Ewa Schilling - strona autorska

Idź do spisu treści

Menu główne

Minus 18 stopni

Opowiadania

Minus osiemnaście. Męski głos. Mróz. Schylona, szła prędko. Możliwe. Śnieg chrzęścił. Zmrożone bryły. Zimno w nogi. Dżinsy. Ale czapka. Rękawiczki. Kaptur. Śnieg chrzęścił. Zielone światło w czarnej jezdni. Odbiło się. Kamienice zarysowane jedną kreską. Lasery na kościele. Zimny czarny oddech. Wieża kościoła. Wbijała jej się w głowę. Odwróciła oczy. Szła szybciej. Tatuś, zaczerwieniony, ciągnął sanki. Z takim rozpędem, że uskoczyła. Źle. Zawadziła o łokieć. – Uważaj, kurwa. Granatowa puchowa kurtka. Żółte zęby. Czerwone oczy. Może był grabarzem. Pachniał rozkopaną ziemią. Szkoła, cicha i głucha, z kamiennymi korytarzami. Zamarznięte dzieci na boisku. Aha, tu. Rozpędziła się. Szyld. Godziny. Wchodzi. Jasno. Świetlówki, krzesełka. Dwie kobiety. Rozmawia przez komórkę. Czerwony golf, duszne perfumy. Siedzi z przymkniętymi oczami, splecione dłonie, szorstkie, włosy farbowane. Zdjęcia. Te co zawsze. Ptaki nad błękitnym jeziorem, brzozy. Miejsce bez nazwy. Człowiek bez imienia. Odcień ścian? Seledyn.
Stoi przy drzwiach. One i tak nie patrzą. Dźwięk. Wysoka, czarnowłosa stuka obcasami wysokich butów. W Alfie za ponad trzy stówy. Widziała takie buty. Mroźne powietrze, kiedy wychodzi z gołą głową. Jedna. Czas. Gdzieś tu chyba jest czas. Albo zegar. Na ścianie, biała tarcza, czarne cyfry.
Po drugiej stronie ulicy. Przez dwie pary szklanych drzwi. Widzi jak ludzie wchodzą do jasnej pizzerii. Stoi tu. I nie zwraca na siebie uwagi. Trzask. Ta z farbowanymi siedzi długo. Już po szóstej. Koniec. Wychodzi, wyciera nos, ale to nie tragedia. Katar.
Przysuwa się do drzwi. Kładzie rękę na klamce. Nie zdjęła rękawiczek. Zdejmuje. I gołą ręką naciska klamkę. Czuje ją. Tak jakby się uginała.
Lekarka nie zdjęła fartucha. Po prostu patrzy w okno, w czerń. To znaczy ona widzi ulicę, śnieg w blasku latarni. Tatusia z sankami.
Patrzy na biurko. Niedojedzone jabłko. Fotel ginekologiczny, śmiesznie straszny.
Odwraca się. Lekarka. Jasne włosy, siwiejące, tak lśnią. Mruży oczy. Czemu nie mówi: „Co się stało? Już po 18 i nie przyjmuję”.
Bo przecież nie wiedziała, na co liczy. Przychodząc tu. Ale nikt inny. Nie miała odwagi. A już jechać do rodziców. Coś ją ścisnęło jeszcze bardziej, czuje że ją zgniata, czuje się jak orzech w dziadku do orzechów.
Takie głośne kroki. Miękkie sportowe buty. Lekarka bez słowa wyciąga obrotowe krzesło zza biurka. Stawia jej przy niej, zdecydowanym ruchem.
Może rzeczywiście. Bo zanim będzie w stanie. Załóżmy, że będzie w stanie. A jeśli spróbuje teraz otworzyć usta.
— Ja...
powiem... tylko...
Coś się zacina, nie łączy, przerywa. Ale dźwięk. Głos. To był jednak jej własny głos.
— Pani...
bo nikt... — i jakoś tak osuwa się na krzesło. Bo nikt. Lekarka siada na tym zwykłym. Oparcie przed sobą. Zdejmuje przedtem fartuch. Golf. Bierze komórkę, coś robi. Dopija herbatę. Brzęczenie świetlówki na korytarzu. Powoli obraca głowę. Oczy się nie cofają. Spokojne. Zmrużone. Pytające. Zdecydowane. To najdziwniejsze. Lekarka czeka razem z nią. Lekarki to nie cieszy, do cholery. Widzi to wygięcie ust. Nie czuje się pocieszycielką strapionych. Te wyrażenia. Zawsze skądś wyjdą. Co za sprawa. Akurat mnie. Ale jeśli już ja... Zostanę tu. To ma na twarzy.
Porusza palcami. Ociera się o czarną skórę poręczy.
— Musi pani zamknąć.
— Nie, nic nie muszę.
— Sprzątaczka przyjdzie.
— A co mnie to obchodzi? Mogę tu siedzieć, ile zechcę. To mój gabinet.
Jej głos brzmi. Jest cierpliwa.
Wstaje. Odpycha krzesło. Jej kroki też są głośne. Napięcie. Dłonie lekarki. Bez lakieru, bez ozdób. Bez zegarka. O takich się nie mówi „piękne”, tylko „pewne”. Jej własne są obce.
— Ocknęłam się, kiedy kończył. Powiedział, że wyjeżdża z Polski i nigdy go nie znajdę.
Powie więcej. Ale jak. Nie ma nad tym kontroli. Coś jej pozwala wypluć odrobinę tego, czym jest wypełniona. Czym jest wypełniona. Chyba nie sobą. W każdym razie. Cienka powłoka czegoś, co mogłoby być nią, pamięcią, a pod nią, w niej... I nieruchomy ból, skulony jak dzieciak zasłaniający się rękami przed pasem, zastygły w ułamku sekundy kiedy pas jeszcze nie spadł. Cienka powłoka jakby jej. Wypełniona czymś. Kamieniempustką. Razem. Chociaż to nie to.
Lekarka dotyka jej ramienia. Nie potrafi pokazać, że nie ma nic przeciwko temu. Jej twarz nie współpracuje. Lekarka pyta spojrzeniem. Jakoś wie. I nie cofa ręki. Długo, długo. Jakiś dźwięk?
— Już mogę
— mówi.
Wstaje. Lekarka bierze swoje rzeczy. Kluczyki do samochodu. Na korytarzu sprzątaczka, wiadro, podejrzliwie.
— Co tak późno? Znowu się pani pchają po godzinach, litości ci ludzie nie mają.
— To znajoma
— ucina lekarka, zirytowana.
Idzie. Rusza się. Sceneria się zmienia, są naprzeciwko sklepu z używaną, po lewej „Manhatan” z którego ludzie wychodzą. I wchodzą.
I czarne niebo jest tak zimne, że gdyby go dotknęła językiem, przykleiłby się.
Lekarka otwiera drzwiczki. Ciepło?
— Pasy
mówi i pomaga jej zapiąć.
Bo te ręce. Kłopot z nimi. Lekarka zanim ruszy wyjmuje komórkę. Że zaraz będą i wszystko zrozumiesz. Przejeżdżają koło Alfy i więzienia z reklamami na murze, wszędzie wciąż świąteczne ozdoby. Choinka koło ratusza. Skręcają przed Starym Miastem. Gdzie na przystanku. Kobieta w ciemnym płaszczu trzyma róże. Wymykają się z cienkiego papieru. Autobus. Kobieta wpycha się z tymi różami. Jadą. Próbuje poruszać brwiami. Nic.
Skręcają. Ciemniej. Dom. Furtka. Skamieniały śnieg przy srebrzystych pojemnikach na śmieci. Nagle zatrzymuje się wpół drogi. Drzewo czarne. Rozgałęzienia mroku. Śrubki tak się wkręca. Jak ją. Wkręca. Wbija.
Lekarka się porusza. I mocnym ruchem wyciąga ją. Ciągnie. Schody, sień. I tu chyba jest jakaś ochrona. Coś ze ścianami. Łatwiej się jakoś poruszać. Zdejmuje kurtkę. I czapkę. Rękawiczki. I pies rozszczekał się za drzwiami, ktoś go trzyma?
— Już.
Pies to bernardyn, większy od niej. Tak to widzi. Tyle futra, jęzora, łap. Wysoka kobieta w kolorowej koszuli trzyma go mocno, lekarka uspokaja pieszczotami. I potem pies już tylko obwąchuje. Martwymi rękami zaczepia o psi łeb. Ciepłe ucho.
— Benek chciał iść cię szukać
— mówi kobieta, bransoletka zsuwa się do nadgarstka.
W kuchni. Benek włazi pod stół. I wtedy kobieta podaje jej rękę. Wysuwa swoją, nie może zgiąć palców.
— Urszula.
I dodaje, widząc że to mało: — Jesteśmy razem.
Powiązania umykają. Poprzedniego dnia o tej porze zresztą by ją to zdziwiło. Urszula. Była gotowa widzieć z lekarką męża, trochę nudnego ale sympatycznego. Może córkę i syna, może pierwszego wnuka. Mogło być lepiej, ale nie można narzekać. Znajome wady przebaczone, krzywdy zagłaskane, łzy. Dzieci, to najważniejsze.
Tak przez mgnienie.
Udaje jej się usiąść. Zatrzymuje się. Znowu. Ale tylko na chwilę. Na początku miała wrażenie, że wszystko się od niej odsuwa. Zostanie sama. Dla nich czas istnieje. Ruszają się. Początek, co to jest początek, bo niczego takiego nie pamięta. Koniec – a to? Ona jest w tym kawałku pomiędzy.
Urszula robi tosty. Benek kładzie łeb na jej nogi. Jest ciężki ale. Niech leży. Laptop otwarty w rogu stołu. I śnieg na parapecie.
Nie dziwią się, że nie chce jeść. Ciemność za oknami. Lekarka wychodzi z kuchni. Miauczenie? Za chwilę wraca. Czarny kot z niej skacze. Na stół. Lekarka robi gest. Kot sam zeskakuje. I włazi na kolana. Patrzy. Zielone oczy. Wąsiki mu drżą. Delikatnie.
—Toby! Chcesz żeby zszedł?
— Koty są w porządku — język poruszył się. — I psy
— dodaje, bo łeb.
Uśmiechy. Kot jest ciepły. Jakoś lżej. Oddychać. Czuje. Jakby się oddaliło. Coś, co zmieniało ją w kawałek metalu, skręcany obcęgami. Sypią się opiłki. Zmienić kształt. Opiera się. Nie tak. Oddaliło się. Czy umiałaby to wykorzystać. Kładzie ręce na kocie. Pozwala jej na to. Koty są
w porządku. Koty są po jej stronie. I Benek też ją oddziela od. Leży i swoją obecnością. Urszula przy zlewie. Lekarka nachyla się.
— Może zostawię cię z Urszulą.
Spojrzenie. Lekarka wie.
— Bo ona to przeżyła.
To dziwne. Nie wygląda na skręconą. Ani na rozłupaną. Ale lekarka mówi prawdę.
— Benek! Chodź, pora się przewietrzyć.
Benek podniecony. Jest za zimno na długi spacer. Chociaż bernardyny ratują w górach. Ale czasu i tak nie ma. W każdym razie ona go nie czuje. Lekarka bierze buty spod pieca. Urszula siada. Oczy koloru kawy. Tak ciemne. Ciemność dała jej oczy. Widzi lepiej.
I teraz.
— Zostałam na weekend w akademiku. To była sesja egzaminacyjna. Cały czas imprezy. Oblewali wyniki. Usiłowałam zasnąć. W końcu się udało. Wyłamali drzwi. Było ich... kilku. Nie zdążyłam nic zrobić, poza tym, że się obudziłam. Od razu mnie przytrzymali. Ktoś zakrył mi twarz dżinsową kurtką. Oni nawet nie weszli, oni wpadli, ciemne kształty, zimno i zapachy. Kurtka była przesiąknięta papierosami i wodą toaletową. Głosy? Jakieś „trzymaj” „posuń się”. Nic o nich nie wiedziałam. Skończyli i poszli. A ja leżałam. Bałam się, że wrócą. Jeśli usłyszą, że się ruszam. Zresztą nie mogłam się ruszać. Zatrzymałam się. Oni poszli dalej, coś na zewnątrz poruszało się, ja nie. Jakimś cudem, kiedy zrobiło się jaśniej, zeszłam z łóżka, chciałam się ubrać ale nie dałam rady. Byłam cała sztywna i jakaś niezborna, mięśnie nie chciały pracować. Jakby mi ktoś stawy na złą stronę powykręcał. Powykręcana, no tak. Złapałam koszulkę i trzymałam w garści, jakbym miała przykurcz. Na podłodze rozbite szkło, żółta szyba z drzwi. Wojna. Pomyślałam o wojnie. Cisza. To był segment, widziałam garnki, zrzucili z kuchenki, stała
w przedpokoju. Drzwi na korytarz otwarte. Nie ruszyłam się żeby zamknąć. Siedziałam tam. Aż pojawiła się Marta. Zajrzała przez te otwarte drzwi i mnie zobaczyła. Miała jeszcze śnieg na butach, wracała z pociągu. I plecak.
Podeszła, przykucnęła koło mnie. I objęła.
— Z plecakiem?
— Tak, z plecakiem. Czekała, aż wstanę.
Poprowadziła mnie do swojego pokoju. Potem mi powiedziała, że wróciła tak wcześnie rano, bo pojechała po swoje rzeczy, wiesz do kobiety która z nią zerwała. Nie chciała u niej nocować. Ale to później. Myślała, że się położę na łóżku, ale bałam się łóżka. Siedziałam na podłodze, ona za mną. Czekała. Po jakimś czasie udało mi się ubrać, założyłam jej rzeczy, były bezpieczne. I siedziałyśmy. Marta zasnęła. Ale była przy mnie. I tak zostało.
Policja przyjechała. Ale nie mogłam ich zidentyfikować na podstawie wody toaletowej. Nawet ta kurtka mogła być kogoś innego. Nikt nic nie widział, nie słyszał wyważanych drzwi a jeśli słyszał, to wolał nie sprawdzać, co się dzieje. No i mało kto był trzeźwy.
Płynnie. Płynnie o tym mówi. To nie przedmiot. Pęknięcie. Zrosło się? Żywa istota. Żyje, patrzy. Mówi.
— Czemu pomyślałaś, że Marta...
— Nie wiem. Nikt inny. Koleżanki nie.
Tak, patrzy jej prosto w oczy. Też żyje. Patrzy. Słowa wychodzą z niej.
— Nie umiem z nimi. To tylko koleżanki. Rodzice nie. Wiem. Głupia. Sama winna. Powinnaś. Nie powinnaś. Winna. I...
I słychać klucz. Benek wali ogonem w futrynę. Marta otwiera drzwi, sama się jeszcze rozbiera.
— Byłam spięta. Nie chodziłam do ginekologa. W końcu musiałam. Słyszałam od koleżanki. I... Marta zaczęła ze mną żartować. I tak jakoś mówić, że ani się obejrzałam. Badanie przeleciało. Wstyd – nie było go. Potem jeszcze trzy razy. Nie byłam spięta. Przy niej. Tylko przy niej. Nie wiedziałam, dokąd pójść. Coś robiłam od rana. Nie pamiętam.
Przygląda się swoim rękom, kreskom, plamom, połamanym paznokciom.
— Chyba byłam na cmentarzu. Było już ciemno. I zaczęłam iść tam. Bo coś...
Marta wnosi zapach mrozu. Toby otwiera jedno oko. I nic. Nic się nie dzieje. Marta dorzuca do pieca.
— To był chłopak, z którym zerwałam. Miał jeszcze klucze, powiedział, że przyszedł, żeby mi je odnieść.
Chyba się spaliły, słowa. W tym co ją wypełnia pojawiła się odrobina luzu. Jakby miejsce na coś innego. Na nią. Jakby.
— A może wypijesz coś gorącego?
— Urszula jest przy niej.
Marta pali słowa. Ona się zna na ogniu. Musi tak być. Zna się na ogniu. Czy to ją przyciągnęło?
— Nie wiem.
Próbuje pomyśleć. Próbuje poczuć jak to jest z żołądkiem, z ciałem.
— Nie jadłam od.
Tylko kiedy to było? Czas ciągle się nie pokazał.
— Jest zupa z obiadu — Urszula gotowa pójść do kuchni.
Jedzenie ma jakiś związek. Z poruszaniem się. Zdaje sobie sprawę. Pewnie jest jej potrzebne. Musi wykorzystać okazję. Zje, poczuje żołądek, poczuje ciało. Chciała je zamrozić, wyrzucić, zapomnieć o nim. Nigdy nie odczytać śladów. Nie da się. Chyba. One dwie są przy niej. Szansa?
Kiwa głową.
Przygląda się misce. Łyżce. To przedmioty. Powinna być od nich silniejsza. Co zrobią jej palce? Zaciskają się na trzonku. Usta się otwierają. Podnosi łyżkę z zupą. Przełyka. Robi jej się ciepło.


Opowiadanie niepublikowane.

Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego