądzisz? A jednak, człowiek jest głupi, nie mogłam się powstrzymać, żeby o tym nie myśleć prze
d operacją. Że teraz Niemka mnie ratuje. I czy nie żałuje, że przegrali. I musi teraz leczyć Polaków. Ale nikomu o tym nie powiesz, Krysiu, prawda? Tobie mówię w zaufaniu, nie jesteś głupią gęsią.
Kiwnęłam głową. Pogłaskałam ją po ręce. Obiecałam wpaść do niej do domu po wypisie. W drzwiach usłyszałam jak pielęgniarka woła doktor Ritter. Mignęła mi dwie sale dalej jej sylwetka, podbiegłam, nacisnęłam ostrożnie klamkę. Wsunęłam głowę do środka – odwrócona do mnie tyłem Ritter trzymała strzykawkę nad odsłoniętym przedramieniem piegowatego chłopa z szeroką gębą. Obok stała mocno zbudowana, niska kobieta z tobołem. Męski głos szwargotał zaciekle, ale Ritter mu przerwała.
— Ty się Hoppe, zamknij. Żadna z ciebie ofiara. Kto niby plotkował żonie Lothara? Kuzynka, cholera. Lothar chodzi do Emmy, Klaus sieje defetyzm, pani Schimanski klnie Hitlera, a ktoś tam podtarł sobie dupę gazetą z Goeringiem. A ona ze wszystkim na gestapo. A teraz zasrańcu, będziesz szlochał, że cię oszukali, jesteś biednym, ciemnym gnojkiem który bał się więzienia.
— Hoppe chciał coś wtrącić, usiłował też wstać, tłuste szpakowate włosy spadły mu na czoło. — Ale co ja się przejmuję — zgrabnym ruchem Ritter wbiła strzykawkę, Hoppe kwiknął cicho, strzykawka napełniła się krwią — i bez badań widzę, że zostały ci jakieś dwa lata. Hoppe zbladł i osunął się, niska kobieta go podtrzymała.
Ritter zauważyła mnie. Wyszła na korytarz, strzykawkę przekazała pielęgniarce.
— Sama pobierasz krew?
— Hoppe boi się zastrzyków i nie mówi po polsku. Pielęgniarki nie mogły sobie dać z nim rady, uciekał. Wolałam je wyręczyć.
I powiedzieć Hoppemu co o nim myślisz. A ja to słyszałam. Co nie oznacza że widzę cię teraz inaczej. Nic łatwiejszego niż oskarżyć jakiegoś gnojka z tłustymi włosami. „Bo ja jestem inna, taka niewinna...”
— Włodek kazał ci to dać — wyjęłam paczkę.
— Włóż mi do kieszeni — poprosiła myjąc ręce tymi powolnymi, dokładnymi, lekarskimi ruchami, które tyle razy obserwowałam u ojca. Włożyłam i poszłam.


O świcie leżałam z otwartymi oczami, niebo różowiało, słońce zahaczało o futryny, z dachu zaczął spływać topniejący śnieg, długie fantazyjne sople kapały w rytmie staccato. Walczyliśmy kiedyś takimi soplami – jak na miecze, z Arturem. Pola udawała, że to czarodziejskie różdżki, ale my woleliśmy miecze. Końce sopli topiły się w nam w dłoniach, czubki się łamały, tańczyliśmy dookoła siebie w śniegu, śmieliśmy do łez. Otarłam je i ziewając poszłam do łazienki. Sikałam, kiedy dobiegł mnie zgrzyt klucza, drzwi z sieni na korytarz otworzyły się, ale nie zamknęły. Ritter z nocnego dyżuru albo Włodek z nocnej rajzy, tylko czemu nie zamyka drzwi? I żadnych kroków. Ale to nie powód, żeby zrywać się
z sedesu. Kiedy wyszłam, zobaczyłam Ritter zawieszoną wpół ruchu; wyciągniętą ręką poruszyła nagle, jakby chciała złapać powietrze i przewróciła się. Sparaliżowało mnie. Przed oczami latały złote iskierki. Zrobiło mi się słabo. Upadnę jak ona, umrę – upadek skojarzył mi się z atakiem serca, ale czemu ja miałabym także zasłabnąć i umrzeć – nie wiem, najwidoczniej mój umysł robi co chce.
Pochyliłam się jednak, przytrzymałam ściany, złapałam jej nadgarstek, żeby znaleźć tętno ale zupełnie mi to nie wychodziło.
— Marta — usłyszałam cudzy głos, głos kogoś niewidocznego kto się wślizgnął we mnie — Marta! Zemdlałaś?
— I głośniej, rozpaczliwie, ze złością: Tylko zemdlałaś, prawda?
Głęboki oddech. Cóż to się ze mną dzieje, do diabła.
— Włodek – ryknęłam z przepony. — Włodek!
Zjawił się tupiąc bosymi stopami w deski schodów, w kalesonach i podkoszulku.
— Zemdlała — stwierdził tonem „a nie mówiłem”. Przenieśmy ją na łóżko.
— Moje – dodałam. — Po co ciągnąć ją po schodach?
— Łap głowę i ramiona — stwierdził krótko. Mnie pewnie wziąłby po prostu na ręce, ale Marta prawie dorównywała mu wzrostem. Położyliśmy ją na jeszcze ciepłym łóżku, zdjęliśmy buty i płaszcz.
— Sole trzeźwiące — powiedziałam. Amoniak.
— Coś znajdę — Włodek rzucił się do sąsiedniego pomieszczenia – grzechot i łomot. Usiadłam na brzegu łóżka i dotknęłam jej czoła, chłodnego, wilgotnego. Gardło miałam zaciśnięte. Przypomniałam sobie coś, o czym długo udawało mi się nie myśleć. W czasie, kiedy przychodziła do mnie wieczorami, raz po obiedzie usiadłyśmy obok siebie przy kuchennym stole. Ja czytałam gazetę, otwartą na zdjęciu generała Franco, ona studiowała medyczny podręcznik. Piłyśmy herbatę. W pewnej chwili dotknęła mojej ręki – nienarzucającym się, lekkim gestem, jakby nie chciała mi przeszkadzać, a tylko upewniała się o mojej obecności przy niej.
— Nie dotykaj mnie, jest dzień — rzuciłam patrząc w gazetę.
Cofnęła palce jak oparzona. Wstałam, bo już dopiłam herbatę – tak, wiem, że słowa potrafią wyrazić to samo, co piekące uderzenie w twarz, ale czasem nie jest potrzebne ani jedno ani drugie. Wyjątkowo spojrzałam jej w oczy — poleciałam w dół, jakby pode mną zabrakło podłogi. Ona cofnęła się za żelazne drzwi, jej nie było, zostały puste oczy, blada twarz, poruszające się automatycznie ciało.
— Rozpuszczalnik — oznajmił triumfalnie Włodek. Przysunął mi do twarzy otwartą butelkę.
— Ja akurat lubię ten zapach — poinformowałam go.
— Nie szkodzi — wsunął Marcie rękę pod głowę, podsunął butelkę pod nos. Kichnęła, zakaszlała, wstrząsnęła się, otworzyła oczy, półprzytomnie odezwała się po niemiecku:
— Was is das?
— Aceton — wyjaśnił rozpromieniony Włodek. — Przestań brać te podwójne dyżury, czy u was już nie ma innych lekarzy na zastępstwo? Czy może oni to celowo zwalają na ciebie? To im powiem, co tym myślę, cholera jasna, psiakrew.
— Nie, to ja sama — powiedziała Marta. Usiadła.
Zrozumiałam: brała dyżury żeby unikać mnie. Coś szarpnęło moim żołądkiem, jak w lunaparku, kiedy zbyt szybko zjeżdżałam w diabelskim kole.
— Zrobię ci coś do jedzenia — zaproponowałam.
— Zrób, Kryśka. Położyłem się spać o trzeciej — Włodek spojrzał na mnie podpuchniętymi oczami. Marta pogłaskała go po ręce. —  Leć chrapać — rozkazała i powoli wstała. Powoli doszła do kuchni, dotykając od czasu do czasu ściany, powoli usiadła na krześle, kładąc rękę na oparciu, jak gdyby mogło uciec.
Szybko usmażyłam jajecznicę, zrobiłam kakao. Marta siedziała z głową opartą na rękach. Postawiłam miskę z jajecznicą, umyślnie głośno. Kubkiem trąciłam ją w łokieć. I sama usiadłam obok, żeby pilnować, czy znów nie upadnie.
Nie zareagowała. Położyłam dłoń na jej dłoni podpierającej brodę, na moment, żeby się ocknęła.
— Siódma rano a ty mnie dotykasz? — zapytała bez gniewu, tak znużonym, gorzkim tonem, że żółć mi podeszła do gardła i wywołała mdłości.
Z tłukącym się obrzydliwie sercem wstałam i odwróciłam się do niej tyłem; coś działo się z moją twarzą, wykrzywiała się bez mojego udziału,. Usta, policzki poruszały się spazmatycznie, w absolutnie niekontrolowany sposób.
— Przepraszam — usłyszałam z daleka.
— Nie przepraszaj mnie — krzyknęłam aż mnie gardło zabolało. Odwróciłam się. Patrzyła na mnie jak zalęknione dziecko, nie przesadzam. Zastygła z uniesionym kubkiem jak na obrazie.
— To ja... ciebie... — nie dokończyłam. Napięcie jednak zelżało. Podniosła kubek do ust.
A ja osunęłam się na krzesło. Chleb. Trzeba ukroić chleb – sięgnęłam po bochenek i drżącą rękę urżnęłam dwie krzywe kromki. Potem patrzyłam jak je.
— Położysz się teraz znowu u mnie, nie wspinaj się na schody — rzuciłam stanowczo, kiedy skończyła.
— Dałabym radę — odparła.
— Lepiej nie.
Obserwowałam, jak się kładzie i przykrywa kołdrą. Usiadłam na krześle obok i wzięłam z półki „Lato leśnych ludzi”.
— Myślisz, że umrę we śnie? — w kąciku ust błąkał się uśmieszek.
— Nie takie rzeczy się zdarzały — odparłam rzeczowo.
— Nie musisz iść do szkoły?
— Niedziela.
— Nie jesteś głodna? Nie masz nic do roboty?
— Słuchaj, to mój pokój. Zechcę to rozbiorę się do naga, zaczepię lewą nogą o lampę i będę wisieć, śpiewając arie z „Aidy”. Zrozumiałaś?
— Dobranoc — powiedziała cicho a ja zaciągnęłam zasłony, żeby słońce jej nie przeszkadzało. Dość było jasno żeby czytać, gdybym naprawdę nabrała na to ochoty.
Przespała cały dzień a ja całą noc – opadło na mnie zmęczenie jak po wielkim biegu. Zobaczyłam ją rano, jak odgarniała śnieg; poruszała się między cieniem i blaskiem, zgarniała błyszczący śnieg na boki, uklepywała łopatą. Nie mogłam na nią nie patrzeć, nie mogłam zwolnić oddechu i nie mogłam także powstrzymać czegoś, co od lat robiłam wprawnie ale sztucznie – nie mogłam się nie uśmiechnąć. Uśmiech przyleciał znienacka, jak sikorka kiedy wokoło sam śnieg i lód; nagle migają żółte piórka i berecik, jakby zima znała litość. Oparła się na łopacie i patrzyła na mnie. Uśmiechnęła się w odpowiedzi, najpierw ustami, potem oczami, które nabrały koloru.
— Wyrosła mi marchewka zamiast nosa? — zapytała rozweselona.
— Mam świeży chleb. Zjemy śniadanie? — pokazałam bochenek. Oderwała piętkę i żując poprosiła — Nastaw kawę, zaraz przyjdę.
Ten dzień leciał. Przełykałam jeszcze kawę a już szłam do gimnazjum i już Jadzia z Ia pomyliła średnicę z promieniem, Piotr z Jędrkiem grali w karty na pieniądze (do dyrektora), Danka przyszła w połowie lekcji bo jej kotka rodziła. Potem Leszek sześć razy wychodził z klasy pod pretekstem, że ma biegunkę, aż powiedziałam że zaryzykuję i wyrwałam go do tablicy. Śnieg topniał jak szalony. Z dachu spadał jak seria pocisków. W pokoju nauczycielskim zaczepił mnie nowy, przysłali go w drugim semestrze, zwolennik kołchozów, tamy na rzece Amur
i ogólnie promiennej szczęśliwości pod butem Stalina. Zaczynał już z nami różne rozmowy wytykając przedwojenną, burżuazyjną świadomość. Zainteresował się moim pochodzeniem; po wstępnych aluzjach rzucił wprost:
— Inteligencja, robotnicy? Bo chyba nie chłopi?
— Musi pan to wiedzieć? — upewniłam się, dając znak Jance, żeby milczała. Otwierała już usta, żeby mnie wyrwać ze szponów Kazika.
— To nas określa — oznajmił. Robotniczą dłonią poprawił zawinięty rękaw robotniczej koszuli na mało jakoś muskularnych ramionach. Był chudy i blady, w okularach, wyglądał jak urzędnik zamknięty całymi dniami w komórce bez okien.
— Spłodziło mnie siedmiu krasnoludków i Królewna Śnieżka — odparłam dyskretnym tonem.
— Krasnoludki miały czerwone czapeczki. Czy to pana zadowala?
Janka dostała ataku śmiechu, nawet Teodora uśmiechnęła się z satysfakcją, Gustaw rozlał herbatę a Jeremi stuknął laską o podłogę zamiast zaklaskać.
— Nie powinna pani tak ze mną rozmawiać — wydusił z tłumionym gniewem Kazik. — Nie powinna pani — powtórzył tonem groźby.
— Brak poczucia humoru nas określa — odparłam.
Ale tak, wiedziałam że to nie była groźba bez pokrycia, że nie jutro i nie za tydzień, ale kiedyś Kazik wyciągnie to z pamięci. Może zmieni
w donos, urzędowe pismo albo szepnięte komuś dwa słowa. Może we wrześniu w pokoju nauczycielskim zabraknie Teodory, potem zniknie Jeremi, Janka też okaże się reakcją, a ja... nie będę czekała, aż po mnie przyjdą. Na razie miałam czas.
Na razie to ja kreśliłam błędy czerwonym atramentem, a kiedy odłożyłam stos klasówek, umyłam się i weszłam na górę. Trzymałam się poręczy, bo nie zapaliłam światła, sygnału alarmowego.
Pukam. Cisza. Wchodzę. Marta siedziała na łóżku, pod kołdrą, przeglądała album o ptakach. Kolorowy dudek ze ślicznym czubkiem. Uwielbiałam go jako dziecko. Odłożyła książkę na szafkę. Krąg światła lampki zostawił jej głowę w cieniu. Podeszłam niepewnie. Marta czekała bez słowa. Usiadłam na skraju łóżka. Wyciągnęłam rękę, dotknęłam jej czoła, włosów. Głaskałam te jasne włosy, grube i śliskie. Nie protestowała. Przymknęła oczy. Nagle pod kciukiem poczułam coś mokrego
– krople łez płynęły szybko i lekko, jak deszcz po szybie. Spadł kamień, gwiazda, zasłona. Miałam do niej prośbę, ale przedtem musiałam wypowiedzieć jej imię.
— Marta — odezwałam się, nagle przerażona, że to nie poskutkuje. Uniosła pytająco brwi.
— Pocałujesz mnie? — spytałam cichutko.
Ujęła moją twarz w obie dłonie i przypatrywała się ustom – musiała je rozpoznać. Dotknęła moich warg powoli i spokojnie, jakby składała podpis. Zostawiła odrobinę soli. Oderwała się.
— A ty mnie? — spytała schrypniętym głosem.
Zrobiłam to bez namysłu, czekałam na ten moment. Zrobiłam to tak samo jak ona – przytknęłam wargi do warg, krótko, zdecydowanie. I znów ona mnie, nie ustalałyśmy niczego – trochę dłużej, trochę mocniej. Musnęła moją górną wargę palcem. Powtórzyłam i ten gest. Trzeci pocałunek był jeszcze dłuższy, usta napierały na siebie, jakby chcąc uzyskać przewagę; objęłam ją za szyję. Wsunęłam się pod kołdrę, kiedy przyszła moja kolej, zdjęłam i wyrzuciłam sweter w ciemność. Cztery. Poczułam jej język, sam czubek; za chwilę będę musiała otworzyć usta, nigdy tego nie robiłam. Pięć. Otworzyłam, język się wsunął, dotknął mojego języka, a ja czułam go tak, jakby tkwił miedzy moimi nogami. Byłam cała tym pocałunkiem, piekielnie podniecona. Wzięłam głęboki oddech, zanim się jej odwzajemniłam, ale zrobiłam to bez odwlekania; język wydawał się sam wiedzieć, co ma robić. Sześć. Tym razem Marta wsunęła swój na całą długość; trącał, obracał, gonił mój, przygryzany zębami, nie dawał za wygraną; jakimś sposobem udało mi się oddychać. Mój też był agresywny; wędrował po zębach i podniebieniu, łapał swojego bliźniaka; moje ręce błądziły już po pośladkach Marty, wsunięte za spodnie od piżamy. Siedem. Wbiła jęzor tak mocno, że od razu zabrakło mi powietrza, dławiłam się i chciałam, żeby robiła to bez końca, z całej siły. Wciągnęła mój język w swoje usta i natychmiast pożądanie wypełniło mnie tak jak pokój napełnia się światłem po przekręceniu włącznika. Chciałam jej i przedtem, ale teraz pożądanie było większe od mnie. Tak jak światło wylewa się przez okna i drzwi poza pokój.
— Co teraz? — spytała. Jej przyśpieszony oddech odbierałam jak pieszczotę.
— Pozwól mi się sobą zająć.
Za chwilę miałam ją nagą i powstrzymywałam się z całej siły żeby od razu w nią nie wejść. Zamiast tego zaczęłam ją zacałowywać; każdy kawałek ciała, kostki palców i kolano, łokieć i ucho. Każdego kawałka pytałam czy mnie chce. Tak musiałam zrobić. Prowadziłam ją w siebie rękami które dotykały trupów, kradzionej biżuterii, trefnego złota, zakrwawionych łachów i obcego mężczyzny, parzyłam ustami, które ciągle kłamały.
Moje piersi i jej piersi, nagła symetria; a poza tym przyciągałyśmy się przeciwieństwami, tym, że rozbijałyśmy porządek. Porządek oznaczał dla nas śmierć. To spłynęło na mnie i z ogromną ulgą położyłam się między jej nogami, odsunęłam kręcone włosy i wysuniętym językiem obrysowałam tamte wargi, linię ud. Wsuwałam się głębiej, ciepło, wilgoć, bezmierny spokój. Język wił się w labiryncie, odbierałam poruszenia jej ciała, spięcia, naprężenia mięśni. Zajęta byłam doprowadzaniem jej do szczytu, nie myślałam o niczym, ale to jednak była prośba
o wybaczenie, schylenie mojej dumnej głowy. Chodziło mi tylko o nią i jej ekstazę.
Zrobiłam to kilka razy; leżała na boku i klęczała, trzymała się prętów w głowach łóżka, niecierpliwie poruszała biodrami, opadała bez sił.
— A ty? — spytała odgarniając mi spocone włosy z czoła. Byłyśmy tak mokre, że ślizgałam się piersiami po jej plecach, odrywałyśmy się od siebie ze śmiesznym klaśnięciem – to wzmaga poczucie przyjemnego bezwstydu.
— Nie muszę.
— A ja nie mogę cię tak zostawić.
— Możesz.
— Nie chcę. Teraz dobrze? Proszę cię.
Wsuwała już palce między moje uda. Przestałam się w końcu opierać, chociaż niezaspokojenie byłoby dla mnie prawdziwą satysfakcją.
— Mam do ciebie mówić Krysiu? — spytała potem.
— Jakie zdrobnienie lubisz?
— Nie nazywam się Krystyna Lewandowska — powiedziałam, już dłużej nie było sensu zwlekać.
— Udawałam ją tylko po ucieczce z getta.
— Domyślałam się — szepnęła obejmując mnie — czegoś takiego. Kiedy zobaczyłam cię pierwszy raz uderzyła mnie twoja nienawiść. Nie potrzebowałaś słów. Dlatego starałam się jak najmniej odzywać i schodzić ci z oczu.
— A ja myślałam, że to ty mnie nienawidzisz.
— Było mi wygodnie z głową przy jej szyi.
— Ale widocznie miałam się w tobie zakochać i nic nie mogło tego zmienić. To jak masz na imię?
— Helena. Ale mów Elena, tak jest ładniej. Od dziecka tak wolałam.
Elena to było moje tajne imię w okresie przyjaźni z Lidką, kiedy pisywałyśmy do siebie listy sympatycznym atramentem. Z zapałem wymyślałyśmy wakacyjne gry. Ona była Lianą, dzieckiem dżungli a ja zagubioną w tej dżungli, ocalałą z katastrofy samolotu, dziewczynką, którą ratowała. Pomagały jej zaprzyjaźnione zwierzęta. Czytałyśmy „Tarzana” i „Księgę dżungli”, nie da się ukryć.
— Elena — napisała palcem na skórze.
— Marta — wypowiedziałam to imię, jakbym ją błogosławiła. Jakbym je stworzyła z niczego. Bo to co się stało, stało się z niczego.
Położyła głowę na moim ramieniu, leżałyśmy i nic więcej nie było nam potrzebne.
— Wygodnie ci, kochanie?
— zapytała po jakimś czasie. Drgnęłam. Słowo „kochanie”, nie chciało umilknąć, kołysało się w mojej głowie jak rozhuśtany dzwon.
— Tak — odparłam tylko. Kiedy wreszcie musiałam zmienić pozycję i oczy zaczęły mi się kleić, ułożyłyśmy się obie na boku, ja za plecami Marty. Nachyliłam się, żeby pocałować ją jeszcze raz.
— Śpij dobrze...
Teraz coś się ze mną stało
– ni to widziałam ni to czułam: tak jak fala wyrzuca na brzeg kawałek drewna, jak obmacujący laską ślepiec natrafia na kamienie – pojawiły się dwa słowa – niewątpliwe – tkwiące na swoim miejscu:
...moja kochana — powiedziałam i naciągnęłam porządnie kołdrę na nasze nagie ramiona.
Wcale nie wypytywałam, jej obecność była pełna, ale jakoś samo się okazało, że Marty ulubione kolory to jasna zieleń, wiśniowa czerwień
i fiolet, że uwielbia czereśnie, jako dziecko czytała Karola Maya i chciała być Winnetou (ja chciałam zostać d’ Artagnanem i Marią Skłodowską–Curie: zaśmiała się i wydusiła przez ten śmiech, że to cudowne połączenie, tylko szpada zawadza w laboratorium). Uczyła się angielskiego i nie znosi Dickensa za sentymentalne poświęcające się słodziutkie kobietki, że przechodziła ospę i szkarlatynę, zostać lekarzem chciała od zawsze, a może od momentu kiedy do domu przyszedł człowiek który zrobił kilka dziwnych rzeczy za parawanem i ojciec wstał z łóżka). Mozart i Scarlatti, filmy ją nudzą, czytała poezję żeby ćwiczyć polski.
Czy to mi było potrzebne, nie wiem ale przyjemnie się dowiedzieć, tak jak przyjemnie patrzeć na iskierki podrzucanego w słońce śniegu.
Budziłyśmy się mniej więcej jednocześnie, sople topniały, pojawiały się ptaki i stukały końskie kopyta na ulicy albo miauczał kot sąsiadów. Spoglądałyśmy sobie w oczy i kochałyśmy się przy świetle dziennym, bo nie musiałyśmy niczego przed sobą ukrywać. Pierwszego dnia przeciągnęłam się i rozejrzałam po pokoju, po zniszczonych książkach, fotografii młodego chłopca w kapeluszu na bakier; na poczerniałej komodzie stał globus. Odszukałam Wyspę Wielkanocną, okruch odległy od następnego skrawka lądu, Pitcairn, o 1500 mil. Czasem wyobrażałam sobie, że tam mieszkam i nie wiem nic nie tylko o getcie i wojnie, ale nawet o kontynencie zwanym Europą. Patrzę na konie biegnące plażą, bo zdaje mi się, że tam są konie. I nawet nie chce mi się zgadywać, co oznaczają posągi z tufu i pismo rongo-rongo.
— Mój brat Tommy
— wyjaśniła Marta, kiedy przeniosłam wzrok na zdjęcie. Na półce obok stało radio, skrzynka z dykty, niezgrabne pokrętła. Wyciągnęłam rękę, Marta widząc moje wahanie włączyła je sama. Poleciał prysznic z muzyki. Haendel? Nie wiem i nie zapytałam.
— Świetne radio. Sama je zrobiłaś? — spytałam. Przypuszczałam, że raczej brat.
— Sama. Z podręcznikiem radiotechniki. Kryształkowe.
I ta muzyka. Z niczego. Jakby dolatywała z kosmicznej pustki i jakbyśmy tylko my były w stanie ją usłyszeć.
Marta leżała z głową na moich kolanach. Kiedy tylko miałyśmy wolne, przesiadywałyśmy w ogrodzie albo szłyśmy do lasu. W ogrodzie czułyśmy się swobodniej, nie groziły nam czułe parki, wybiegające zza drzew dzieci i mężczyźni z flaszkami. Marta nie brała dodatkowych dyżurów, ja robiłam mniej klasówek; obie wstawałyśmy o świcie, kiedy ledwie można było odróżnić błękit od bieli. (To ten moment, gdy pobożni Żydzi odmawiają Szmę a kobiety rozpalają w piecach).
Zapatrzyłam się w żonkila, kiwającego się leciutko na wietrze.
— Po angielsku nazywa się daffodil — powiedziała Marta. Podobała mi się ta nazwa, długa jak jego łodyga. Daffodil.
Znów zbliżała się Wielkanoc, krzyżowanie Jezusa, jedzenie szynki i kiełbasy, święconka. Chociaż wydawało się że wszyscy pieką ciasta,
w cukierni i piekarniach był tłok, na targu między cukrowymi brankami i zarżniętą świnią plotkowano u cudach i trzeciej wojnie. Może chłopcy po rezurekcji będą strzelać z kalichlorku; takie rzeczy bywają nieśmiertelne. Dziadek z babcią nie lubili Wielkanocy, bo wielu ludziom przypominało się wtedy, że Żydów trzeba nienawidzić. Ani dziadek nie nosił chałata czy pejsów, ani babka peruki. I bez tego posiadali tak zwany „typowy żydowski wygląd” a ich wymowa nie była idealna. Siedzieli w domu, czytali, przyjmowali wizyty. Pola kiedy była starsza, często chodziła do nich na święta i szabas; rodzice tego nie bronili. Ja wybrałam się kiedyś na Pesach i Chanukę, z ciekawości. No, był jeszcze Purim, traktowany u nas jako zabawa dla dzieci, wtedy wpadaliśmy do nich całą rodziną. Święta. Wiara. Cuda. Więzi rodzinne. Mesjasz. Lament i błogosławieństwo. U kogo jest to tak wymowne jak u Żydów?
Żułam źdźbło trawy; gorzkie zioła. Mlecze jaśniały jak świece. Spływało na mnie błogosławieństwo powietrza, światła, liści. Marty. Bluźnierstwo, kojące, żywe bluźnierstwo. Przy Marcie czułam się żywa. Żywa...
Kiedy wojna się skończyła, czułam nie tak jak Janka euforię, tylko ulgę, która szybko znikła. Nie byłam unicestwiona. Byłam zużyta. Miałam pytania. Po co, na co, dla kogo, z kim?
Daffodil. On był naprawdę żółty. Moje oczy odbierały ten kolor z maksymalną intensywnością i precyzją. Wracałam. Krysia Lewandowska to była tylko kupka przybrudzonego śniegu przy porzeczkach. A to oznaczało kłopoty. Doskonale o tym wiedziałam. Przez tych kilka dni pozwoliłam sobie na rozmarzenie, filozofowanie i – krótkie bo krótkie, ale najbardziej niebezpieczne – zapominanie na jakim świecie żyję. Był to swego rodzaju sukces, niewątpliwie. Tylko że mógł się gorzko zemścić, a do tego nie zamierzałam dopuścić.


Rutkę odebrałam z dworca. Razem z Robertem i Małką, mężem i szwagierką. Rutka była córką ciotecznego brata mojej matki. Widziałam ją ze dwa razy w życiu. W mojej pamięci istniała jako jedna pozycja z długiej listy krewnych na których ćwiczyliśmy się z Arturem i Polą. Każde
z nas miało inną metodę. Ja zapamiętywałam krewnych alfabetycznie, Artur od najbliższych do najdalszych a Pola zaczynała od tych których lubiła żeby skończyć na – zdaje mi się – piątej córce stryjka naszego pradziadka, nauczycielce muzyki ze Lwowa. Niska, chuda staruszka raz usłyszała Polę grającą na pianinie, po upływie pół minuty podeszła do niej i huknęła „dość”.
Słyszałam plotki, że Rutka żyje, ale dotąd jej nie szukałam. Co mogłam z nią robić? Płakać? I jako kto? Krysia Lewandowska? Okazało się, że ona szukała mnie i kiedy podjęłam decyzję, skontaktowałyśmy się w ciągu dwu tygodni. Rutka, niewysoka i pulchna, z wielkimi czarnymi oczami i masą skręconych włosów, tęgi, wysoki
, smagły Robert z wyłupiastymi oczami, z małym  wąsikiem (wszystko było w nim bardzo żydowskie oprócz imienia), Małka chuda, nieśmiała, z pieprzykiem na prawym policzku. Rutka nie darowała mi serdecznego powitania, ślinienia policzków i głośnych westchnień.
— Bóg nam sprzyja — ogłosiła.
Uff. Perfumy plus czułostkowość. A mimo to poczułam falę gorąca – przeżyła. Przeżyli. Gdzie, jak?
— A może źle mówię. Oprócz nas nikt
, dosłownie nikt nie ocalał. Z drugiej strony jeśli mam żyć, to nie będę się ograniczać. Macie w tym Olsztynie jakąś dobrą restaurację?
Wzięliśmy dorożkę i pojechaliśmy, otuleni gadaniną Rutki. Robert wtrącił czasem parę zdań o interesach. Restauracja raczej nie była dobra, ale jak zapewniała mnie Janka, nie oszukiwali w niej zanadto. Zdążyłam się dowiedzieć, że wojnę Rutka przetrwała na Syberii a Robert
z Małką w Moskwie. Spotkali się dopiero w zeszłym roku. Usiedliśmy w kącie sali, z dala od ludzi; ktoś zerknął, ktoś coś szepnął, ale ogólnie nie zwróciliśmy na siebie przesadnej uwagi. Rutka rozsądnie przyciszyła głos.
— Pierwsza i najważniejsza rzecz... — szeptała niemal nad herbatą, mieszając cukier – przy czym na palcach miała dwa złote pierścionki, ale skórę dłoni zniszczoną, paznokcie w bruzdach.
— Wyjeżdżamy, Helenko i radzę ci, jedź z nami. Tu będzie coraz gorzej. Kiedyś bili Żydów za Jezusa, teraz za komunizm. Polakom też zresztą Sowieci zgotują parszywy los. Myśmy to widzieli, myśmy to wszystko widzieli — uśmiechnęła się krzywo, w głębi ust brakowało zębów.
Trochę zbyt pochopnie skreśliłam więzi rodzinne, przyznaję.
— Jak ma jechać z nami, kiedy ciągle nie możecie się zdecydować gdzie — wtrąciła cichutko Małka.
— Nie bój się. Mamy czas, Miesiąc, dwa i wszystko ustalimy. No bo trzeba wszystko dokładnie przemyśleć.
— Mam krewnych w Nowym Jorku — odezwał się do mnie Robert znad ciastka.
— A ja w Buenos Aires. Ten tam — traciła Roberta łyżeczką — zna angielski, ja hiszpańskiego nie, ale uczę się, to prosty język, przyjemny. Ciotka Roberta jest bogata. Fakt. Ale skąpa i ma jeszcze drugiego siostrzeńca i dwie siostrzenice. Mój stryj ma mały sklep w Buenos. Ubrania męskie. Ale to złoty człowiek. I ma tylko jedną wnuczkę. W Argentynie jest ciepło, a ja ciągle marznę — cmoknęła.
— Ty już się urządziłaś w Buenos — pokręcił głową Robert — ale ty się nie śpiesz. Ciotka mnie lubi, ja się z nią nigdy nie kłócę, zawsze przytakuję, nawet kiedy w listach pisze że kraj zrujnowany wojną. Ha, ha. Oni się jeszcze dorobili. I my byśmy się dorobili. Tam są większe możliwości. Przemysł, ruch, wynalazki. Argentyna to biedny kraj, mają tylko wołowinę i tanga. Siorbnął kawy, spojrzał na mnie z ciekawością.
— A ty co myślisz? Inteligentna z ciebie kobieta, słuchasz, milczysz — znaczy myślisz.
— Mów.
— A gdzie można łatwiej zgubić się w tłumie?
— Dobre pytanie. Rutka, New York — wymówił z amerykańskim akcentem — jest większy, prawda?
— I jest w nim więcej Polaków — odparowała Rutka.
— I Rosjan.
— Kuzynka Temerł wyjechała do Kanady — odezwała się Małka — ale to straszne odludzie, na północy, tylko drwale, jedzie się całymi dniami przez lasy...
— Możemy wyjechać do Szwecji, Palestyny, Australii albo Meksyku — zirytował się Robert — ale musimy się zdecydować. Helena, zapiszę ci numer telefonu do mojego biura. Zadzwoń za dwa tygodnie. Powiedz gdzie chcesz jechać. Niech twój głos przeważy. Małka i tak nigdy nie dojdzie do żadnych wniosków.
Małka pokiwała głową.
— Zawsze się boję, że zrobię błąd.

Rzuciłam niedopałek. Huśtałam się na podwórku, nie po to żeby się poczuć jak dziecko, tylko podporządkować myśli rytmowi ruchu. Wyjedziemy?
Marta poprzedniego dnia powiedziała mi, że znów musiała dać łapówkę żeby jej nie deportowali.
Mamy inne wyjście? Tak, oczywiście. Wycofać się, powiedzieć „wybacz”, i „zrozum”, „takie jest życie”. Nie, to ja mam inne wyjście. Nie „my”. Wrócić do myśli, że to się wypali, skończy. Że uniesienie zaślepia. Kobieta, perwersja.
Równania. Przy Marcie żyję. Jej palce wyciągnęły z mojej głowy czarną mgłę i dym. Jak w czasie operacji usuwa się skrzepy, tumory, tak ona usunęła śmierć. Jasne, będę mieć ataki. Momenty, kiedy ich zobaczę. Momenty, kiedy znów będę w getcie. Ale będą mijać. Mogłabym między nimi uśmiechnąć się do Marty, pogłaskać psa. Mogłybyśmy mieć psa. Psy nie są podejrzliwe. Mogłabym planować dzień pijąc poranną kawę i nie byłoby tam punktu „zażyć laudanum”.
Mogę powiedzieć Robertowi, że Marta jest „miejscowa”, zbyt niemiecka dla Polaków, zbyt polska dla Niemców. Albo nawet że jest Polką, przecież mówi świetnie. Że jest moją przyjaciółką. Że UB ma na nią oko. Zresztą, nawet tyle nie trzeba. Jest lekarką. Będą uszczęśliwieni. Zaraz by się im przyjrzała: Małka jest blada, Robert ma pewnie kłopoty z sercem i trawieniem, Rutce puchną nogi. Później przychodziliby po darmowe porady. Nie będą chyba zbytnio wnikać w to, czemu nie chcę męża. Gettem wytłumaczę wszystko. Inni też przełkną moje historyjki. W Nowym Jorku czy Buenos Aires.
Zawsze coś trzeba ukrywać. Trudno. Będę pocieszać się myślą, że ludzie dookoła mnie też tak robią: nauczyciel pije, sklepowa ma depresję, jubiler jest masochistą, sędzia chodzi na dziwki, aktor bierze morfinę, ksiądz namówił kochankę na aborcję, policjant bierze łapówki, mamusia piątki ślicznych dzieci połyka coraz więcej tabletek nasennych a połowa dzielnicy zdradza żony i mężów.
Podjęłam decyzję. Muszę porozmawiać z Martą. Muszę powiedzieć jej wiele rzeczy. Zapaliłam następnego papierosa. Widziałam przed sobą jej twarz. Cierpienie. Bezsilność. Jakoś spokrewnione z moim cierpieniem i bezsilnością. Matka, Tommy, Ingo. Elsa. Nasze duchy przeprawią się na gapę przez wielką wodę. Moje prababka, Hinta, po której mam prawdziwe żydowskie imię, popłynęła do Ameryki, ale jej nie wpuścili, chorowała na oczy. W drodze powrotnej statek się rozbił i Hinta przysięgła nigdzie nigdy już nie płynąć. Ale powinnam też powiedzieć, że pierwsze rzeczy jak
ie pamiętam to zasłona z koralików, błyski słońca, piosenka babki, „Lomir alle zingen”.
Pada wieczorem. Deszcz szumi i wszystko rośnie jak szalone – trawa, tulipany, niewidoczny księżyc. Okno jest otwarte. Marta odłożyła kartkę z rachunkami i ołówek, przyniosła kawę – noc będzie długa. Uśmiecha się do mnie.
— Nie trzeba już palić w piecu — mówi, z zadowoleniem, wdychając wilgotne, żywe powietrze.
Siadam przy niej na stołku, biorę jej piękne, duże dłonie w swoje.
— Mam na imię Hinta — zaczynam.

Opowiadanie niepublikowane.

Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego