Ewa Schilling - strona autorska

Idź do spisu treści

Menu główne

Codzienność

Recenzje

"Codzienność"

Literacki powrót Ewy Schilling udowadnia, że po licznych mniej lub bardziej sugestywnych publikacjach traktujących o problemach homoseksualnych kobiet we współczesnym polskim społeczeństwie, to ona i przede wszystkim ona jest naprawdę liczącą się postacią, którą kojarzy się z nurtem literatury lesbijskiej. Po niezbyt udanym „Głupcu” autorka wraca do krótkich form prozatorskich. „Codzienność” to zbiór narracji równie dobry jak „Lustro”, a może nawet jeszcze lepszy. Trzynaście pozornie prostych od strony formalnej opowiadań, w których Schilling odda głos nie tyle kobietom homoseksualnym, co kobietom zagubionym, sfrustrowanym, samotnym i niejednokrotnie wciąż silnie tkwiącym w traumatycznej przeszłości. „Codzienność” nie jest książką spektakularną; to podzielona na mniejsze obrazy panorama kobiecych losów – tak różnych od siebie, a w gruncie rzeczy tak do siebie podobnych. Sztuką jest pisanie o codzienności w niecodzienny sposób <nobr>i chociaż</nobr> dotychczas nie byłem jakoś przekonany do tego, co prezentuje w swej prozie Ewa Schilling, po lekturze jej najnowszych opowiadań mogę śmiało stwierdzić: Proszę państwa, to jest coś!

O czym pisze autorka? „Może o tym, gdzie się jest, kim się jest i że nie wiadomo dlaczego?”. Słowa z pierwszego opowiadania zdają się trafnie wskazywać ogólne przesłanie tej książki. Bohaterki „Codzienności” znajdują się zwykle w jakim krytycznym punkcie. Emilia musi pogodzić się z tym, że jej chora na raka matka opuszcza świat. Julia przeżywa kryzys wiary, która zawsze dawała jej pewność i stabilność. Wanda po 22 latach związku z pisarzem, przy którym była jedynie cieniem, zaczyna odkrywać, że życie należy do niej i że nigdy o siebie należycie nie dbała. Dla niepełnosprawnej Aliny wigilijny wieczór w towarzystwie nowopoznanej znajomej będzie początkiem innego życia, zmiany punktu widzenia na to, co ma, a co sobie i komuś odebrała w przeszłości. Schilling zadaje ustami swych bohaterek pytania o to, gdzie w tym momencie są oraz czym jest moment przejścia, jakiego doświadczają. I kim tak naprawdę się stają oraz kim były wcześniej?

Heteroseksualne związki kobiet z „Codzienności” są próbą ucieczki od własnych pragnień i dają złudne poczucie bezpieczeństwa. Wiążąc się z mężczyznami, wybierają prostszą, łatwiejszą drogę. Bożena, Weronika, wspomniana już Wanda… każda z nich w takim związku ucieka od samej siebie. Od tego wszystkiego, co konstytuuje ich kobiecość. Tę kobiecość, której siła drzemie w homoseksualnym pożądaniu. Kim jednak są kobiety w związkach z innymi kobietami? Tutaj warto zwrócić uwagę na opowieści Ireny czy Kariny. Odpowiedź nie będzie jednoznaczna. Podobnie niejednoznacznie można patrzeć na miłosny akt z drugą kobietą, który w życiu zagubionej Justyny jest próbą ekspiacji i jednocześnie próbą poznania samej siebie. Tutaj dochodzimy do trzeciej części pytania, próbującego nakreślić, o czym jest ta książka. Dużo nie wiadomo, a na pewno nie wiadomo, dlaczego bohaterki zachowują się tak, a nie inaczej. Co sprawia, że zgorzkniała matematyczka Teresa ląduje w pokoju swojej uczennicy, z którą pali zioło i rozmawia o pasjach filmowych? Dlaczego pisarka Agata, by ukończyć swoją książkę, za wszelką cenę musi spotkać się z kobietą ważniejszą dla niej niż pisanie? Czy tylko molestowanie seksualne przez ojca i burzliwa przeszłość spowodowały, iż Małgorzata wyemigrowała do Holandii? Ewa Schilling nie daje odpowiedzi, lecz zadaje pytania. Pośród nich znajdują się zagubione bohaterki, ich seksualność, wrażliwość i delikatność.

Trzynaście opowieści Ewy Schilling to historie opisujące prozę życia, ale z tej prozy wydobywające ukrytą poetyckość. Ktoś mógłby zaprzeczyć, te historie przecież tak mocno osadzone są w realnym życiu, iż niewiele w nich miejsca na dwuznaczność, symbolikę. Nic bardziej mylnego. Schilling już w „Lustrach” udowodniła, że siła przekonującego pisarstwa o wykluczonych i niepewnych swej tożsamości (także seksualnej) kobietach nie ukrywa się w eksperymentatorskiej formie, lecz w treści. Treścią „Codzienności” jest – jak wskazuje nota na okładce – chleb powszedni lesbijek. Może jednak smakować trzynaście razy inaczej i za każdym razem stawać się wyjątkowym.

Korporacja Ha!art, 2010

Jarosław Czechowicz http://krytycznymokiem.blogspot.com/2010/11/codziennosc-ewa-schilling.html



Wciąż ubolewam nad tym, że w Polsce wydaje się tak mało zbiorów opowiadań, tymczasem nie brakuje u nas autorów jakby stworzonych do tego właśnie gatunku. Należy do nich bez wątpienia Ewa Schilling. Pisarce udało się wprawdzie zadebiutować tomem złożonym z krótkich form, potem jednak opublikowała dwie powieści, dzięki którym ugruntowała swoją pozycję „czołowej autorki prozy lesbijskiej”. W swojej nowej książce nie walczy z tą etykietką, trzeba jednak zaznaczyć, że nie wszystkie z trzynastu bohaterek jej opowiadań mają orientację homoseksualną, a w każdym razie nie jest to powiedziane jednoznacznie. Wanda to wdowa po słynnym pisarzu, która po śmierci partnera, jakiemu poświęciła się bez reszty, rezygnując z własnych aspiracji, dopiero musi się nauczyć kochać samą siebie. Kilkunastoletnia Emilia <nobr>z kolei</nobr> przygotowuje się do życia bez matki, umierającej na nieuleczalną chorobę, a oczekująca dziecka Bożena jedynie zastanawia się, co by było gdyby wybrała trudniejszą, choć być może bardziej zgodną z jej naturą, miłość. Wreszcie molestowana w dzieciństwie przez ojca Małgorzata pojawia się we własnej osobie dopiero na końcu opowiadania, a jej dramatyczna historia rekonstruowana jest przez córkę. Pozostałe kobiety kończą lub zaczynają związki, które często stanowią wyzwanie rzucone nieprzychylnie nastawionemu do nich społeczeństwu, w tym także rodzinom. Choć autorka nie zapomina o społecznym kontekście istotnym dla lesbijskiej codzienności, to jednak nie zamienia swojej prozy w apel o tolerancję. Trzynaście opowiadań czyta się po prostu jak opowiadania miłosne. Z intrygującymi, wyrazistymi postaciami, które niekiedy tak ze sobą kontrastują, że trudno uwierzyć, iż mogą się ze sobą porozumieć w jakiejkolwiek sprawie <nobr>i przełamać</nobr> dzielące je bariery. Schilling potrafi jednak zrównoważyć atmosferę cudowności, jaka towarzyszy spotkaniu „dwu połówek”, oszczędnym, sprawozdawczym, pozbawionym choćby grama sentymentalizmu (lecz nie liryzmu) stylem. Aranżuje fikcyjne sytuacje tak sugestywnie, że nie budzą żadnych wątpliwości. Temat spaja oczywiście całość tomu, ale w każdej odsłonie pokazany zostaje inaczej. Nie sposób wyobrazić sobie, ile jeszcze ciekawych scenariuszy mogłaby autorka wymyślić – i już sam ten wniosek niech świadczy o skali jej talentu.

Marta Mizuro http://www.instytutksiazki.pl/pl,ik,site,8,6,3160.php



Codzienność

Codzienność to zwyczajność i coś bardzo pospolitego. To szarość dni, niezmienność, ten sam rytm dnia wyznaczany przez pracę <nobr>i odpoczynek</nobr> od pracy. Ale niekiedy codzienność staje się splotem dziwnych przypadków, nieprzewidzianych wydarzeń… Nigdy nie wiadomo przecież co przyniesie kolejny, wydawać by się mogło, zwykły dzień.

O takich właśnie zbiegach okoliczności jest książka Ewy Schilling pt. „Codzienność”. Ponad 200 stron do przeczytania, a na końcu tekst „Codzienność jest najgorsza (...) horror rozmyty, oswojony, zamknięty między kuchnią a ubikacją, niewypowiedziany, nienakręcony kamerą, fizycznie objawiający się tylko bólami głowy, snem, z którego nie można się obudzić bez czterech budzików”.

One
I oto są: Alina, Teresa, Wanda, Emilia, Justyna, Bożena, Małgorzata, Julia, Kalina, Weronika, Agata, Irena, Monika. Nie wiem na ile liczba trzynaście ma tu znaczenie, ale na pewno nie do podważenia jest to, że trzynaście bohaterek to tyle odmian rozmaitych codzienności. Takich, które odkrywają drugą stronę naszego życia, jego drugie dno.

Książka składa się z krótkich opowiadań, których bohaterkami są lesbijki. Szczęśliwe lub nieszczęśliwe w związkach, szczęśliwe albo <nobr>i nieszczęśliwe</nobr> po zakończonych związkach, czekające na następne. Każda historia to psychoanaliza konkretnego przypadku. To codzienność, czyli często problemy mające rozmaite przyczyny.

Kalina

„Codzienność” w moim przypadku stała się lekturą „tramwajową”. Długa podróż do pracy i z powrotem nie była czasem zmarnowanym. Nie było bezsensownego gapienia się w świat za oknem, tylko analiza codzienności według Ewy Schilling.

Historia Kaliny i Lidki porusza problem wzajemnego zaufania. Nieważne czy jesteśmy w związku z mężczyzną, czy z kobietą, zaufanie, wiara <nobr>i to</nobr> że możemy na sobie polegać w jednym i drugim przypadku są kluczem do prawidłowego funkcjonowania związku. I z takim właśnie zagadnieniem spotykamy się w jednym z opowiadań Ewy Schilling, uznawanej za najbardziej znaną autorkę prozy lesbijskiej.

„– Wierzysz mi czy nie? – krzyknęła Lidka. – Nie ma żadnych dowodów, ten głupek może gadać, ile chce i co chce, obrzucać mnie gównem bez końca. Rozumiesz, że to może trwać do końca naszego życia? Wątpliwości. Aluzje po latach. Chodzi o to, czy ty mi wierzysz.”.1

Tak, kobiety potrafią być zazdrosne o kobiety, z którymi są w związku. Zdrada boli je nie mniej, nie bardziej, a tak samo jak te, które zdradzane są przez mężczyzn.

„Tak (...)wszystko zależy od tego, czy wierzy. Czy jest dość silna, żeby zaufać. Czy znajdzie w sobie to poczucie, że to ta sama Lidka, którą pokochała i w miłość której uwierzyła, a nie dziwna kobieta z opowieści obcych ludzi. Może zatruła się już bólem tamtych rozstań? A jeśli wyda jej się, że wierzy, a potem pytania będą wracać?” 2

Zraniona kobieta nosi w sobie ból zadanego razu do końca. Wiele wysiłku trzeba by o doznanych krzywdach zapomnieć. Sporo czasu trwa też odbudowanie zaufania. Ot i zwykła codzienność. Odwieczne zmaganie się z samym sobą, odkrywanie granic wytrzymałości i jakże często trzymanie na wodzy swojej nie zawsze ujarzmionej przecież natury. Zaprzeczanie sobie, odsuwanie własnych pragnień na bok, bo są ważniejsze sprawy, na ogół właśnie pragnienia, ale już kogoś innego. Ot i zwykła codzienność. Nie chce takiej... Ale czy nie jestem na nią skazana?

E. Schilling, Codzienność, Wyd. Korporacja Ha!art., Kraków 2010

1 E. Schilling, Codzienność, Kraków 2010, s. 170

2 Ibidem, s. 180

Katarzyna Płóciennik  http://femka.net/codziennosc/



Fucking Poland

Bohaterki tej książki boją się wykrzyczeć, postawić, zmienić swoje życie. I nie chodzi o wzniosłe hasła „walki o równe prawa”, ale o zwykłą właśnie „codzienność”.
Miłość między kobietami budzi przeważnie dwa skojarzenia. Oba mocno zakorzenione we współczesnej kulturze. Pierwsze z nich można opisać hollywoodzką sceną, kiedy dwie piękności, dajmy na to, jak w przypadku „Vicky Cristina Barcelona” Woody’ego Allena – Penelope Cruz i Scarlett Johansson całują się w miłosnym uniesieniu. Bo filmowa miłość made in USA (chociaż Allen zrobił wspomniany obraz <nobr>w Europie)</nobr> musi być słodka, piękna i seksowna. Obraz taki potęgowany chociażby przez przemysł filmów porno, w których dwie silikonowe lalki unoszą się w udawanej ekstazie wzajemnych pieszczot, sprawia, że patrzymy na lesbijki w sposób bardziej liberalny niż na gejów (okazywanie przez nich uczucia w miejscach publicznych w dalszym ciągu budzi śmieszność lub zgorszenie). Drugie skojarzenie ma bardziej przyziemny charakter: to bojkotujące feministki i homoseksualne pary na chociażby Paradzie Równości, przez konserwatywnych obserwatorów nazywane wciąż „brzydkimi kobietami, które nie miały faceta, więc im odbija”. To miłość w powszechnym mniemaniu brzydka, którą należy ukrywać przed światem. Tolerujemy ją, ale jeśli nie wychodzi się z nią na ulice. To sprawia, że świat lesbijek ogranicza się często do własnego mieszkania. Przez skrywanie swoich uczuć czują się osamotnione i nierozumiane. To świat nieznany. Na szczęście pojawia się pisarka Ewa Schilling i jej trzynaście opowiadań opisujących codzienność polskich lesbijek, piękne i smutne jednocześnie.
„Najgorsza jest codzienność” mówią wspólnie wszystkie bohaterki tej książki. Nie da się z nią walczyć. Rutyna jest nie do zniesienia. Codzienne obowiązki, które wykańczają. Jak w „Dniu świra”: zmęczenie już po przebudzeniu. Hańbiąca praca, przewrażliwieni rodzice, denerwujący szef czy nawet listonosz, który gdy nie otrzyma kilku groszy od emerytury, następnym razem nie pukając, zostawi w skrzynce awizo. Codzienność. I święta, które tylko potęgują samotność. Poranek, praca, jedzenie, sen. W świecie Schilling niemal nie ma dużych miast (raz pojawia się Warszawa, innym razem Wrocław jako synonim lepszego świata nad Wisłą). Wszyscy się znają, obserwują. Nie mają nawet sił postawić się komukolwiek jak w przypadku jednej z bohaterek, której sąsiadka podlewając kwiaty, zalała balkon. Należy zawołać mężczyznę, kogoś silniejszego; sama nie dam rady, nie poradzę sobie. Jestem nikim.
Czy nie ma ratunku? Czy Alina zawsze będzie spędzać święta samotnie, a Teresa mieszkać z rodzicami, Weronika – marzyć o wyjeździe do dużego miasta? Tak. Schilling nie pozostawia nadziei na lepsze jutro. Nie ma co liczyć, że sytuacja zmieni się jak za sprawą czarodziejskiej rożdżki. Alina po nocy z Ewą wróci do swojego mieszkania, Teresa zaś będzie musiała zapomnieć o paleniu marihuany ze swoją uczennicą. Jedyną szansą, co podkreśla Schilling niemal w każdym tekście, jest szukanie szczęścia w drobnych, nic nieznaczących sytuacjach, a jednak sprawiających, że dzień różni się od poprzedniego. O takich sytuacjach pisze autorka „Głupca”. O promyku nadziei, który i tak zgaśnie. Wróci szarość, rutyna, codzienność.
Jest taki szwedzki film w reżyserii Lukasa Moodyssona pod tytułem „Fucking Amal”. Opowiada o miłości dwóch nastolatek w niewielkim miasteczku. O tym, jak trudno poradzić sobie z akceptacją społeczną poza Sztokholmem. Obraz ten został nakręcony w 1998 roku, ale mam dziwne przeczucie, że dopiero teraz jesteśmy świadkami takiej sytuacji nad Wisłą. Z jednej strony, życie w wielkich miastach, gdzie homofobia jest coraz mniejszym problemem, z drugiej – miejscowości takie, jak (pojawiająca się najczęściej) Bielsko-Biała, gdzie sytuacja z „Fucking Amal” mogłaby się wydarzyć. Co wiecej, dzieje się, co Schilling opisuje – podobnie jak Moodysson – stawiając naprzeciw siebie społeczne uprzedzenia i zaszczutą ofiarę. Winną dlatego, że nie jest szczęśliwa; że musi udawać kogoś, kim nie jest; że nie pasuje do reszty. Tylko że <nobr>w Polsce,</nobr> w przeciwieństwie do Szwecji, nie można spodziewać się happy endu.

Łukasz Saturczak http://czaskultury.pl/e/index.php?mod=txt&k=czytanka&id=66



W tej książce jest zimno. Przezroczysta, lodowata a więc również stała i twarda narracja nadaje ton Codzienności, jest to narracja świadoma materiału który w niej krzepnie. Jest to też narracja-narzędzie którym Schilling na wiele sposobów otwiera ciała trzynastu historii. Tym spokojnym delikatnym i mroźnym trybem opowiadania autorka zmusza czytelnika do opanowania się, do opanowania się, do opanowania się, aż nie mogę wytrzymać. Schilling trzyma czytelnika na smyczy emocji, które w nim przecież podsyca, ścina, pieni lub łamie – ostrożnie z tą prozą – boli mrozem, kiedy uderza w ciepłą skórę. Codzienność to historie dźwigające kobiece imiona w roli tytułów. Dźwigające, bo imiona wspomagają etykietę przypiętą zbiorowi, manipulując tym samym punktem widzenia (doprawiony on został również siniaczącym książkę hasłem: Chleb powszedni lesbijek w dzisiejszej Polsce). Ta proza broni się pewnymi siebie i swojego miejsca słowami, źle robią temu zbiorowi efekty przymiotników, którymi jest owinięty. „Lesbijska” to tutaj niepotrzebne zawężenie tematyki tej prozy, tylko częściowo adekwatne. Schilling pokazuje po prostu kobiecy sposób filtrowania rzeczywistości przez uczucia i słowa. Bohaterki nie krzyczą, nie żądają, mimo że często są zdeterminowane, w zamian za to: przepracowują uczucia, obserwują reakcje swojego ciała, tak jak obserwują zachowania ludzi, drążą samotność albo wciąż noszą jej wyraźny ślad. Żadna z kobiet nie zostaje jednak sportretowana wyłącznie przez pryzmat jej seksualności, żadna nie jest też rozdrapana, nie poznajemy jej na wylot i do bólu – to trzeba zaznaczyć. Trzynaście opowiadań to trzynaście fotografii zrobionych podręcznym aparatem analogowym, ale jakby wyczekanych, chwytających więc jeden osobisty moment ich historii, na tle których każda z kobiet pokazuje ważny fragment z siebie. Reszta jest w konturze stanowiąc stelaż dla miłości/zakochania/strachu/wstydu/wyrzutów sumienia/poniżenia które akurat zdominowało bohaterkę i w które Schilling wbija szpileczki: zobaczmy jak pęka i co się wykluwa. Niepełnosprawna Alina zakochana w ekspedientce za sklepu, wyobcowana Emilia, której matka umiera na raka, wracająca z Edynburga do – być może – zdradzającej ją młodszej partnerki Kalina, albo Weronika, zdradzająca męża z kochankiem <nobr>i wciąż</nobr> tęskniąca za córką, która miała odwagę uciec z ukochaną – to treści kilku opowiadań, które bronią się skondensowanymi opisami codzienności – a tymi Schilling rozporządza bardzo zręcznie. Dwie kolejne historie – Wanda i Agata najbardziej poszarpały mi spokój przedstawieniem upokorzenia, któremu zostają „poddane” kobiety. To właściwy czasownik ponieważ upokorzenie dosięga kobiety w zamian za ich zaufanie, obezwładnia i niszczy, a cynizm którego się po sobie spodziewałam wobec tego kotła uczuć, zgasł. Jest to lekko deprymujące, świetne. W opowiadaniu Wanda upokorzenie jest zadawane przez mężczyznę, w Agacie – przez kobietę, a w obu historiach pogarda ze strony otaczających bohaterki tzw. bliskich wzmacnia krzywdę. Chociaż „krzywda” to może za duże słowo – w końcu tak w tych opowiadaniach normalnie i jak zwykle, chlebuś, dżem, koc, kuchnia – może przesadzam i po prostu: na świecie jest raczej kiepsko, nie płacz kochanie, wszyscy jesteśmy wystawieni na żer ocen&opinii, ale nie wszyscy „tak” to przeżywamy. W większości tych opowiadań nie można jednoznacznie określić źródła zimna – chłód rozchodzi się równomiernie promieniując spod powierzchni. Bohaterki są zwykle uwiązane, uwikłane, zamknięte w formułach relacji w rodzinach (Teresa, Małgorzata, Emilia), w pracy (Justyna), lub wśród znajomych (Agata) i mimo wielu podobieństw tych losów w spranej, wysłużonej zwykłości, cechy każdej postaci zostały nasycone odrębną wrażliwością i charakterem. Dzięki temu historie nie mieszają się, nie zachodzą na siebie, nie obciążają kolejnej opowieści pamięcią o poprzedniej. Pomiędzy warstwami tych maleńkich prywatności napręża się jednak nić mocno spleciona ze wszystkich historii, nić, w której wszystkie uczucia pozlepiane są na samotność. Codzienność jest bardzo sensualna i jednocześnie twarda, pełna godności i troski, delikatna. W każdym opowiadaniu czuję mrowienie napięcia i zawsze w końcu dostaję linijką po łapach: albo przeszłość podkopuje obraz spokoju i spełnienia albo teraźniejszość grozi palcem i ciągnie za ucho. Schilling udowadnia że samotności/codzienności nie można łyknąć raz dwa popij wodą i przestaje boleć brzuch. Jednak nic nie zostaje ostatecznie z wnętrza tej rzeczywistości wyżarte, przemielone, wyrzucone, oderwane. Pozostaje niezmienione, drobne i wrażliwe i ma się jako tako. Wszystkie małe miłości witajcie wśród przykrości.

Marta Syrwid http://www.ha.art.pl/komentarze/1554-lampa-marta-syrwid-o-codziennosci-schilling.html

Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego