Ewa Schilling - strona autorska

Idź do spisu treści

Menu główne

Małgorzata

Opowiadania

– Jest post, ale mogę cię poczęstować owocami. – Krzysztof wskazał miskę pełną jabłek, mandarynek i bananów.
– Nie, dziękuję. – Siedziała na kanapie pochylona, w za dużych, czarnych kapciach, które jej wręczył w przedpokoju.
– Kto przyszedł? Adrianek? – Franciszka, która zdrzemnęła się w słońcu na balkonie, przysłoniła dłonią oczy, patrząc w głąb pokoju.
– Córka Małgosi przyjechała – zahuczał Krzysztof.
– O Boże, naprawdę? Pomóż mi się podnieść.
Inge też się zerwała z miejsca, ale gestem pokazał jej, żeby została.
– Nie dasz rady – wyjaśnił.
Franciszka uczepiła się go jak drzewa, wyprostowała do połowy i już sama powolutku przeszła do fotela, w który zapadła się
z ulgą, z poduszką pod głową.
– Mój Boże, córka Małgosi. Ani bym zgadła. Jak ty masz na imię? Krzysio mi mówił, ale ostatnio źle się czuję...
– Inge – odparł Krzysztof, zanim zdążyła otworzyć usta.
– Nie po polsku – pokręciła głową. – Czym jechałaś z tej Holandii? Autokarem? Autokary ciągle mają wypadki.
– Samochodem.
– Wygodnie ci było?
– Tak. Dobra pogoda. Nie było korków.
– Czym ja cię poczęstuję...
– Jadłam śniadanie.
– Jest już po południu.
– Dziękuję, nie jestem głodna.
– Córka Małgosi, kto by pomyślał. Zupełnie jej nie przypominasz. U was też kwitną bazie? – Rozedrganą rękę wyciągnęła do puszystych, złocących się w świetle kotek.
– Tulipany.
– No tak, Holandia słynie z tulipanów. Opowiadaj dziecko, co u Małgosi. Krzysiek czytał te listy w komputerze, ale mnie prawie nic nie mówił. Pewnie coś ukrywał, żeby mnie nie martwić. No mów. Małgosia czasem nie chora?
– Nie.
– Dalej mieszka w squocie? – spytał Krzysztof, wybrał sobie jabłko i chrupał.
– Uhm.
– „Nie.”. „Uhm.” Co to za odpowiedzi? – Franciszka zmrużyła oczy z dezaprobatą.
– Nie wiem, czy nie zrobię błędu – przyznała, choć było to najwyżej pół prawdy.
– Ależ skąd, bardzo ładnie mówisz. Co jak co, ale Małgosia musiała dopilnować, żeby jej dziecko znało ojczysty język.
Inge uśmiechnęła się. Do siebie.
– I z czego żyje? – drążył Krzysztof, żując ogryzek. Kiwał stopą w grubej, zielonej skarpecie, jakby odmierzał tym czas.
– Z jogi. Z rysunków. Z tego co... – wzruszyła ramionami. Z tego, co ludzie wyrzucają – brzmiałby dalszy ciąg zdania, gdyby nie widoczne już teraz politowanie Krzysztofa. I tak wiedział.
– Rozmaite możliwości tam są.
Franciszka chrapnęła. Potrząsnęła głową, otworzyła oczy uciekające w głąb zamglonych światów. Krzysztof, rozsadzający swój fotel, z rękami sięgającymi od ściany do ściany, obracał w ustach ogonek jabłka.
– A ty? – Wypluł go na dłoń.
– Naprawiam komputery – powiedziała i odsunęła od siebie najbliższą poduszkę. Wyjęła stopy z kapci, przydeptała je. Zapach ciasta był coraz wyraźniejszy. Lucyna włączyła radio, niewyraźny głos podawał wiadomości.
– Taka dziewczynka i naprawia komputery. Gdzie ty się tego nauczyłaś? – W głosie babci Franciszki brzmiała nutka rozbawionego niedowierzania.
– Od rożnych ludzi ze squotu. Mam dwadzieścia pięć lat – odparła Inge trochę głośniej.
– Dobrze zarabiasz? – Krzysztof głaskał otyłego kota, który przedtem też spał na balkonie.
– Tak.
W pokoju zapadła cisza. Z kuchni dobiegały stare przeboje. Kot zamruczał. Franciszka ożywiła się.
– To dobrze, bardzo dobrze. A co to za obrączka? Od twojego chłopaka?
– Od Sonji.
Inge spojrzała na prawą rękę, kółko ze złota i płytek zielonej emalii.
Franciszka znów drzemała.
– Plączesz się w dziwne związki – na wpół spytał, na wpół stwierdził Krzysztof.
– Dziwne? Dziwne są takie związki, w których ludzie cierpią. Tak jak było u was, z waszym ojcem i matką.
– O tym chcesz mówić? – Krzysztof cofnął się, nie wstając z fotela, naparł na niego.
– Tak. Bo wy wiedzieliście. – Powiodła wzrokiem od jego czerstwej twarzy o piwnych oczach do białych włosów, obwisłych policzków, zgrubiałych przegubów Franciszki. Niekształtna sylwetka nakryta do połowy kocem, ledwie zauważalny oddech. Dusza w każdej chwili mogła się oddzielić od ciała.
– Niby o czym?
– Masz stare zdjęcia?
Zerwał się, poszedł do przedpokoju, widziała, jak coś wyjmuje z góry, z tych szafek pod sufitem. Kartonowe pudła zaklejone brązową taśmą zwalił na podłogę u jej stop. Inge podwinęła rękawy bluzy. Otrzepała spodnie z kurzu. Krzysztof kucnął, oczy miał teraz bursztynowe, twarde; uderzył ją zapach fajkowego tytoniu.
– O co chodzi? Było ciężko, to prawda. Ojca wyrzucali z pracy, za charakter, bo był świetnym fachowcem – kiedy widział fuszerkę, wściekał się. Potrafił w twarz powiedzieć dyrektorowi, że jest durniem. No i do partii nie chciał się zapisać. Często jedliśmy suchy chleb. Były awantury, a jego kochankę matka sprała po pysku. My, dzieciaki, też mieliśmy za sw
oje... ale po co to rozgrzebywać.
Rozerwała taśmę, wyrzuciła stosy fotografii. Młoda Franciszka z wózkiem nad rzeką, jej mąż grający w siatkówkę z kolegami, cała rodzina pod pomnikiem w parku, Krzysztof nonszalancki, w rozchełstanej koszuli, obejmujący dziewczynę. W tle syrenka, nieistniejące kino, wycięte drzewa, pochód pierwszomajowy.
Rozpakowała drugie pudło. Krzysztof czekał cierpliwie, aż rozlało się morze szarych twarzy. Zatrzymała się, czując bicie serca. Kładła zdjęcie jedno po drugim w kwadrat – jedno wielkie ujęcie podzielone jak w oku muchy. Jezioro, namiot, krzywa wierzba, opalony, szczupły brunet do pasa w wodzie, trzymający małą, nagą dziewczynkę wysoko nad głową. Później inne ujęcia tej zabawy: chlapanie się, obracanie, sadzanie jej sobie na barana.
– Ty je robiłeś? – spytała Inge.
– No i co z tego? – Krzysztof lekko się odprężył.
Podniósł jedno zdjęcie, jakby szukał na nim ukrytych szczegółów.
– Ojciec odkupił od kolegi aparat, ruską zorkę. Nauczył mnie. Miałem osiem lat, ale złapałem rzecz migiem. Ojciec pstryknął kilka razy mnie z Małgosią, ale najwięcej jest takich, bo nie można mnie było oderwać od aparatu.
– Byliście we trojkę?
– Twoja babcia musiała zostać przy siostrze. Tej starszej, Jadwidze. Złamała nogę i leżała w łóżku. Musiał ktoś gotować, sprzątać i tak dalej. Mąż całymi dniami w pracy, zresztą, co on by tam zrobił. Herbatę najwyżej.
– Musiała?
– Przecież to była jej siostra, Inge... Swoją drogą, czemu Małgosia dała ci tak na imię? Jak to zdrabniać?
– Nie zdrabniaj.
– Może Inusia?
– Nie.
– Jesteście takie same. Uparte, zawzięte, co się powie, to tylko nie i nie.
– Lubię, kiedy ktoś mnie porównuje z matką. Jest świetną kobietą, nikt nie wie, co ma w środku.
– Co ci powiedziała? – zapytał nagląco.
– Że na tym biwaku ojciec się z nią kąpał.
– To straszne – przerwał jej, ale jakoś się nie zaśmiał.
– Zaczął ją dotykać pod wodą, niby dla żartów, łapał ją, żeby nie poszła na głębszą wodę. Coraz częściej między nogami. Kąpał się z nią, ty zbierałeś patyki na ognisko. Kąpał się w nocy, chociaż najczęściej dochodzili tylko do plaży. Chciał, żeby ona jego też łapała. Nazywał to łowieniem ryby. W końcu robili wszystko. Brała do ust, on jej wkładał. Seks z pięciolatką. Jak ci się to podoba?
– Niemożliwe.
– Twoja siostra często zmyśla takie historie?
Milczał.
– Ty wiedziałeś od początku. Bała się powiedzieć matce, bo ją nastraszył, że ona odejdzie. Będzie zazdrosna bardziej niż o tę kochankę, przy której groziła, że sobie pójdzie. Wtedy odeszłaby z dziećmi, ale teraz by ją oczywiście zostawiła. Bo nigdy nie zrozumie, że on kocha Małgosię bardziej. Ale powiedziała starszemu bratu. A matce dopiero przed wyjazdem do Holandii. Usłyszała, że ojciec dość grzechów popełnił, nie trzeba zmyślać, czego nie było. To normalny człowiek, a normalni ludzie takich rzeczy nie robią.
Krzysztof odwrócił pierwszą fotografię, potem kolejną, aż zamknął biały kwadrat.
– I co miałem zrobić? Rzucić się na niego z pięściami? Pójść na milicję? Byłem tak samo bezradny jak Małgosia.
– Prosiła cię, żebyś nie zostawiał jej samej. Żebyś spał z nimi w namiocie, chociaż ojciec zrobił ci osobny z pałatki, bo niby było ciasno.
– Było ciasno. Ojciec by nie uwierzył, że chcę spać z głową na wędkach i nogami na zewnątrz. A kiedy pętałem się ciągle za nimi, odsyłał mnie po coś.
– To się nie skończyło na biwaku.
– Oglądacie zdjęcia? Krzysiu, a znalazłeś Małgosię u pierwszej komunii? Śliczne miała warkocze, prawda? Ścięła przed maturą, taka była wtedy moda. – Franciszka odezwała się nagle jak włączona do kontaktu.
– Śliczne – przytaknęła Inge z trudem.
– Sukienkę uszyła pani Aniela, to była dobra krawcowa, bardzo dobra. Stary wyciągnął zaskórniaki, powiedział, że do komunii musi sukienka być piękna jak do ślubu. Jaki był, taki był, ale o dzieci dbał. „Moje dzieciaczki, mówił, nie dam im krzywdy zrobić”. Pomóżcie mi wstać, muszę do łazienki.
Inge nie drgnęła. Krzysztof tym razem podprowadził Franciszkę do drzwi łazienki, włączył światło.
– Przychodził w nocy. Kiedy ona – Inge spojrzała w kierunku, skąd dochodziły odgłosy puszczania gazów – spała czy udawała, że śpi. Kiedy nocowała u Jadwigi. Kiedy nocowała u tego faceta, którego sobie w końcu znalazła.
– To raczej dowód na to, że mogła o niczym nie wiedzieć.
– Widziała ich razem w łóżku. Tłumaczył, że krzyczała przez sen. Albo że płakała, bo się nieszczęśliwie zakochała. I on ją pocieszał. A jej nie w głowie byli chłopcy. Nie potrafiła. Nie potrafi do dzisiaj.
– A ciebie jak zrobiła?
– Sztuczne zapłodnienie.
– Jak to? – Krzysztof zmarszczył brwi, ruszał mu się nos i policzki. Nie chciała, żebyś... – zawahał
się, potarł czoło.
– Była biała?
– Bardziej podobna do niej. – Krzysztofowi wydawało się, że wybrnął.
– Nie. W ogóle nie wybierała. Powiedziała mi, że przemyślane decyzje są tak samo szczęśliwe albo nie jak przypadkowe. Zapytała w klinice, ilu mają zarejestrowanych dawców, i wylosowała numer.
– Nie chciałaś go poznać?
– Nie.
– Udajesz. Jak można nie chcieć poznać ojca? – Krzysztof kręcił głową.
– To nie jest mój ojciec. Moja matka posłużyła się jego nasieniem.
– I to też przez mnie? Mieszka w ruinach, je ze śmietnika, córce zabrała ojca...  A ty zastanawiałaś się, co z nią będzie na starość?
– Nie je resztek. Tylko to, co dobre. Squoty to nie brazylijskie slumsy. I ma mnie. A to znaczy, że ma też konto w banku, a na nim pieniądze. To w środku jest źle. To jest jak czarna dziura. Wszystko w niej ginie. Nie może niczego mieć. Unosi się bez oparcia. Szuka samej siebie. Bo to nie jest tylko ta mała, bezbronna dziewczynka. Ale kto to jest? To jej zabrał. Jedno jej pomaga. To, że ja jestem. Tylko ja nie niknę. Rozumiesz?
– A jeśli rozumiem? – Krzysztof obrócił się – Lucyna prowadziła Franciszkę pod rękę.
– O czym żeście się tak zagadali? Słucham, a tu mama woła i woła z tej łazienki. Umyłam ręce z mąki i lecę, a ona mało nie płacze.
– W głowie mi się kręci. Położę się – szepnęła Franciszka, chwytając się wolną ręką szafy.
– On ze mną też się kąpał. – Krzysztof poczekał, aż Lucyna zacznie hałasować w kuchni. – Już wcześniej. Mnie też straszył, ale jednak spróbowałem powiedzieć... lubiłem męża ciotki Jadwigi. Wujka Józka. Uderzył mnie w twarz. I wysłał do spowiedzi. Uznał, że tylko diabeł mógł mi podpowiedzieć takie rzeczy. No to księdzu już nie próbowałem, chociaż tak mi przedtem chodziło po głowie, że spytam, czy takie rzeczy to grzech. Wiedziałem, że też mi nie uwierzy.
– To dlaczego chodziłeś potem z ojcem na piwo? Już jak się rozwiedli?
– Wyciągałem rodzinne pamiątki. Odgrażał się, że wszystko spali. W tym pudle są zdjęcia jeszcze moich dziadków, z trzech zaborów,
z carskiej Rosji. Dokumenty, świadectwa, zegarek, broszka. I - myślałem, że dowiem się dlaczego. Pijany nie panował nad językiem. Dowiedziałem się o rożnych sprawach, o przygodach w delegacji...  ale raz tylko, kiedy spytałem, czy jego ktoś tak skrzywdził, jak on nas, warknął: „A żebyś wiedział”. Potem twierdził, że kłamię, w końcu też byłem pijany.
– Dziadek?
– Pojechałem do niego. Jeszcze na kacu. Otworzyłem usta. „Czy ty kiedyś mojemu tacie zrobiłeś” – dokładnie to zdążyłem powiedzieć. Rok później umarł, ale wtedy diabeł w niego wstąpił. Sprał mnie laską tak, że ledwie chodziłem. Ludzie na ulicy mnie pytali, czy ktoś mnie napadł. Skończyły mi się pomysły. Pradziadek leżał już w grobie. – Krzysztof wzruszył ramionami.
Cisza.
– Weźmiesz ze sobą kawałek sernika? – Lucyna ukazała się w progu kuchni niepostrzeżenie jak duch. – Będziesz miała na jutro.
– Mnie post nie obowiązuje.
– Jak uważasz. Zapakuję ci.
– I co dalej? – spytała, wrzucając byle jak zdjęcia do kartonu.
– A czego się spodziewasz? Widzisz przecież, jak wyglądam. Nie rozdrapywać ran – to jedyny sposób. Udawać, że nic się nie stało. Jestem normalnym człowiekiem. Mam rodzinę: żonę, syna, wnuki. Udaję tak bardzo, że sam w to chwilami wierzę. I żyję bez czarnych dziur. Współczuję Małgosi, ale ona chciała być z tym sama. Uciekła, nie odzywała się latami. Dlaczego chociaż teraz się nie pokazała?
– Boi się.
– Czego? – Krzysztof rozejrzał się dookoła.
– Że udusi was oboje.
– Wolne żarty.
– Albo się rozpłacze, a wy będziecie udawać, że nie rozumiecie, co się z nią dzieje.
– Idź z nią do psychoterapeuty.
– Była u kilku. Bardziej pomogła jej medytacja.
Krzysztof rozłożył ręce.
– To czego jeszcze chce?
– Mieć brata i matkę. Albo tylko brata, z matką chyba już się nie da nic zrobić, bo zaraz umrze. Albo stwierdzi, że ma sklerozę.
– Mam przyjechać do Amsterdamu? Dalej nie wiem, o co jej chodzi.
– Powiedz, że jesteś po jej stronie.
– A po czyjej jestem? Tego zwyrodniałego bydlaka?
– Odcinasz się. Jakbyś był obcy. Nie chcesz o tym mówić. A ona musi.
– Dobrze, będę mówił. Mam pieprzone poczucie winy. Bo kiedy zauważyłem, że on się do niej dobiera, poczułem ulgę. Im więcej zajmował się Małgosią, tym mniej – mną, rozumiesz? To nie było w moim interesie ją od niego odciągać, bo ja chciałem mieć święty spokój. Wszystko jedno, za jaką cenę. I w końcu on zajmował się tylko nią, mnie zostawił. Dlatego nie mam o czym z nią rozmawiać. Powtórz jej, że mi przykro
i co jeszcze chcesz. Wszystko to się zda psu na budę! – Błyskawicznie przesiadł się z podłogi na fotel, pilotem włączył telewizor. – Może chcesz obejrzeć program o polskich obyczajach świątecznych? Robicie z Małgosią pisanki?
– Pójdę już. – Inge z wahaniem zajrzała do kuchni, żeby się pożegnać z Lucyną. Na blacie dużego stołu leżały trzy mazurki i sernik. Na małym biurku stał komputer. Nic dziwnego, kuchnia była większa od obu pokoi.
– Zapatrzyliście się w te starocie – odezwała się Lucyna, ledwie ją zobaczyła. – Chodź, pokażę ci zdjęcia z ostatnich wakacji. Szybko kliknęła myszką.
– Krzysztof wszystko teraz trzyma w komputerze, ma program do obróbki fotografii. O, zeszłoroczne wakacje.
Inge z grzeczności zerknęła na kolorowe obrazki. Lazurowe niebo. Akropol. Kamienista plaża. Piaszczysta plaża. Jaszczurki,
łódki, muszle, przyczepa kempingowa, piłka plażowa w zielone potwory, opaleni: Krzysztof, Lucyna i dwoje dzieci. Sześcio–siedmioletni chłopiec i sporo młodsza dziewczynka.
– Kacper i Martynka – dzieci Adriana. Kacpra miał z pierwszą żoną. Ale ja wolę Kaśkę. Ta cała Agata okropnie była kłótliwa. A przy rozwodzie oskarżyła Adriana, że źle się odnosi do synka. A przecież Adrian tak jest za dziećmi, jak mało kto. Usypiał małego, kiedy ten miał koszmary, całkiem jak matka.
Lucyna obrysowała palcem sylwetkę chłopca.
Krzysztof, opalony, umięśniony, w morzu po pas, z dziećmi uniesionymi do góry na wyprostowanych rękach, cyrkowy popis.
– Wzięliśmy dzieciaki, żeby Adrian z Kaśką poszaleli we dwójkę.
Krzysztof chlapie na Kacpra lśniącą wodą, obraca go, sadza na plecach.
– Ja zrobiłam te zdjęcia – stwierdziła Lucyna z dumą. – Krzysztof uczył Kacpra pływać, nawet jak już było ciemno chodzili się pluskać. Woda ciepła, pusto.
Inge odłożyła zapakowany sernik. W przedpokoju musiała przecisnąć się między wieszakiem a Krzysztofem, który rozmawiał przez telefon.
– Żartujesz, Kaśka. Kacper się pogniewał na dziadka, to nie przyjdziecie na święta? To mu wytłumacz, żeby nie ruszał mojej wiertarki. Co, Martynka też? Powiedzże po ludzku. Brednie! I ty w to uwierzyłaś? Dobrze, przyjdź, to porozmawiamy! – ryczał.
Inge odzyskała zdolność ruchu, złapała buty, plecak, wybiegła na klatkę schodową, przeleciała cztery piętra w skarpetkach. Wsunęła buty
i z plecakiem w ręce pobiegła jak szalona ulicą wzdłuż ścian żółtych forsycji. Dopadła samochodu, omal nie wyrwała drzwiczek. Matka wyciągnęła do niej ręce.
– Inge! Kochanie!
– Nie wchodź tam! – wydyszała i przytuliła ją z całej siły.


Opowiadanie pochodzi z tomu "Codzienność".


Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego