Ewa Schilling - strona autorska

Idź do spisu treści

Menu główne

Narratorka

Fragmenty powieści

Ta kobieta czytała książkę. Czytała książkę, zasłonięta dymem z papierosów, obok tańczących, przy głośnej muzyce. Założyła nogę na nogę. Przewracała powoli kartki. Jej oczy śledziły tekst. Ariadna poderwała się z miejsca. Znudzona, śledziła wybuchy sobotnich emocji w pubie „Eksplozja” (nomen omen – pomyślała przepłacając za drinka). Oszalały pocałunek dwóch blondynek na środku parkietu skłonił ją do dokładnego obejrzenia lampy na suficie. Kilka spojrzeń skierowanych na nią samą sprawiło, że nagle przejęła się błotem na butach i wytarła je chusteczką higieniczną.
Potknęła się o dwa krzesła i jedne wytatuowane plecy. Spokojnie usiadła obok. Teraz. Ruda, naturalnie, ruda, jasne, bardzo jasne oczy, podkreślone perłowym kolorem bluzki, z zawiniętymi rękawami, skóra lekko piegowata. Najstarsza pewnie w tym lokalu. Rozluźniona. Jakby przyszła tu z książką, bo czytelnię jej zamknęli.
— Jeszcze nie skończyłam — odezwała się, unosząc na chwilę głowę znad granatowo–srebrnej okładki. „Druga Ziemia”.
— Też się nie mogłam oderwać — Ariadna uśmiechnęła się i spojrzała jej w oczy. Przez kilka sekund badały się spojrzeniem, z powagą, dokładnie.
— To jak się nazywa główna bohaterka? — trzepnęła książką o kolano. Zwykłe dżinsy.
— Trzy. Deszcz, Jutro i Nigdy.
— Jeszcze jej nie ma w księgarniach — powiedziała łagodniej i wsunęła między kartki bilet z warszawskiej komunikacji.
— Ale my mamy znajomości w wydawnictwach — dopowiedziała Ariadna. Dostała w zamian uśmiech. Rozmigotało się. Głos, uśmiech, i takie uczucie, jakie miała kiedyś w letni rozświetlony niskim słońcem wieczór, kiedy jechała na wakacje. Drogi, ścieżki w zbożu, odległe chmury, dziwaczne cienie zdawały się nie mieć końca. Mogła tak jechać, biorąc, co jej dawano, uwolniona nagle od siebie.
Z jakiegoś powodu chciałaby dotknąć najpierw kącików oczu. Przegubów. Tych miejsc, które ciągle pracują.
— Przyszłaś tu czytać? Nie za głośno?
— Wyłączam się — tym razem lekko nachyliła się w stronę Ariadny. — Nie byłam w takim miejscu bardzo, bardzo długo – i okazało się, że niezbyt mi się tu podoba. Porozmawiałam z jedną dziewczyną, ale poszła tańczyć i nie wróciła. Zajrzałam do książki i wciągnęła mnie.
— Jest takie opowiadanie Dicka o Ziemi po wojnie atomowej. Zasiedlonej przez nowe, zmutowane gatunki, które nawet nie oddychają tlenem. Ludzie muszą nosić maski.
— Nie znam. Podoba mi się to zaczynanie na nowo. Odrzucanie rzeczy, które już nie mają sensu.
— Albo nigdy nie miały.
— Właśnie. Trochę tak, jak robi to człowiek, który na przykład wyjdzie z raka.
Poleciały szklanki. Dłonie w srebrnych pierścieniach zbierały okruchy. Wyżej ktoś pijacko wyrażał ubolewanie i obiecywał kupić nowe drinki.
— Hej, hej, chodźcie, zatańczymy — nagle  miała przed sobą zakryty czerwoną koszulką biust.
— Nie masz ochoty wynieść się z tej planety? — krzyknęła, bo inaczej nie przebiłaby zamieszania.
— Mam. Pal licho te badania — natychmiastowy odzew; palce na jej przegubie, drżenie, lęk, lekkość, przyspieszony oddech.
— To na co czekamy? — Ariadna wstała pierwsza, ale to tamta prowadziła, wybierała przejścia w labiryncie fioletowych krzeseł, krótkich korytarzyków zapchanych wchodzącymi, wychodzącymi i stojącymi w kolejce do toalety.
Tłok przy szatni, na podłodze kałuże wody, perfumy, głośne rozmowy. Stały, patrząc na siebie co chwila, przyciśnięte udami i biodrami, pilnując, żeby ich nie rozdzielono, jakby działa się tu apokalipsa. Jakby to, że odebrały swoje rzeczy i wyszły w zimny, wietrzny kwietniowy wieczór było ucieczką na wolność.
— Taksówkę?
— Nie. To blisko — odrzuciła rude włosy z czoła. Nie puszczała jej ręki, a szła tak szybko, że Ariadna przyzwyczajona do próśb „nie pędź tak”, ledwie nadążała. Wiatr  uderzał w usta. Na Niepodległości noc przesuwała się jak hipnotyczny film; ludzie mieli twarze nienaturalnie podniecone albo roztrzaskane, wpadnięte. Kiedyś ci drudzy mogli być pierwszymi. Liście na drzewach wydawały tu obce jak emigranci. Dotknęła kory. Zostały czarne smugi.
Z Niepodległości w Madalińskiego, w bramę, dalej szklane drzwi, hotel SGH.
Recepcjonista gapił się na „Szkołę uwodzenia”. Biegły po schodach. Drzwi szczęknęły, potem wszystko ucichło. Ariadna na oślep zdjęła plecak i kurtkę, odrzuciła jak coś, czego już nie będzie używać. Która pierwsza? Patrzyły na siebie, rezygnując z zadawania jakichkolwiek pytań. Prawie równocześnie. Może Ariadna pocałowała ją w kącik lewego oka ułamek sekundy szybciej niż poczuła pieszczotliwy dotyk na karku. Z jednego ruchu z drażniącą, piękną i zabawną logiką wynikały następne. Kark? Następny powinien być brzuch, pocałowany, polizany, zagarnięty, później piersi. Ariadna przeczesała jej włosy, uniosła lekko głowę i po prostu pocałowała. Ta lekka niepewność, przechodząca
w chciwość, obcy smak śliny, nagle oczywisty, przepełniający usta. Języki, westchnienia. Krok naprzód, krok w tył. Trochę się o siebie obijały. Ariadna nacisnęła łokciem klamkę: szczęk był donośny jak w horrorze. Przez  moment nawet spojrzała na drzwi drugiego pokoju w segmencie, ale nikt nie wyjrzał z ciemności.
Podniosła klucze z podłogi.
— Otwórz — szept wsunął się do ucha jak czubek języka. „Otwórz”: wezwanie, napełnione pragnieniem jak płuca powietrzem.
Wrzuciły szybko rzeczy do środka, ocierając się o siebie, rzucając pocałunek w pierwsze lepsze miejsce, w nos, w kciuk.
Jeszcze chwila niby wahania, skradania się, zanim Ariadna rozpięła jej dżinsy, a sama została nagle obdarta z koszulki. Uniosła ręce nad głowę, poddając się, zaplątana w długie rękawy i ciemność.
Sutki też się poddały, trącane, kręcone i gryzione. W krótkiej przerwie Ariadna sięgnęła do guzików jej bluzki i wtedy na mgnienie oka wychwyciła, bardziej w minimalnym zesztywnieniu mięśni niż w oczach - przestrach.
— Mogę sama? — Odwracała się już, plecy gładkie, opanowane pod śliskim materiałem.
— Jasne.
Zdejmowała tę bluzkę bardzo długo, ale obróciła się szybko, jak najszybciej, żeby mieć to za sobą.
Dwie blizny.
— Chcesz mi powiedzieć że jesteś facetem? — zapytała Ariadna pośpiesznie, zła, że to za mało żartobliwe, ale nic innego nie przyszło jej do głowy. Milczenie byłoby gorsze.
Nagle ruda odeszła dwa kroki, po to żeby zapalić nocną lampkę, jakby Ariadna musiała się przyjrzeć dokładnie, jak najdokładniej. Ładne te blizny oczywiście nie były. Tylko że ona nie należała do niezwykle wrażliwych estetek. Większą niechęć czuła do silikonu.
— Nie, miałam mastektomię — odparła teraz spokojnie. Spojrzenie miała zaczepne i wyczekujące, ale Ariadna czuła, że tamta wewnątrz się spięła.
— Nigdy nie lubiłam balonów a’la Pamela Anderson — wyznała szczerze. Wzruszyła ramionami. Już nie tyle ze zdziwieniem, ile
z ciekawością objęła ją za ramiona i zaczęła całować pooperacyjne ślady. Zsuwać dżinsy z pośladków. Dobiegło ją: „jesteś cudowna”, zaśmiała się i pchnęła ją na łóżko. Padły na grubą kołdrę, bez powłoczki, i śliski dotyk na plecach sprawił Ariadnie prawie erotyczną przyjemność. Erotyczna energia zmieniała każdą rzecz w wibrującą niespodziankę. Zrzuciła z szafki długopis, który od razu stał się fantastycznym artefaktem; przesuwała go powoli po piegowatej skórze, zakreślając kontur, czarodziejskim gestem unieruchamiając ciało rudej na kołdrze.
Każdy szybki oddech odzywał się w niej niecierpliwym echem; gdyby jęki były materialne, łapałaby je i przegryzała. Perłowe paznokcie dłoni zaciśniętej kurczowo na brzegu łóżka. Ariadna wpatrzyła się w nie, czując, jak ona zaciska się na jej palcach.
Zmiana ról była płynna. Wciągnęła się w inny rytm, odsłaniając się tak powoli, jak to było możliwe. Udawała, że nie chce rozchylić nóg, obracała się na bok, a potem nagle kładła na wznak z rozchylonymi udami. Obie miały na ustach ten sam uśmiech: podobało im się takie droczenie.
Sam nie wiedziała, że od tak dawna czekała na ten, nie inny, ruch ręki, na ten pierwszy, ostrożny ruch, od którego zaczęło się znikanie obrazu i dźwięku. Po którym była tak samo zanurzona w siebie, jak złączona z nią. Mogła kierować sobą tak samo, jak ktoś spływający beczką
w wodospadzie. Z tym, że ona była też wodospadem.
Orgazm podchodził coraz bliżej, aż w końcu ją pożarł.
Zaśmiała się z twarzą w rudych włosach.
Potem zamieniały się jeszcze kilka razy. Ariadnie wydawało się już, że nie ma siły, ale usłyszała szept „zerżniesz mnie od tyłu?” i zmęczenie znikło.
Ariadna miała wrażenie, że to raczej tamta sama się zerżnęła z małą pomocą jej ręki, tak gwałtownie, z taką pasją się poruszała. Jakby chciała tym coś z siebie wygonić.
Położyły się blisko siebie, Ariadna podała rudej poduszkę która znalazła się pod jej nogami. I wpół oddechu, wpół niewyraźnej myśli, zasnęła.

Weronika obudziła się ze zdrętwiałą ręką. Poruszyła nią, otworzyła oczy. Mrowiąca skóra, słońce na ścianie, odgłos nieustępliwego wiatru, ciemny włos na poduszce: dzień. Przewróciła się na plecy – bez oporu. W łóżku była sama. Rozczarowanie. Nie nastawiała się na romantyczny poranek, ale wydawało jej się, że nie zniknie tak bez słowa. Spieszyła się na pociąg? Usiadła. Za oknem zimne niebo jak kryształ.
Wyszła z łazienki, po prostu. Zresztą w tej samej chwili zobaczyła jej plecak i buty. Niebieska koszulka, niedosuszone włosy. Sięgnęła po swoje dżinsy, ale spojrzała na Weronikę i zamiast tego usiadła na łóżku.
— Nie znoszę tej chlorowanej wody — powiedziała Wyciągnęła rękę, trochę niepewnie. Weronika z ulgą pocałowała ją w policzek.
— Która godzina? Jeśli chcemy tu zjeść śniadanie, musimy zdążyć przed dziesiątą.
— Dwie po dziewiątej — wyjęła zegarek z kieszeni.
— Weronika.
Zjedzenie śniadania z anonimową kobietą zdecydowanie nie byłoby tak fascynujące, jak seks z nią.
— Ariadna.
Weronika nie widziała jej twarzy. Odwróciła się w drzwiach łazienki.
— Naprawdę?
— Tak.
— Potrafisz wyprowadzać z labiryntów?
— Nie wiem. Jeszcze nie próbowałam — wydawała się zawstydzona jak ktoś, kto boi się wypróbować swój talent.
Na śniadanie obie wybrały jajecznicę i pośpiesznie nalały kawy do kubków. Ariadna siedziała w słońcu i jej oczy niespodziewanie stały się intensywnie niebieskie, niemal tak jak gruby golf, który założyła. A cały wieczór Weronika myślała, że są szare.
— Jak zdobyłaś „Drugą Ziemię”? — zapytała, kiedy przełknęły ostatnie kęsy. To było świetne, neutralne pytanie. Położyła prawą dłoń na swoim kolanie, dla kontroli. Patrzyła na obgryzioną skórkę na kciuku Ariadny i walczyła z odruchem czułości.
— Mój ojciec znał dużo ludzi w tym wydawnictwie. Ja też z tego korzystam.
Weronika zauważyła czas przeszły i wcisnęła dłoń pod udo.
— A ty?
— Od autorki. Mieszkam w Olsztynie. Któregoś dnia zaszłam do sklepu z kawą, ona tam pracuje. Poznałam ją ze zdjęcia w internecie. Czytałam jej opowiadania. Zapytałam, czy w jednym z nich poeta przenoszący się w czasie był wzorowany na Tadeuszu Micińskim, bo nie byłam pewna. Nikogo nie było. porozmawiałyśmy z kwadrans. Potem przyszła do mojej restauracji. I przyniosła tę książkę.
— To był Miciński?
— Tak. A ty skąd jesteś?
— Z Olsztyna. Tyle, że długo mieszkałam w Warszawie. Teraz wracam.
— Chcesz czy musisz?
— Chcę. Kiedy czegoś naprawdę chcesz, musisz to zrobić, czy nie?
— Czasem możesz się powstrzymać. Ze strachu.
— Też prawda.
Weronika położyła rękę na stole. A wtedy Ariadna musnęła ją szybkim, niby niedbałym ruchem.
— Zajdziesz do mojej restauracji?
— Która to?
—„Nad Wodą”. Koło mostu Jana. Długo myślałam nad nazwą, aż stwierdziłam, że ma być po prostu zgodna z prawdą.
— Zajdę.
— Mam samochód. Podwieźć cię do Olsztyna?
— Nie, dzięki. Mam tu jeszcze coś do zrobienia. Kiedy zobaczyłam ten bilet, myślałam że mieszkasz w stolicy.
— Męczy mnie jazda samochodem po tym miasteczku.
— Ale do centrum mnie podrzucisz?
Ariadna wysiadła przy Chałubińskiego. W zimnym powietrzu rozbłyskiwała szarość betonu, szkło, metal.
Weronika założyła ciemne okulary. Przebijając się z odrazą w stronę wyjazdu na Łomianki, czerpała niejaką satysfakcję z odrealnienia ulic
i budynków; wydawały się mniej groźne, trochę jak z filmu animowanego albo gry komputerowej. Wyobraziła sobie Ariadnę, oddzieloną od niej tonami betonu, zasłanianą niezliczonymi ludźmi. Przywoływała do siebie jej uśmiech.

Ariadna snuła się po empiku. Przejrzała książki, ziewała, patrzyła na zegarek. Wracając piechotą na Niepodległości, zaszła na obiad do tureckiej knajpki. W mieszkaniu od razu skleiły jej się oczy. Rzuciła się na tapczan. Po trzeciej pokój wypełnił się chłodnym światłem. Ciągle było zbyt wcześnie, żeby pójść na dworzec. Robiła to co zwykle tutaj: myślała o ojcu. Kartkowała kalendarze „teno”, z mieszaniną ciekawości, irytacji i zniecierpliwienia. Niewiele w nich było, notatki do książek były naprawdę godne inżyniera. Tabelki z czasami przejść między poszczególnymi ulicami („Witolda – Zamenhoffa, szybko: 45 minut”), opis „Trupka”, notatka, że w czasie wojny NSDAP mieściło się przy Hinderburgstrasse (1Maja). Nie groziło jej pogrążanie się w bagienku pamiętników; nie było ich. Nie było grubych zeszytów, przykrych ani wzruszających zaskoczeń. To, co pozostawił było w jego stylu: niczego o nim nie mówiło. Przynajmniej niczego, czego by nie wiedziała.
Już prędzej mogło ją zastanowić jakieś zdanie w książce, niby znane. Ale wcale nie chciała ich analizować. Dobrym uczuciem, jakie przyszło po jego śmierci, był brak osaczenia.
A jednak nie wyniosła papierów i rupieci z jego mieszkania. Wracała do niego. Bogdan po śmierci ojca zachowywał się tak, jakby to mieszkanie też umarło. Nie upominał się o jego zwolnienie, o klucze, o nic. Może było mu po prostu kompletnie niepotrzebne. Wysłał maila
z kondolencjami i załącznikiem w postaci swojego zdjęcia na plaży w Perth.
Przeniosła się już do Olsztyna, ale wróciła tu jeszcze raz, żeby przenocować przed wyjazdem do Lublany. Na dodatek powiedziała matce, że nie ma pośpiechu, czynsz jest niski, za dwie noce w hotelu zapłaciłaby więcej. Przecież będzie czasem do Warszawy wpadać.
Urządziła wyścigi samochodzików, jechały niesamowicie gładko po parkiecie. Lotus europa. Nie to, co dawniejsze potykanie się
o niezidentyfikowane grudki na dywanie. Ale wtedy bawiła się własnymi autkami. Ojciec swoje trzymał w szafie za szkłem; niektóre w plastikowych pudełkach, tak jak je kupił. Obok czekoladowych Mikołajów i zajęcy z Niemiec.
Czy ta Słowenia ma sens? Lotus europa symbolizujący Lublanę okręcił się wokół własnej osi. Bezradnie. Miał tam pojechać sam. Rok temu jeszcze czuł się nieźle. Potem organizatorzy zastanawiali się nad nagraniem, które puściliby na telebimie. A w końcu po jego śmierci ktoś wpadł na pomysł, żeby to ona pojechała, przeczytała „fragment prozy” i odpowiadała na pytania. Córka pisarza. Tak mniej więcej zrównana
z „psem pisarza”. Bez imienia. Pani w zielonym kapeluszu, dziewczynka z balonikiem. Postacie drugiego planu. Didaskalia. Przypisy. Marginesy. Mały elemencik wyposażenia, jak w każdej porządnej biografii.
Najpierw pisarz wątpi, czy dziecko jest jego. Nie, żeby miał powody, ale dusza jego jest skomplikowana. Potem upija się z okazji porodu.
Z latami zauważa, że dziecko nie jest takie jakiego by chciał, (chociaż od czasu do czasu twierdzi, że dzieci nie chciał nigdy). Jego bohaterowie opowiadają o tym kobietom, z którymi śpią.
Dziewczynka najpierw płacze i przeszkadza. Potem jest świadkiem. Potem wkurwia się, że nie rozumie i od czasu do czasu przychodzi jej do głowy, że nie musi rozumieć.
To ją chyba kusi. Zawsze mówiła mu, żeby o niej nie gadał. Zawsze udawała, że jest kimś innym. Zawsze wisiał nad nią lęk, że któregoś dnia się nie wywinie. Zwłaszcza, że on już umarł. Gdzieś ją dopadną.
Albo jednak ten jeden raz chce go zastąpić. Przyznać się do niego. Prezent pośmiertny.
Rzuciła samochodziki w kąt pokoju. Kolejny raz naszła ją pokusa posprzątania tego mieszkania tak, żeby nawet parkiet znikł razem ze śladami ich stóp.
Obejrzała bilety, spakowała ostatnie drobiazgi z łazienki.
— Po co się pani pcha na tę Słowację? — wrzasnął ktoś z kolejki, która uformowała się za nią, w czasie kiedy dokonywała ekstremalnego logistycznego wyczynu. Kupienie biletów z Warszawy przez Wiedeń do Lublany wymagało konsultacji telefonicznych, przeglądania grubych ksiąg i wypytywania koleżanki. Gdyby nie wydruk ze strony kolei austriackich, który cierpliwie podsuwała kasjerce, operacja mogłaby się nie udać. Kolejka i tak patrzyła na nią jak grupka głodnych wampirów na dziewicę.
Niskie słońce walczące z kamienicami o przestrzeń do życia kłuło ją w oczy. Nie wypytywał jej w każdym razie o swoje książki. Było mu to obojętne, czy wolał nie słyszeć pytań, skąd wziął pomysły? Kogo opisał?
Powiedziała mu tylko kiedyś, że są niespójne. Jakby cały czas nie wiedział, w którą stronę skręcić. Co ma być na pierwszym planie. I co naprawdę myśli mężczyzna, o którym pisze. Bo wbrew pozorom był tylko jeden.
O: A bo życie jest niespójne.
A: Ale to jest literatura.
O: No to ja nie umiem pisać. Ale zarobiłem na tym tyle, że mógłbym z knajpy nie wychodzić!

Pociąg stał na peronie. Uwięziona w wagonie z miejscami do leżenia, odpychała od siebie myśl, że będzie stał tak długo, póki ona nie osiągnie oświecenia. A potem ruszył i było pewne, że nigdy się nie zatrzyma w obłąkańczym pędzie. Spróbowała skupić się na rozmowach sąsiadek. Leżała z zamkniętymi oczami, od czasu do czasu tylko sprawdzając, do kogo jaki głos należy. Od siwiejącej i szczupłej dowiedziała się, jak zamykać sfatygowane drzwi przedziału, żeby utrudnić robotę złodziejom i że w Austrii zawsze wsiadają policjanci po cywilnemu. Od tęgiej, gadatliwej, w fioletowej bluzce – że ma zięcia Austriaka, bogatego, skąpego drania i dlatego jedzie do Wiednia tylko na tydzień, bo dłużej by nie wytrzymała. Jedzie, bo musi zobaczyć wnuki. Trzecia, której nie widziała, bo leżała nad nią, wspominała dawne handlowanie na Węgrzech. Córka mieszka w Wiedniu od 17 lat, okulistka, samotna, lubi operę. — A w której dzielnicy? — spytała siwiejąca i szczupła.
Ariadna nigdy się nie dowiedziała.
Ocknęła się i od razu głowę wypełnił jej stukot kół. Ciemna, mglista przestrzeń środkowoeuropejska wciskała się przez okna. Wydało jej się absurdalne, że tak jedzie przez pustkę jak przez nienapisaną powieść. Zresztą powoli zaczęła coś dostrzegać, czy może wyczuwać. Poruszała się w nieokreślonej nocy pomiędzy Kafką i Hrabalem, pędząc nieznaną trajektorią w Musila i Bernhardta, a gdzieś z boku sterczał jak słup milowy Marai.
Z całą pewnością zostały już za nią tragiczne polskie miasteczka, śniące co noc swoją historię i zapominające połowę z niej o świcie.
Trochę jej było ciasno. Nie przeczytała wszystkich klasycznych środkowoeuropejskich dzieł, choć przecież koniecznie powinna wejść w te umysły, prześledzić i przeanalizować, podotykać i powąchać i zadumać się. W końcu czytała, czytała, czytała od kiedy pamięta, a zanim nauczyła się czytać, udawała że to robi. I  w końcu, do cholery, rozumiała to, co przeczytała.
I dlatego coraz częściej sobie odpuszczała. Nie lubiła tego uczucia, że ktoś ją wsadził głową do szafy pełnej męskich ubrań: szare marynarki
i spodnie, twarde półbuty. Ani tego wyrzucić, ani włożyć.
Przecisnęła się korytarzem do toalety. Facet w białej koszulce, z papierosem, stał z nogami rozstawionymi szeroko jak marynarz na pokładzie i rozmawiał przez komórkę w języku, którego nie potrafiła zidentyfikować. Czarne włosy, brązowe wilgotne oczy sentymentalnego macho – może Gruzja, Armenia, inna była republika?
Spojrzał na nią jakoś tak – w dodatku musiała przechodząc otrzeć się o niego – że postawiła by sto euro (więcej nie miała), na to że myślał
o seksie.
Ona też myślała o seksie. Chłód i mętna ciemność pociągu, (literatury środkowoeuropejskiej?), sprawiły, że leżąc na wznak na tym czymś wąskim i twardym, co jej wydzierżawiła PKP, żałowała, że nie ma z nią Weroniki. Mogłyby szeptać do siebie w ciemnościach przepełnionych oddechami emigracyjnych matek. Mogłyby się przytulić i opowiadać dowcipy. A gdyby były same... Wyobrażała sobie znów ten moment kiedy Weronika udając, że nie jest napięta i niespokojna, zdejmowała bluzkę. Naga z tymi bliznami -przypominała Tildę Swinton/archanioła Gabriela. Z filmu „Constantine”. Szczupła twarz, nadgarstki poowijane czymś białym, białe skrawki materiału zwisające tu i tam; coś jakby wstała ze szpitalnego łóżka. Pokaleczona, triumfująca, groźna, pociągająca.
Ale nie musiała rzucać na Weronikę cudzego blasku. Miała swój. I to jej oczy były coraz bliżej i bliżej. W nocy myślała, że są szare. W świetle objawiła się zieleń. Zielone, co najmniej szarozielone.
Podłoga lepiła się do butów. W sąsiednim wagonie blondyn z obsługi też palił, też gadał przez komórkę; spontaniczna symetria. Wsunęła się do zalanej wodą kabiny. W sedesie pływały niedopałki. Przez uchylone, matowe okno wpadało lodowate powietrze. To w ogóle nie były warunki. Oparła się o ścianę i rozpięła dżinsy. Nie zaśnie, jeśli nie skończy. Orgazm przyszedł łatwo i szybko, nie minęła chyba minuta. Wszystko wokoło pachniało tak, jak jej dłonie. Lubiła tę słonawą woń, ale umyła ręce. Miała wrażenie, że facet z komórką też ją wyczuje.
Może ta scena byłaby dobra do powieści, której bohaterem byłby młody pisarz – zaraz po onanizmie w kiblu powinien napisać na swoim laptopie kawałek soczystej męskiej prozy albo jeszcze lepiej – postmodernistyczną słowną układankę o niemożliwym pożądaniu.
Drzemała i budziła się jeszcze kilka razy. Do toalety poszła znów nad ranem, pociąg przybrał ludzki wymiar, pachniała kawa, (znała tę lurę
i postanowiła kupić coś na Sudbahnhof) i po niczym nie było śladu.
Poczekalnia była pusta. Dwóch czarnowłosych śniadych mężczyzn w niebieskich kombinezonach zamiatało podłogę płosząc samotnego gołębia. Młodszy, przystojny, marzenie gejów, poruszał się z miotłą, jakby brał udział w musicalu „Sprzątacze”. W uszach miał słuchawki.
Piła latte macchiato. Kupując ją, wysłuchała sławnego wiedeńskiego „prosię” i obserwowała ludzi z kolejki, którzy kupowali tam kawę i słodkie bułki dzień w dzień tydzień po tygodniu, w drodze do pracy. Dla których zaczynał się dzień banalny do bólu, chyba że ktoś ich zamorduje, potrąci samochodem, oznajmi, że już nie kocha a zresztą nigdy nie kochał/a. Którzy jej nie zapamiętają.
W okolicach Wiener Neustadt na scenę wkroczyły góry, błyszczące na tle zachmurzonego nieba, góry których nigdy przedtem nie widziała. ogarnęła ją spontaniczna radość z tego „nigdy przedtem”. Mogły być obietnicą innych gór, podróży, myśli. Alpy rozrastały się na jej oczach, ogromniały, otaczały pociąg; skały i śnieg. Nie wydawały jej się teraz przereklamowane, nie pamiętała żadnych opisów, patrzyła: skały, śnieg, uparte drzewka, chłodne niebo. Oczywiście były też niezwykle zadbane domki, otoczone czystą zielenią i schludnymi forsycjami, ona jednak należała do ludzi, którzy widząc taki idealny ogródek, zastanawiają się, kto kogo tam zakopał.
Murzzuschlag, Bruck an der Mur... śmieszne uczucie, że jest tu i nie jest; dwie minuty postoju, ziewnięcie, blondynka w czerwonej wiatrówce pyta czy miejsce obok niej jest wolne. „Ja, bitte”, za Austriaczkę jej raczej nie wzięła, ale pewnie się nawet nie zastanawia, skąd ona jest, grunt, że może wygodnie usiąść.
Pociąg ruszył, blondynka pyta jeszcze która godzina. To także Ariadna potrafi jej powiedzieć i przez chwilę czuje się tak, jak gdyby naprawdę wybrała się z Wiednia na mały wypad do Ljubljany. (Już nie Lublany, odkąd zobaczyła nazwę „Ljubjana” wypisaną na broszurce z rozkładem).
Za granicą zaczęło padać, słoweński konduktor w ciemnozielonym mundurze przyszedł razem z szerokimi strugami zalewającymi szyby.
Coraz węższy korytarz między górami, zakręty, deszcz, rzeka, Zidani Most, gdzie rozlało się najbardziej; płaty szarych chmur zsuwały się coraz niżej, zagrzmiało.
I w tym deszczu przestała myśleć o ojcu, rozpłynęły się w nim niemieckie słowa (Mach die Ture zu, Tochterschen), nad jej umysłem zapanowała inna logika; z każdą kroplą czuła się bliżej Weroniki. Jak gdyby jechała w jej strony, jakby Ljubljana była miastem, które coś dla niej znaczyło. Jakby miała tam znaleźć ślady Weroniki: budynki, w których mieszkała, ludzi którzy ją pamiętali, w którym cierpiała i śmiała się.
Z dworca odebrali ją Olga i Andrej, mówili świetnie po polsku. Taksówką pojechali do hotelu, ale lało tak, że zanim do niej wsiadła, wchłonęła dużą porcję ljubljanskiego deszczu i od razu miasto wydało jej się mniej obce. Padła na łóżko, zmęczona, ale nie dość spokojna żeby spać. Tak jej się przynajmniej wydawało.
Znów nadpłynęła nad nią Tilda/archanioł, opadła z góry, przygwoździła, wyjęła sztylet i rysowała spirale, do krwi, ale to nie bolało. Sztylet był ciepły i zimny na przemian, potem jeden jedyny pocałunek i sztylet zniknął, a jej też wyrosły skrzydła i unosiła się nad sobą leżącą
i zakrwawioną. To był już tylko fantom, który zaczął się rozwiewać.
Głowa ją bolała po tym zbyt krótkim śnie. Prysznic. Wczuwanie się w rzeczywistość poprzez kontemplację żonkili na balkonie sąsiedniego budynku.
Umówiła się z Olgą i Andrejem przed hotelem, po drodze wysłała sms do matki, że dojechała. Czy to lekka przesada czy nie? Dzieli je ponad tysiąc km, w sumie na jej miejscu też by tego chciała.
Chciała zjeść coś słoweńskiego; dowiedziała się że królują tu pizza i albański burek. Poprowadzili ją jednak do restauracji, w której jeszcze podawali miejscowe jedzenie. Raźno przecinali kałuże, prowadząc swoje rowery – Ljubljana okazała się miastem rowerów i samochodów. Autobus zobaczyła dopiero ostatniego dnia.
Ciemne drewno i szum deszczu. Już jej się nie wydawało, że Olga z Andrejem mówią tak idealnie po polsku. Znów się poczuła zagubiona, jakby wysiadła w nieprzewidzianym miejscu albo nie znalazła tej, której szukała. Poczuła się nagle cholernie odcięta, pozbawiona możliwości wymienienia z nią paru słów. Weronika. „Nawet nie wie, że ja tu teraz jestem. No i co by to zmieniło, gdyby wiedziała? Wysłałaby do mnie gołębia pocztowego?” Upiła łyk wina. „Koniecznie z wyznaniem miłości”.
Jadła, kolekcjonując nazwy potraw – bardzo prostych,
— To jedzenie chłopów  — powiedział Andrej, któremu koński ogon spadał na plecy. Kislo żelje, ajdova kasa, żganci, strukli, polenta. Polenta, no tak, Włosi o krok. Kiszona rzepa była świetna. Kasza gryczana ze skwarkami też. Normalnie unikała mięsa, ale była zbyt głodna.
Następnego dnia było to spotkanie. Ktoś wymyślił, żeby najpierw czytała tekst po polsku, w ostatniej chwili wyprosiła, żeby tylko fragment, po dziesięciu minutach miałaby przed sobą śpiącą salę. Potem tłumaczenie, którego słuchała wychwytując podobnie brzmiące słowa. Słoweński jest najmniej podobny do polskiego ze wszystkich języków słowiańskich. Najdalszy z najbliższych. Ojciec?
Wybrała mało znane opowiadanie, w którym facet dochodzi do wniosku, że spotkana na poczcie dziewczyna jest jego córką, która naprawdę zmarła tuż po urodzeniu. Ale co jest prawdą? Okazuje się, że idąc za nią, wchodząc w jej życie, wchodzi jednocześnie w świat w którym rzeczywiście ma córkę, za to nie ma żony, rodzeństwa i nie pracuje na budowie, tylko jest posłem na Sejm. Na końcu zaczyna tego żałować
i chce wrócić. Ale prawdopodobnie zmiana była możliwa tylko raz.
Publiczność jeśli czymś była zainteresowana, to tylko realiami rynku wydawniczego w Polsce. Większego od słoweńskiego blisko dwadzieścia razy co kilka razy podkreślano.
W czasie kolacji tłumacz rozgadał się o Kapuścińskim. Był jedyną osobą, z którą mogła się porozumieć, reszta towarzystwa wdała się w dość mocno podlewane winem dyskusje, których nikt nawet nie próbował tłumaczyć.
— Czytałem biografię — Goran przełknął małża. — Myślę, że jest uczciwa.
Ariadna kiwnęła głową.
— Ale na pewno są rzeczy ukryte. Może znają je tylko żona czy córka. Mam takie pytanie: pani nie myślała o tym, żeby napisać o ojcu?
— Nie.
— Mogę spytać dlaczego? Bo to za świeże?
— Bo kiedy córka pisze o ojcu to wychodzi z tego albo panegiryk albo paszkwil.
Znany pisarz – co za pożytek dla wszystkich, dowiedzieć się ile pił, ile miał we krwi cukru, a ile nienawiści, czy brał kobiety od tyłu i co najgorszego powiedział córce. Zostać tylko z tym co napisał: tragedia. Papiery? A może kazał coś spalić, wyrzucić, uznał, że nie nadaje się do druku? Kto mu pozwolił podejmować takie decyzje?
Opowiadać o nim, nie wiedząc nawet czego się nie wie. Opowiadać zostając w cieniu. Odsłonić więcej może siebie, niż jego. Zabrać mu tych kilka małych tajemnic. Niczego tak naprawdę nie wyjaśnić. Zabrać kasę. Wyjechać na małą adriatycką wyspę i starać się zapomnieć.
— Czasami żałuję — odezwała się, patrząc, jak obok gestykulują i przekrzykują się i zamawiają następne butelki białego wina — że książki nie są wydawane anonimowo. Bez żadnych informacji o wieku, miejscu zamieszkania, płci.
— Niektóre rzeczy można zgadnąć.
— Ale nie wszystko, nie zawsze.
— Ktoś z wydawnictwa zdradziłby tajemnicę. Musieliby mieć jakieś dane żeby wysyłać honorarium.
— Konto na hasło.
— A jak udowodnić plagiat?
— To wtedy niechby się ktoś ewentualnie wychylił. Ale plagiatów aż tylu nie ma.
— Podoba mi się ten pomysł  — nachylił się do niej przez stół — wypijmy za niego.
Wypili, rozmawiali o literaturze, o tym, że w niespełna 2 milionowej Słowenii typowe nakłady są całkiem podobne jak w Polsce – poezji pięćset, prozy tysiąc egzemplarzy. Goran wymienił jej kilka nazwisk, polecał zachęcał, ale ona miała już dość. Przestała już rozumieć jakikolwiek język oprócz samotności.

Trzeci raz Tilda/archanioł/Weronika pojawiła się na wieży czternastowiecznego zamku. Alpy lśniły jak szklane, w dole mieniła się różnobarwna mieszanina domów, drzew, ulic, mostów nad rzeką Ljubljanicą. Pojawiła się razem z dojmującym smutkiem: a jeśli naprawdę przestała rozumieć inne języki oprócz samotności? Od kilku lat była sama i nawet nie szukała z prawdziwą nadzieją. Kilka znajomości skończyło się, zanim się zaczęło – przy pierwszym spotkaniu czuła od razu barierę, której nie miała ochoty przekraczać. Edyta była tylko odskocznią od Olgierda, od uczucia, że przesyca ją jak dym tytoniowy męska opowieść o męskim życiu pełnym wojny, twórczości i konfliktów z synem. Witała wtedy z ulgą jej kolekcję słoników, pościel w różowe słoneczka, w której odbywał się rytuał malowania paznokci u rak i nóg, coraz to nowe fryzury i nawet seriale, które oglądały razem po seksie.
Lilka... to zraniło ją już tak dawno, że wszystkie komórki zdążyły jej się wymienić.
O Weronice nie wie nic, poza tym, że pewnie chciała po uporaniu się z rakiem poczuć, że żyje poprzez seks. Pójdzie do tej restauracji i? Opowie jej o ajdovej kaszy? Pójdzie do tej restauracji i..? Zaraz wyjdą komplikacje w postaci byłej kobiety, do której być może ona wróci, bo się nie może od tego uczucia uwolnić. Byłego męża, do którego być może wróci, bo to są rzeczy, których nikt nie zrozumie. Matki, której nigdy w życiu nie powie, że żyje z kobietą, bo mamusia dostałaby zawału.
Pójdzie do tej restauracji i? Opowie jej o Tildzie Swinton w roli archanioła Gabriela, będzie romantycznie przez dwa miesiące, a potem Weronika powie, że nie chce z nikim być, bo boi się nawrotu.
Mogłyby tu mieszkać, w szacownej ljubljańskiej kamienicy, chodzić na wieczorami na tę wieżę, patrzeć w milczeniu na morze nieba,
w mieszkaniu byłyby portrety z czasów cesarstwa, stare piece. A rano na targ, początek kwietnia i już piętrzą się różne gatunki sałat, zatrzęsienie rzodkiewek, obok w hali miód, orzechy, ciasta i może uwierzyłyby, że tak było zawsze. Jaki ojciec? Jaki rak?
W wiosennym słońcu błyszczą smoki, symbole miasta, smoki, które wyłoniły się z miejscowych błot i wzleciały ponad Alpy. I tak cudnie obsrany przez gołębie poeta Franko Preseren ze swoją muzą. Il poeta F. Preseren a la sua musa nei chiaro di luna. To z włoskiego mini – przewodnika po Ljubljanie który leżał w hotelu.

Nieznani poeci, nieznani architekci i muzycy, śpiewaczki i pisarki – gdzie można się lepiej schować niż między nimi?

Kawa była dobra. Ostre słońce i wiatr na tarasie sprawił, że zrezygnowały z widoków i zeszły do hotelowej jadalni, już pustej. Meta nagrywała wywiad, Goran tłumaczył. W którymś momencie padły słowa „sens pisania”, cóż miała o tym myśleć. Na świecie są wciąż miliony (miliardy?), analfabetów, część umiejących czytać nie ma w ręce książki, niektórzy czytają tylko podręczniki albo harlequiny. Nawet najbardziej słynne książki świata mniej ludzi zna niż nie zna. Nie wszystkim się podobają. Można czasem na tym zarobić, ale to nic pewnego. Na ogół pisze ten, kto musi pisać. Jak się żyje, to się pisze.
Meta, poetka pracująca w gazecie, potakiwała. Miała spokojne oczy, obserwujące bez pośpiechu.
Potem widziała ją na mieście niedaleko sławetnego pomnika jadącą na rowerze, w bagażniku zieleniła się sałata. Ilu ludzi czyta to co ona napisze? Tłumaczą ją?
Może mogłaby tak żyć. Pisać wiersze, jeździć na rowerze na targ, wmieszać się w tłum, pić kawę, jeść lody melonowe i pisać, pisać, pisać.
To ona by pisała, nie ojciec.

Ostatniego dnia musiała pojechać pod Ljubljanę, w stronę Alp. Ivo kierował samochodem jak krnąbrnym koniem. Od szarpaniny ją zemdliło. Drogą jechała chyba roczna europejska produkcja samochodów; miasto było gardłem rzygającego metalowymi pojazdami smoka.
Zajechali na dziedziniec pełen woni końskiego łajna, która zresztą jej nie przeszkadzała. Dworek czy klasztor, nie zdążyła się rozejrzeć.
W lodowatej sali, przy stole ze szklankami zimnej wody siedziała wzorcowo unijno-europejska dama w średnim wieku, w stosownym kostiumie, ze stosownie drogim zegarkiem itp. Oraz Goran. Dama, której nazwisko błysnęło w mózgu Ariadny i zgasło, wyłuszczyła jej w czym rzecz: otóż istnieje niezwykle ważny projekt wydania dziesięciu najlepszych książek z literatury słowiańskiej. Takie kraje jak Macedonia już zareagowały, a Polska się ociąga z przestawieniem kandydatur. W związku z czym Ariadna jest proszona o podanie nazwiska odpowiedniego autorytetu literackiego  w Polsce, do którego można by zaapelować, żeby się tą sprawą zajął.
Ariadna zaciągnęła się aromatem czystego alpejskiego absurdu. Nie kazała Goranowi tłumaczyć pytań typu: jakie mają być kryteria, jak porównywać książki krajów tak małych, jak Słowenia i Macedonia z Polską i Rosją, i czy zamiast tego nie lepiej byłoby sfinansować druk paru książek, które nie będą dochodowe i słowiańskie, ale dobre.
Napiła się lodowatej wody i podała nazwisko pewnej krytyczki, mając nadzieję, że ta kobieta wie, co oznacza taka prośba wzorcowej
unijno-europejskiej damy.
Całe popołudnie chwytała ostatnie chwile: resztki rzymskich ruin Emony, lody melonowe (uśmiech nakładającej je dziewczyny) i ogród botaniczny, w którym pojawiały się dopiero pierwsze liście. Olga z Andrejem mówili, że tu rosną dzikie fioletowe tulipany.
A potem wszystko się cofało: najpierw żółty dworzec, potem Zidani Most, Maribor, granica, Bruck an der Mur, Murzzuschlag, Alpy idące do tyłu, schludne forsycje, Wiener Neustadt, poczekalnia.
A w Ljubljanie na zamkowym wzgórzu rosły fiołki, pierwsze, jakie widziała w tym roku.
W pociągu z Wiednia do Warszawy wysłuchała opowieści o zięciu draniu Austriaku, tak zadziwiająco podobnej do tej z wagonu sypialnego, że przez moment zwątpiła w swoją pamięć. Ale to była inna kobieta, inny dzień i ona była inna.
Przy śniadaniu opowiedziała matce, co się dało, wyciągnęła z plecaka wino, suszone owoce i poticę. Przejrzała w gazecie ogłoszenia
o wynajmie, ale kawalerek prawie nie było.
Deszcz pojawiał się i znikał, Ariadna z dziesięć razy dostała słońcem między oczy, a pół minuty później chowała się przed ulewą. Niedaleko byłej dyrekcji kolejowej, (imponujący gmach z dzikim winem i rzeźbami nad frontowym wejściem, setki metrów sześciennych przeszłości), na trawniku przy ulicy też rosły fiołki. Z tych wielkich okien nie były nawet widoczne. Odgrodzone metalowym płotem, ulokowane tuż pod murami zadbane klomby miały się za parę dni pokryć tulipanami – zielone szable liści wysuwały się z ziemi jak salut ukrytej armii.
Rzeka dostała gęsiej skórki od wiatru. Restauracja jeszcze nie wystawiła stolików na zewnątrz. Szyby lśniły oślepiająco. Nie widziała nic
z tego, co działo się we wnętrzu. Forsycja jeżyła żółte długie płaskie płatki. Klamka mokra i zimna.
Ariadna stanęła w drzwiach, mrużąc oczy.

Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego