Ewa Schilling - strona autorska

Idź do spisu treści

Menu główne

Nadfiolet

Fragmenty powieści

O piątej rano było chłodno. Park pełen wilgotnego cienia, ciszy, alejki puste. I tylko jeden obserwator, wprowadzający zmiany do układu. Obserwator złapał kroplę rosy z gałązki Rosa canina na palec i oblizał go. Przypominał światło, tak samo rozglądające się z ciekawością po nieznanym miejscu. Słoneczny blask okrywał beton bloków delikatnym złotem, tworząc zbitkę tak absurdalną, jaką stanowiliby demonstrujący pod Sejmem górnicy, którzy nagle zaczęliby zgodnym chórem śpiewać „Mesjasza” Haendla. Mogłaby coś powiedzieć o tym wszystkim. Ale na ogół wolała milczeć. Ktoś parzył kawę i wiatr przyniósł zapach aż tutaj. Włożyła sandały. Nie musiała patrzeć na plan miasta. Chwilami wydawało jej się, że to miejsce jest jej równie obce co znane na pamięć.
Wstała z ławki, wzięła swoje rzeczy, poszła wzdłuż parku, wąskiego pasa między ulicami, zielonej żyły w ciele miasta. Przeszła przez parking obok jednego z budynków UWM, główną ulicą obok betonowej szaro–czerwonej narośli centrum handlowego i otoczonego pokrytymi reklamami murem pruskiego aresztu. Przez Stare Miasto, gdzie wymieniła spojrzenia z Jakubem pielgrzymem, (unieruchomionym w piaskowcu), obok nieczynnej fontanny, przez most nad pełną wodorostów Łyną, długą, rozgrzewającą się już Warszawską, przez Kortowo, nad zimnym jeziorem, do osiedla domków jednorodzinnych zwanego Słonecznym Stokiem. Żółte błyski żonkili i twarde zielone pąki tulipanów.
Czarny kot przystanął i spojrzał agrestowymi oczami. Pręgowany przeskoczył płot. Pod sandałem zgrzytnęła puszka po piwie. Biało–błękitna figura Matki Boskiej w wypielęgnowanym ogródku lśniła oślepiająco. Przy otwartej furtce sąsiedniej posesji stała ciemnowłosa, średniego wzrostu kobieta w jasnej spódnicy, bluzce i klapkach. Naklejała ogłoszenie. Przez uchylone okno było widać jej kuchnię, wyszorowana patelnia na ścianie kipiała światłem.
Przystanęła i postawiła obie torby na ziemi.
— Dzień dobry. — przyglądała się stopom kobiety, bladym, z wysokim podbiciem i drobnymi palcami.
— Dzień dobry — kobieta odczuła ten wzrok tak dotykalnie, że zbliżyła rękę do stopy, żeby go strzepnąć, ale zakłopotana, cofnęła ją szybko. Taśma klejąca została jej na palcach drugiej ręki, ogłoszenie trzepotało.
— Pani kogoś szuka?
— Będę tu mieszkać — wyjaśniła.
Zdumienie wygięło kobiecie usta w dół – to co niespodziewane kojarzyła ze smutkiem.
— Przecież dała pani ogłoszenie — dotknęła kartki która wyrywała się jak ptak.
— Ale przecież...
— Może je pani zdjąć.
— Ale jakim sposobem...
— Zapłacę z góry i tak dalej. Nie piję i nie puszczam techno o drugiej w nocy. Chcę wejść i wziąć prysznic — uśmiechnęła się.
Uśmiech. Kobieta zapatrzona w niego, ogłupiała, skleiła sobie do reszty palce taśmą, zdejmując zapisaną swoim kaligraficznym pismem kartkę. Przypominał jej coś, czego nie potrafiła nazwać.
— No dobrze, w sumie chciałam ten pokój wynająć jak najszybciej. Przedtem mieszkała tu para studentów, tu w ogóle dużo studentów mieszka, mają blisko na zajęcia. Źle trafiłam, zarzekali się, że są spokojni i byli – przez miesiąc. Potem co dwa dni robili imprezę: przez całą noc miałam dyskotekę a rano musiałam wyciągać obcych ludzi z wanny. Dziecko rano idzie do szkoły, ja mam często dyżury, bo jestem pielęgniarką; prosiłam, groziłam, przez tydzień było lepiej, a potem znów od nowa. Wreszcie ich wyrzuciłam. Jeśli pani będzie mieszkać sama, to policzę 400 złotych, chyba że...
— Będę mieszkać sama — założyła plecak, dwie torby wzięła w prawą rękę, a lewą jednym ruchem oderwała ogłoszenie od dłoni kobiety
w klapkach i zwinęła je w kulkę. Wylądowało w blaszanym kuble na śmieci.
— Jak długo?
— To się okaże.
Pokój położony od wschodu tak jak kuchnia, cały zarośnięty dzikimi chaszczami światła wydawał się pulsować. Kiedy wychyliła się z okna
w lewo, za krzakami malin i porzeczek, przez kwitnące gałęzie śliwy zobaczyła czubek głowy Maryi, jak nazywano tu Miriam.
— Chciałabym podpisać umowę. Może na pół roku? Zawsze może pani zrezygnować, tylko proszę mi o tym powiedzieć choć dwa tygodnie wcześniej.
— Proszę bardzo.
Kobieta gestem wskazała kuchnię, przyniosła wydrukowaną umowę.
— Przepraszam, że tutaj, ale biurko jest w pokoju Oli, nie chcę jej budzić, a ja w swoim mam tylko taki mały chwiejny stolik — położyła dłoń na ciemnym blacie dębowego stołu, kojarzącego się z niedzielnym obiadem tradycyjnej rodziny. Odruchowo sprawdziła, czy nie zrobiła jakiegoś błędu. Własne imię „Hanna” wydawało jej się dziwne i obce, zawsze takie było, na każdym dokumencie. Jakby ktoś je ukradł i okaleczył.
— Proszę przeczytać.
Przebiegła wzrokiem tekst trzymając kartkę dwoma palcami, wyjęła wieczne pióro z kieszeni czerwonych sztruksów i pisała szybko, lewą ręką, opierając umowę o powietrze. Z drugiej kieszeni wyciągnęła 400 złotych właśnie w tym momencie kiedy Hanna chciała wspomnieć, że płaci się z góry. Pieniądze długo leżały na stole, bo gospodyni odnalazła w umowie miejsce przeznaczone na imię i nazwisko „wynajmującego”. Natychmiast znacząco podniosło się jej ciśnienie, do wartości 180/90 mmHg.
— To jakiś żart? Albo pseudonim? Dowodu osobistego też pani nie ma czy co? — zauważyła następną lukę.
— Przecież ta umowa jest nieważna. — Drozd Zielona Różdżka! Kompletna bzdura! — Hannie zabrakło tchu. Inwencji też.
— Tak się nazywam. A dowód mam, tylko nie lubię się nim posługiwać. Umowa jest ważna. Zresztą nikt poza nami nie będzie jej oglądał. Naprawdę. Idę wziąć ten prysznic.
Po chwili Hanna siedziała przy stole, czując ku swojemu najwyższemu zdumieniu, że na tym wyjaśnienia skończyły się raz na zawsze. Nie miała ochoty protestować, wykazywać niedorzeczności w słowach Drozda, dzwonić, (na policję? na pewno nie), krzyczeć (nie umiała krzyczeć). Z łazienki dobiegał głośny szum wody i niewyraźne odgłosy piosenki w nieznanym języku. Po dłuższej chwili do kuchni wpadła Ola.
— Kto to był? Głodna jestem. I nie mogę się umyć — zawołała. Jeszcze nie zamilkła a już wtuliła się w Hannę i nastąpiły zwykłe poranne pieszczoty.
— Jak posiedzi za długo, zapukamy. To taka pani która będzie u nas mieszkać.
— Pocałowała ją jeszcze raz. — Umyj na razie ręce tutaj, to zjesz śniadanie. — Wyjęła jajka, masło, zapaliła gaz.
—- No widzisz a martwiłaś się że będziesz długo szukać.
— Ola wytwarzała ogromne ilości piany z niebieskiego mydła. — Mamo, a to jest Polka? Po jakiemu mówiła?
— Po polsku. Tak samo dobrze jak ja albo ty.
— Ale jest czarna.
— Pewnie ma czarnego ojca.
Jeszcze kilka lat wcześniej w mieście można było spotkać kilka takich osób, w Kortowie uczyło się kilkoro czarnych studentów i pracowało małżeństwo Pakistańczyków. Ale Ola mogła ich już nie pamiętać.
— To czemu nie mieszka w Afryce tam gdzie są inni czarni? Albo w Ameryce?
— Czarni są w wielu krajach. W Europie też. A ona mogła się urodzić i całe życie mieszkać w Polsce. Skąd mam wiedzieć? Nie pytałam jej, kotku. Nie chciałam być wścibska.
Pomyślała, że z tym brakiem wścibstwa to nawet przesadziła. Nie ma pojęcia gdzie ona pracuje, po co przyjechała do Olsztyna i skąd na litość boską, wiedziała o tym pokoju do wynajęcia? Kto mówi stojąc przed furtką „będę tu mieszkać?”
— Pani Maria będzie się czepiać — oznajmiła Ola znad jajecznicy.
— Mówi że czarni roznoszą hiva. Że nie powinni ich wpuszczać do Polski.
— Nie ma racji. Hiv przenoszą różni ludzie. Biali, czarni, Azjaci. To zależy tylko od tego, czy byli ostrożni czy nie. Gdzie to słyszałaś?
— Siedziała razem z tymi parafialnymi paniami w ogrodzie i głośno rozmawiały. Z czym ostrożni?
— Z krwią. Można się zarazić przez dotykanie krwi kogoś chorego. To znaczy, jeśli sama masz jakieś skaleczenie i ta krew wejdzie pod skórę. Hanna westchnęła przystosowując naprędce swoje wiadomości do poziomu ośmiolatki, (zresztą w przypadku Oli dość wysokiego).
— Albo sperma. Seks z kimś zarażonym też jest niebezpieczny.
— One mówiły, że najgorsza jest prezerwatywa.
— Pomyliły się. Prezerwatywa zupełnie nieźle chroni. Chociaż nie w 100%. Tylko nie powtarzaj tego w szkole. Oni uważają, że nie powinnaś o tym wiedzieć nawet po ślubie
— wyrwało jej się.
— By cię wezwali na dywanik?
— Łagodnie rzecz ujmując. A teraz idziemy do łazienki, ona już wyszła.
— Dlaczego ona? Jak ma na imię?
— Drozd Zielona Różdżka
— wyrzuciła z siebie Hanna czując się tak, jakby dopiero teraz, wymawiając to imię, pogodziła się z istnieniem jego właścicielki. A także jakby ciemny korytarz stał się inny, (ale na czym to polegało?), od tych kilku dźwięków.
— Fajnie — skomentowała Ola. Powtórzyła „Drozd Zielona Różdżka”
, odkręcając prysznic. Wyśpiewywała te trzy słowa w przerwach między wypluwaniem wody. Hanna pomagając jej się umyć, wciąż rozpamiętywała kilka porannych minut. Drozd Zielona Różdżka. Jakby nie była częścią jedynego sensownego, (mimo wszystko), świata, tylko czymś migoczącym na granicy pomiędzy realnym i umownym; częścią gry o zapomnianych regułach. A przecież z pewnością istnieje wytłumaczenie banalne jak telenowela. Może to imię jest tłumaczeniem z afrykańskiego? Może z jakichś powodów nie znosi swojego? Jej koleżanki z pracy czasem robiły tak samo. Marianna była Elżbietą nawet na liście dyżurów, Wiktoria Barbarą, Teresa Magdaleną. Czasami o tym, co która ma wpisane w dowodzie, dowiadywała się po paru latach. Może to artystka. Może przyjechała odnaleźć rodzinę. Ale kto jeszcze wiedział o wolnym pokoju? Jak to kto? Krystian z Moniką! Pewnie jakoś się z nimi zetknęła. Teraz wszystko można załatwić przez internet. Powiedzieli jej pewnie, że pokój jest tani, a gospodyni ma miękki charakter. Wyrzuciła ich. Akurat. Gdyby nie listonosz, który przypadkiem słyszał jak ich prosi żeby się wyprowadzili, siedzieli by tu pewnie do dziś. To listonosz huknął na nich z góry, zagroził policją i obiecał osobiście sprawdzić, czy znikną tak jak obiecali, w ciągu dwu dni.
— Pośpiesz się, za dziesięć minut musimy wyjść.
— Ola udała że nie słyszy, Hanna zakręciła wodę, wyjęła ją z wanny i narzuciła wielki ręcznik na plecy.
— Ja bym się wolała spóźnić. Szkoła jest nudna. Nie można się spytać o hiva ani co to była lustracja ani dlaczego anioły wolały być diabłami. Niektóre. A najnudniejsza jest nowa pani od religii. I uwielbia świętą Teresę bo to jej patronka. I na przerwach ciągle czyta książki o niej. Raz tam zajrzałam bo zostawiła książkę na biurku i tam było napisane „Całe życie cierpieć, a potem umrzeć”. Ona tak lubiła. To chyba była kopnięta.
— Nie mów kopnięta.
— Ale ona była. I nie lubię mundurka. Nie lubię granatowego. A ty wiesz więcej od pań w szkole.
— Ja też nie znosiłam mundurka — przyznała niepedagogicznie Hanna. — Ale nie mogę zarządzić ich zniesienia. Nie o wszystkim wiem więcej, kotku, na razie jesteś w drugiej klasie, to jakoś nadążam. Szkołę trzeba przeżyć, żeby potem znaleźć pracę, mieć pieniądze na jedzenie i mieszkanie.
— A jak się zostanie piosenkarką?
— To się rzadko udaje. Poza tym nie zauważyłam, żebyś była aż tak dobra z muzyki, kochanie. Lepiej skończyć szkołę tak na wszelki wpadek. Spakowałaś się? Jeszcze o tym porozmawiamy, ale teraz lećmy.
— A jak się ma bogatego męża? — Ola ulżywszy sobie paroma uwagami na temat ministra edukacji ubrała się błyskawicznie i chwyciła plecak.
— Bogaty mąż może się rozwieść albo zbankrutować. Albo umrzeć. Zresztą lepiej mieć coś swojego, prawda?
— A ty się z tatą rozwiedziesz?
— Nie wiem — Hanna poczuła ukłucie w sercu, ogarnął ją smutek. Miała ochotę zezłościć się na Olę za to pytanie, ale nie potrafiła. Lubiła jej szczerość.
— A żałujesz że za niego wyszłaś?
— Nie, bo dzięki temu ty się urodziłaś.
— Ale mogłaś wyjść za Marka.
— Był wściekle zazdrosny. Nie wiadomo, co by z tego wyszło. Po co ja ci o nim mówiłam?
— Zdenerwowana, przyspieszyła kroku.
— Bo znalazłam jego zdjęcia.
— Tak, ale... Chciałabyś, żeby tata mieszkał z nami?
— Ale żeby nie krzyczał i się nie obrażał. I nie pił piwa w ogrodzie. I nie wyjeżdżał ciągle do Niemiec.
— A jakby było tak jak przedtem?
— To niech się wypcha.
— Ola! To twój tata.
— To niech się zachowuje jak tata. A nie jak ojciec.
Rozmowa, choć fascynująca urwała się przed szkołą – dzwonek poderwał Olę do biegu razem z kilkorgiem innych dzieci bawiących się przed wejściem swoimi komórkami.
Hanna przypomniała sobie, że nie dała nowej lokatorce zapasowych kluczy do domu, które bezmyślnie schowała razem ze swoimi w torbie. Zamiast skręcić w lewo na przystanek, zawróciła. Kiedy usłyszała sygnał sms, przyszło jej do głowy, że to Roman zapowiada swój przyjazd
i oblała się potem. Nie wiedziała, nigdy nie wiedziała, jak ma z nim rozmawiać. Czy miałaby mu powtórzyć słowa Oli? Skąd u niej takie poglądy? Czy to dobrze czy źle? Dzieci się tak podobno nie zachowują. Chcą zawsze obojga rodziców, jacy by nie byli. No, poza zwyrodnialcami. Komórka wypadła jej na ziemię. To była tylko informacja o wysokości rachunku. Ola przynajmniej wiedziała, czego chce. Ona na przemian chciała się godzić na wszystko, konstruować przemyślne kompromisy, stać twardo przy swoim. Ale co było naprawdę jej? Obiecywała sobie nie zmieniać zdania w czasie rozmowy z Romanem, a potem denerwowała się, płakała, czuła w głowie zamęt i pustkę. Potwornie bała się kolejnego spotkania.
Drozd wyglądała przez okno.
Hanna wyjęła z torby klucze i podała jej.
— Byłabym tu panią zamknęła — powiedziała przepraszająco. Przepraszać zawsze umiała pierwsza, poczucie winy lgnęło do niej jak mucha do miodu.
— Mnie trudno zamknąć — Drozd obróciła klucze na palcu i uśmiechnęła się jeszcze raz.
Hanna bardzo szybko szła na przystanek, uciekając od przepełnionego lękiem i poczuciem winy domu; uciekając przed tym uśmiechem. Nigdy nie widziała piękniejszego.

Hanna wyszła ze szpitala i ciepły wiatr rozwiał jej włosy. Lubiła je rozpuszczać w drzwiach, czuła się lżejsza, jakby tam właśnie, w ciemnych, gęstych kosmykach odkładały się zdarzenia z oddziału. Lubiła też wracać piechotą, miała wtedy czas na myślenie, na samotność. Milczenie też sprawiało jej przyjemność. Skręciła w lewo, w stronę Domu Przedpogrzebowego, który w jaskrawym słońcu wyglądał pogodnie i spokojnie; dookoła pełno było ptaków. Skręciła jeszcze dwa razy i doszła do ulicy Jana Pawła II, (dawnej Warszawskiej – wciąż tak o niej myślała). Pod pozłacanym, dziesięciometrowym pomnikiem świętego papieża, drugim co do wielkości w mieście, dwu bezdomnych gniotło puszki po piwie. Dookoła nich walały się stosy zwiędłych wiosennych kwiatów: żonkili, narcyzów i tulipanów. Na trawniku widniało wielkie serce z wypalonych zniczy. Figura Chrystusa niosącego krzyż na skrzyżowaniu z Jagiellończyka wydała jej się nagle gotowa do ucieczki: Chrystus wysuwał niecierpliwie stopy spod czerwonej szaty, oglądał się, wypatrując pogoni. Wybrała słoneczną stronę ulicy, myślała o tym, że na obiad zrobi naleśniki, wieczorem podleje ogród i że tak samo ciepły kwiecień był wtedy, kiedy urodziła Olę. Natychmiast przypomniała też sobie, jak teść pękał ze śmiechu na widok jej brzucha „ale z ciebie baryła się zrobiła, uważaj, żeby ci nie zostało”. Roman niby go uciszał, ale sam ciągle przepowiadał, że sądząc z rozmiarów, urodzi bliźnięta. Hanna, całe życie szczuplutka jak szczypiorek, i bez tych uwag wstydziła się swojej zmienionej sylwetki; miesiąc po porodzie zaczęła się odchudzać, jadła głównie zupę jarzynową a raz w tygodniu robiła sobie wielką jajecznicę na schabie. Jesienią wróciła do poprzedniej wagi. Nie miała chyba takiego przyjemnego wspomnienia, które nie ciągnęłoby za sobą jak lokomotywa długiego pociągu przykrych. Kiedy cała szczęśliwa wróciła do domu z córeczką, Roman pokazał jej świeżo kupione łóżeczko, wanienkę, zapas pieluch, a potem powiedział „Chciałaś to masz. Ale o następnym mowy nie ma”. A przecież nigdy nie mówił, że nie chce dziecka, przeciwnie: ciągle zaglądał znajomym do wózków i rozpływał się nad ujrzanymi maleństwami. Hanna chętnie by miała drugie dziecko, ale kiedy to usłyszała, zrozumiała, zmrożona, że nigdy tak się nie stanie. Nie z człowiekiem, który to powiedział. Było to bardziej przeczucie niż decyzja i chociaż Roman potem twierdził, że nic podobnego nie mówił, jego życzenie się spełniło. Po prostu nie zaszła już
w ciążę, chociaż nie zawsze się zabezpieczali. Ciekawe. Ale w swojej pielęgniarskiej praktyce spotykała takie przedziwne przypadki wpływu psychiki na zachodzenie w ciążę. Szkoda, że nie jest to po prostu zwykły sposób regulacji urodzeń. Tego dnia pomagała przyjść na świat dziecku, które urodziło się martwe, matka bez przerwy powtarzała że to niemożliwe, że USG nic złego nie wykazało, a potem chciała zabrać dziecko ze sobą. Dla kontrastu na ostatnim nocnym dyżurze rodziła zgwałcona siedemnastolatka, która bez przerwy wyła, że nie chce tego dziecka a potem o mało nie wyskoczyła przez okno. Hanna znów miała wtedy moment załamania i kolejny raz przepowiedziała sobie wszystkie argumenty za i przeciw rzuceniu tej harówki. Mogłaby pracować jako kasjerka na dworcu, razem z Marzeną, która wytrwała na oddziale ledwie pół roku. Ale to były złudzenia: będzie pielęgniarką na położniczym tak długo jak Chrystus na rogu Jagiellończyka będzie niósł swój krzyż.
Domy po drugiej stronie ulicy zamieniały się od lat w ruinę, wyglądały jak chore na jakąś paskudną skórną chorobę. Spod warstw farby wyłaziły fragmenty reklam z czasów Gierka i jeden śmiały napis „Boże pozwól bym potrafił
/ gdy ojczyzna mnie zawoła / zamiast piersi wypiąć dupę / bo ta ropa nie jest moja”. Pamiętała go jeszcze z czasów I wojny irackiej.
Boczne ściany były obwieszone bilboardami. Politycy, biskupi, („Silna Polska to katolicka Polska”, „Europa czy wiara – wybór należy do Ciebie”), ostrzeżenie przed internetem („co twoje dziecko robi w sieci”? - nad złotowłosym chłopczykiem pochylał się trupiozielony człowiek – pająk), najnowszy model toyoty. Minęła klomb zrobiony z opony, rosły w nim trzy krzywe narcyzy i dwie butelki po wódce. Zatęskniła do własnych kwiatów, do zapachu hiacyntów i ciepłej ziemi. Ola odziedziczyła po niej zamiłowanie ogrodu – siała, wyrywała chwasty, wszystko wąchała, prawie wszystko gryzła i podpowiadała co jeszcze posadzić. To dawało jej niezmierną radość. Gdyby jeszcze mogła poczuć, że jest na swoim. Dom wybudował dla nich teść krótko po ślubie, (do tego czasu mieszkali osobno). Należał do wspólnoty majątkowej, poza tym Roman choćby ze względu na Olę nie powinien ich stamtąd wyrzucać. Ale nie w tym rzecz. Mogłaby się w nim czuć dobrze, gdyby... nigdy nie sformułowała wyraźnie tej myśli. Gdyby czuła się dobrze sama w sobie, gdyby była panią wewnętrznych przestrzeni, w których kryły się ślady dawnych królestw i zburzone świątynie nieznanych bogiń. (Mogłaby to tak wyrazić, jeśli tylko zdobyłaby się na wzmiankę o nieznanych boginiach).
Kiedy doszła do byłych koszar, na terenie których rosły wiotkie brzózki, martwiła się już o zapowiedziany porannym telefonem przyjazd Romana. Za dziesięć dni. Znów nalegał żeby przyjechała do Hamburga, zobaczyć jak żyje, jak mieszka, jak tam wszystko jest inne i lepsze. Wymówiła się pracą i tym że nie ma z kim zostawić Oli. Ale co dalej? Ponad pół roku żyją kłócąc się bez przerwy. Roman decyzję o wyjeździe podjął jak to on, po cichu. Powiedział jej: „Za miesiąc ja i rodzice wynosimy się na stałe do Hamburga. Jedziesz ze mną czy bierzesz rozwód?”. O jej niechęci do emigracji, zwłaszcza do Niemiec wiedział świetnie od lat, przy każdej zwalniającej się żeby wyjechać za granicę koleżance z pracy mówiła to samo. „Ja się nie nadaję, nie umiem się przestawić, a niemiecki nie przechodzi mi przez gardło. Nie chcę być obca, nie chcę być gorsza”.
Pytanie zabrzmiało ostro, ale żadne z nich nie zdobyło się na stanowczość. Roman wyjechał, ale dał jej czas do namysłu i podkreślał, że wcale nie chce rozwodu. I to wcale nie szantaż, tylko sposób żeby zmusić ją racjonalnego działania. Hanna próbowała go przekonać, żeby został, wspierała ją Ola, nie chciała zostawiać koleżanek, ogrodu i pobliskiego jeziora. Okazała się całkiem nieczuła na uroki ”europejskiej cywilizacji”, na obiecywane jej komputery, wycieczki i prywatne szkoły. „Wdała się w ciebie, zasrana patriotka” wyrwało się Romanowi, który przed wyjazdem razem z rodzicami odgrzebał niemieckie korzenie – wszyscy bez trudu dostali obywatelstwo. W Hamburgu mieszkali chwilowo u dalekich krewnych, ale Roman szybko dostał pracę w firmie geodezyjnej i wynajął duże mieszkanie. Za rok, dwa planował wziąć kredyt na dom.
Ostatnim razem zdenerwował się, powiedział że nie on wyjazdem, tylko ona swoim uporem niszczy ich małżeństwo i robi nieodwracalną krzywdę Oli: dziecko wychowane bez ojca ma wielkie szanse na zostać nastoletnią matką, narkomanką i ogólnie kobietą psychicznie skrzywioną. Zranił ją tak bardzo, że zwierzyła się, (częściowo), Baśce która orzekła: bierz rozwód, póki jeszcze można. Z mężem za granicą dostaniesz go bez problemu. Rzeczywiście, był to jeden z nielicznych powodów, oprócz długoletniego maltretowania i ateizmu, który sądy jeszcze uwzględniały. Ale Hanna nie potrafiła zaprzeczyć wypowiedzianym dziesięć lat wcześniej w kościele słowom. Ten związek stał się wtedy; mistyczny, naznaczony przez Boga, stał się jej łaską i cierpieniem, czymś od czego nie może uciec, nie popełniając grzechu. Owszem jeśli Roman nie wróci do Polski, zgodzi się na separację. Nie musiała nawet pytać księdza. Ale koszmary śniły jej się teraz częściej. Jeden powtórzył się kilka razy: zasuwka w drzwiach wejściowych odsuwa się, ona z całej siły usiłuje ją przekręcić w drugą stronę, a przez wizjer dostrzega demony które po nią przyszły.
Mijała teraz mieszczące się w suterenie laboratorium, od którego bił grzybowo–pleśniowo–chemiczny zapach. Okienka o brudnych szybach były otwarte. Wnętrze wydawało się wiecznie wilgotne, stare sprzęty pokręcone artretyzmem. Studenci w białych fartuchach zmywali stoły denaturatem. Nagle zachciało jej się schronić w takim laboratorium, otoczyć się próbówkami, uzyskiwać proste, jasne zrozumiałe wyniki.
A może i tam jest pełno niedopowiedzeń? Laboratorium należało do katedry mikrobiologii, a bakterie jak wszystkie żywe organizmy, nie mogły być chyba tak do końca jednoznaczne i odpowiadać na każde zadane pytanie.
Trawniki nad jeziorem zajmowali opalający się studenci obłożeni książkami, zeszytami i puszkami z piwem, (choć picie pod gołym niebem było zabronione). Dwie dziewczyny grały w kometkę. Paru gorących facetów już się kąpało. A do zielonego kontenera na śmiecie ładowała przepełnioną reklamówkę Drozd Zielona Różdżka. Wciąż musiała się zawahać, żeby tak niej pomyśleć, ale czy miała inne wyjście? Określenia „czarna kobieta” albo ”nowa lokatorka” brzmiały potwornie głupio. Poczuła się nieswojo, spotykając ją tu, jakby spodziewała się że coś z tego wyniknie. Przez te pięć dni widywały się rzadko. Drozd wychodziła o świcie, (Hanna jeśli była w domu, czytała wtedy stare książki, rozmyślała), koło południa wracała i siedziała w swoim pokoju albo ogrodzie. O tym że coś je świadczyły tylko skorupki od jajek w koszu na śmieci, (a swoją półkę w lodówce zapchała nowalijkami i nawet raz chciała poczęstować Hannę sałatą, ale wymówiła się strachem przed azotanami). Pytanie z czego żyje pozostawało aktualne. Przy takim trybie życia powinna mogła być tylko tłumaczką albo ornitologiem.
Hanna zeszła nad jezioro, żeby ochlapać rozgrzaną twarz. Po chwili zobaczyła odbicie Drozda – płukała ręce. Koszulkę miała jak zwykle lśniąco białą, (czy ona nie zawadza o gałęzie w lesie?), czarna skóra lekko świeciła, na pewno od potu, ale sprawiała wrażenie jakby robiła to sama z siebie.
— Dlaczego wyrzucasz śmieci tutaj? — nie wytrzymała Hanna.
— Bo znalazłam je w lesie — Drozd machnęła ręką w lewo.
— Tym się zajmujesz całymi dniami?
— Między innymi. Długo czekałaś z pytaniami.
Dopiero teraz zorientowała się, że obie zrezygnowały z „pani” a na dodatek to ona zaczęła. Zawstydziła się i nie bardzo rozumiała, czemu tak zrobiła, ale nie chciała się już wycofywać. Była chyba tylko kilka lat starsza i nigdy nie przepadała za formalnościami.
— Dużo osób sądzi, że za łatwo ufam ludziom. Nie lubię kontrolować. Nigdy nie mogłabym sprawdzać biletów w autobusie. Ale to wszystko jest takie – nietypowe. Twoje imię...
— Prawdę mówiąc, w dokumentach mam wpisane inne dane — Drozd siała kropelki wody i śledziła jak opadają w jezioro. Stały na burym piachu, ale woda wyglądała jak jaskrawoniebieskie szkło posypane płatkami srebra. Krzyż na kościele w Dajtkach drgał i płonął.
— Ale myślę, że każdy ma prawo wybrać sobie takie imię jakie do niego pasuje.
Poszły razem w lewo, od Kortówki powiało mułem i fermentacją. Zza drzew wyglądał pseudogotycki niby zameczek, który postawił sobie najbardziej znany olsztyński architekt.
— Moje imię mi się podoba. Nie chciałam nigdy mieć innego. Co to za ptak, który śpiewa na słupie telegraficznym?
Wsłuchała się w te dźwięki i przez moment nie miała żadnego imienia. Była przezroczysta, wypełniona powietrzem przenoszącym dźwięki, pokrzywami słońcem i tajemnicą, która nie wymagała rozwikłania. Takie momenty zdarzały jej się bardzo rzadko. Pamiętała dobrze chwilę sprzed trzech lat, kiedy nagle patrząc pod planetarium na popołudniowe obłoki, uświadomiła sobie, że niebo na które patrzy, rozciąga się nad inne kontynenty, że łączy ją z każdym innym miejscem na ziemi; niby proste a odczuła to tylko jeden jedyny raz.
— Kos. Ale czy wybrałabyś je sobie sama?
— Nie wiem — odparła Hanna uczciwie.
— Nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Czy ono coś oznacza?
— Łaskę. Hannah to po hebrajsku łaska.
— Hm. Kiedy już zdecydowałam się na położnictwo, dowiedziałam się że św. Anna jest patronką kobiet rodzących. A Anna i Hanna to właściwie to samo imię. Co prawda patronką pielęgniarek jest święta Agata. I święty Marcin. Szczerze mówiąc, nie wiem czemu. Zdaje się, że nikogo nie pielęgnowali.
— I św. Katarzyna ze Sieny. Też nie wiem, dlaczego. Zajmowała się przecież doznawaniem bólu, a nie jego uśmierzaniem.
Hanna nie podjęła dyskusji z powodu zbyt wątłej wiedzy o Katarzynie ze Sieny. Wydawało jej się, że święta nosiła tytuł Doktora Kościoła Katolickiego, ale nie była pewna.
— Ale czy z mojego imienia coś wynika? Czy mam doświadczać łaski? Nie jestem przecież w stanie nią obdarzać.
— Ty powinnaś to wiedzieć.
— Jestem pielęgniarką na oddziale położniczym. Pomagam przy porodach. Czy to jest łaska? Patrzeć na początek życia? Które czasem jest też końcem? — znów przypomniała sobie martwe dziecko i przełknęła ślinę. Łaska Boska że to wszystko wytrzymuję – pomyślała. Ale ból jest śladem boskiego dotknięcia. (Kiedyś przeczytała to zdanie i wzięła za swoje). Uderzyło ją, że mówi jak do siebie, tonem którego nigdy nie używała i na tematy które przypominały jej samotne myśli.
— Czy to po prostu praca? Może poświęcenie, ale czy łaska?
— Może łaska jest inna. Albo ma wiele przejawów. Może masz rozmaite zdolności.
Zaśmiała się.
— O nie. Niektórzy mówią, że jestem dobrą pielęgniarką. Ale poza tym nie jestem utalentowana. Nieźle robię na drutach — zaśmiała się znowu.
Przyszły już na miejsce. Ola przybiegła z młodziutką rzodkiewką w ręce. Weszły do kuchni, Hanna opłukała rzodkiewki, usiadła i nie mogła wstać. Zmęczenie oplotło ją swoją lepką pajęczyną, a krzyk rodzącej siedemnastolatki przeplatał się z rozmowami w dyżurce tworząc nieznośny bełkot. Jest ze mną coraz gorzej – pomyślała. Dłonie lekko jej drżały jak po wysiłku. Zamknęła oczy, na sekundę, dwie.
Ocknęła się kiedy Ola dotknęła jej ramienia. Na stole stał talerz naleśników, a Drozd myła patelnię.
— Dziękuję. Nie trzeba było...
— Trzeba było. Mogę to robić częściej, gdybyś czasem musiała zostać dłużej w szpitalu. Albo znów była zbyt zmęczona.
— Nie wiem co powiedzieć.
— Hanna była przyzwyczajona do tego, że to ona składa innym propozycje pomocy, (jeździła kiedyś co tydzień do matki, do Reszla, urządzić wielkie pranie, teściowej robiła raz na dwa miesiące generalne porządki, bo ta czuła się zawsze słaba: albo z powodu polipów w zatokach albo po operacji ich usunięcia; koleżanki z pracy zawsze mogły liczyć na to, że je zastąpi, jeśli tylko była w stanie utrzymać się na nogach).
— Może chcesz trochę warzyw z ogrodu? Albo coś ci upiorę. To znaczy warzywa i tak ci chciałam zaproponować, więc to się nie liczy.
— Wpadnij do mnie po obiedzie, nie skończyłyśmy rozmowy.
Naleśniki były bardzo smaczne. Hanna dopilnowała żeby Ola usiadła przy biurku z zadaniami domowymi i weszła do pokoju Drozda – drzwi były otwarte na oścież.
— Skąd wiedziałaś jakie jest twoje imię? Przyszło co ot, tak do głowy?
— Powiedziała, to żeby powstrzymać się od komentarza na temat wyglądu pokoju. Nie, nie było tam stert przyniesionych z lasu śmieci. Prawie nic nie było. Dwie karimaty, na jednej zwinięty śpiwór, kilka kartonów, butelka wody i duży czarny plecak. Usiadła na tej bliższej.
— Zawsze było gdzieś blisko. Któregoś razu kiedy było mi już bardzo potrzebne, pomyślałam je, ot tak. Byłam zajęta zupełnie czymś innym.
— Ja nie potrzebuję innego.
— Jesteś pewna? Nigdy o tym nie myślałaś?
— Może, kiedy byłam mała. Mama powiedziała mi raz, że chciała mnie ochrzcić inaczej, ale ojciec się sprzeciwił. Tak samo miała na imię jego pierwsza dziewczyna i kazał jej wymyślić jakiekolwiek inne. Zgadniesz jakie?
— Powiedz mi coś o nim.
— Dobrze. Jest pełne energii, pulsujące, czerwone. Jakby wiatr powiał, a krew szybciej krążyła.
— Hanna patrzyła na Drozda ze sceptycznym uśmieszkiem.
— Ewa?
— zapytała Drozd łagodnie.
— Skąd wiesz?
— Przecież mi je opisałaś. To był doskonały opis, bardzo trafny. Ewa oznacza przecież życie, oddech.
— Nie ja jedna żyję.
— Niektórym się tylko tak wydaje.
— To znaczy?
— Z punktu widzenia fizjologii oczywiście żyją. Z duchowego są, zresztą nieraz doskonale radzącymi sobie w społeczeństwie, trupami. Obejrzą sobie telewizję, pójdą do kościoła, spłodzą dzieci, upiją się, czasem zarobią duże pieniądze. Popatrz na ludzi tak, jakby nigdy cię niczego nie uczono. Wtedy zobaczysz. W kamieniach bywa więcej fantazji i miłości.
— Nienawidzisz ludzi?
— Kocham ich. Żeby kochać, muszę znać prawdę. Inaczej pozostaje mi litość. To też coś, ale czasem za mało.
— Jeszcze trochę, a zacznę się ciebie bać — Hanna podeszła do drzwi. Chciała stąd wyjść i chciała zostać, żeby słuchać tych dziwactw: była podzielona dokładnie na pół. — Czy ja dla ciebie też jestem trupem?
— Trup nawet by nie zaczął takiej rozmowy. Nie dzwoń do psychiatryka, to co mówiłam nie jest teorią według której mam prawo zabijać ludzi, którzy i tak nie żyją. Jeśli czegoś nienawidzę, to zabijania. W każdej formie.
— Nie musisz mnie pouczać. Zrozumiałam, że to była przenośnia, nie jestem tępa — zezłościła się i zamknęła za sobą drzwi.
Poszła z Olą do ogrodu. Czerwona konewka, śmiech dziecka, gładka zielona trawa przygięta wieczornym słońcem. Ślimaki, które zbierały do wiaderka i wnosiły do lasu. Ola układała je przedtem na murku w długiego żółto–czarnego węża. Zakwitł pierwszy tulipan. Przez pierwsze minuty wspominała jeszcze rozmowę: „Kocham ludzi”. Jezus Chrystus kochał ludzi, po nim już nikomu się to nie udało. A jeśli to jakaś sekta? Brednie o miłości, o duchowych trupach, zaraz się dowie co powinna zrobić, żeby dostąpić zbawienia. A tamta zrobi obiad, żeby niezręcznie było odmówić jej następnej rozmowy? To by tłumaczyło, skąd ma pieniądze, chociaż nic nie robi i tę dziwną uprzejmość. O nie, jeszcze jedna podejrzana sztuczka i pójdzie do księdza. Pośpieszyła się z tym wynajmem. To nie był sezon na zmianę stancji, bała się że nie będzie wielu chętnych. Po tamtych doświadczeniach szukała kogoś maksymalnie spokojnego: wydawało się pewne, że Drozd nie ma tu znajomych, których może zapraszać na wódkę. Ale te myśli rozpłynęły się w czerwieniejących chmurach, przesuwających się nad czerwonym tulipanem
i czerwoną konewką. Wsiąkły w ziemię bez śladu, jaki pozostawiła na niej woda, którą skrupulatnie podlały nawet rosnące przy płocie pokrzywy. Wzięły polary i zostały w ogrodzie do zmroku, chłodnego jak metalowa szpitalna nerka. Wracały trzymając się za ręce, z pęczkiem cieniutkich jak palec młodych marchewek.

Książka została wydana w wersji elektronicznej:
http://www.e-bookowo.pl/alternatywa/nadfiolet.html

Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego