Ewa Schilling - strona autorska

Idź do spisu treści

Menu główne

Replika nr 32

Wywiady

Jesteś jedną z niewielu polskich autorek prozy lesbijskiej. Czy funkcjonowanie z taką „łatką” ułatwia czy utrudnia pisanie?

Pisania raczej nie utrudnia, za to czytanie recenzji na pewno. I komentarzy na portalach internetowych również (śmiech), bo każda lesbijka wie najlepiej, jaka powinna być „książka o lesbijkach”.

A ty chcesz pisać „książki o lesbijkach”?


Wiesz, ja po prostu piszę o tym, co mnie obchodzi. Mam swoje obsesje tematyczne, sprawy, które poruszają mnie cały czas. Oczywiście, że
o lesbijkach, bo to jest moje. Przeze mnie przeżyte i odczute najgłębiej. Z tym że „o lesbijkach” nie musi znaczyć „wyłącznie o sprawach uczuciowych”.

Irytują cię te komentarze?


Wkurzają mnie, ale staram się mieć grubą skórę. Najbardziej mnie chyba denerwuje, kiedy gdzieś pojawia się zdanie, że ZNÓW piszę
o lesbijkach. Ale kiedy ktoś stworzy czterdziestą piątą powieść o romansie hetero, to nikt nie pyta, czy zmieni tematykę. Bo to jest słuszne i normalne. Zdarzają się też błędy merytoryczne, które świadczą, że ktoś książki nie doczytał albo wręcz nie przeczytał. Czy też dziwne interpretacje. Na przykład Dariusz Nowacki bardzo ciekawie obliczył, ile w Codzienności” jest osób z „płynną tożsamością seksualną”. Wyszła mu większość, a według mnie to tylko cztery (na trzynaście). Osobny temat to niezła recenzja, której autor widzi zupełnie inne rzeczy, niż te o które mi w książce chodziło. Wtedy dziwnie się czuję.

Romans hetero jest neutralny, a lesbijki oznaczają „kontrowersje”. Skąd czerpiesz pomysły na życiorysy bohaterek? Zafascynowała mnie różnorodność leshistorii z „Codzienności”. Opisujesz na przykład swoje koleżanki, znajome?


Na ogół życiorysy to moja wyobraźnia. Chociaż w „Codzienności” jest jedna postać wzorowana na mojej koleżance z liceum. Pomysłów mi na ogół nie brakuje. Ewentualnego rozpoznania realnych ludzi unikam. Częściej biorę z kogoś określone drobiazgi – gesty, przyzwyczajenia, jakiś pogląd, upodobania, na przykład ulubiony film.


Co sądzisz o wyodrębnianiu tzw. Literatury kobiecej? Czy konstytuuje ją płeć autorki, czy treść? A może przekraczanie jakichś kobiecych tabu? Zastanawiałaś się nad klasyfikacją swego pisarstwa?


Nie bardzo lubię klasyfikacje. Jestem bliska poglądu, że literatura dzieli się na dobrą i złą, ale dopuszczam czasem podziały, byle sensowne. Może literatura kobieca to taka – jeśli w ogóle – która porusza tematy, jakich nie zauważa żaden albo prawie żaden mężczyzna?


Doświadczenia z bycia kobietą?


Coś takiego. Ciekawe, co by pod taką definicję się łapało. Może Ann-Marie MacDonald, którą czytałam niedawno. Ona pisze o lesbijkach, ale nie tylko. Z tym że „Zapach cedru” mnie rozczarował, ale już „Co widziały wrony” są bardzo dobre. Ostatnio z literatury kobiecej spodobała mi się jeszcze Alice Munro.


W opowiadaniu „Małgorzata” z „Codzienności” pojawia się wątek molestowania seksualnego. Małgorzata i jej brat są molestowani przez swego ojca, którego z kolei w przeszłości molestował jego własny ojciec. Pod koniec pojawia się sugestia, że brat Małgorzaty krzywdzi w ten sposób własne wnuki, czyli molestowanie jakby przechodzi z pokolenia na pokolenie.


To, niestety, się zdarza, czytałam reportaże o podobnych przypadkach. Nie dotyczy tylko samego molestowania. Wiesz, dzieci alkoholików piją. Bite dzieci biją swoje dzieci. Ale zauważ, że Inge nie wszystko wie na pewno, snuje wiele domysłów na podstawie poszlak – nocnej kąpieli, telefonu, kiedy wujek mówi, że dzieciak zmyśla. To nie jest jednoznaczne, ale jej się już wszystko z molestowaniem kojarzy.


Fakt, jest to tylko sugestia, może nawet bardziej jej lęk niż prawdziwe zdarzenia?


Właśnie – spadkiem po tej historii jest lęk, podejrzliwość.


Piszesz pod pseudonimem. Czy to chęć pozostania w jakiejś mierze w ukryciu?


„Schilling” ładnie brzmi. Nigdy nie przepadałam za moim nazwiskiem z dowodu. Za to imię zawsze mi się podobało, czuję się z nim idealnie. Na początku pisałam pod nazwiskiem panieńskim mamy (Kronhaus – przyp. red.), ale potem znajoma męczyła: magazyn „Inaczej” to jedno, „normalna” literatura – drugie. Wreszcie, choć nie do końca przekonana, posłuchałam jej. A teraz tak już się zżyłam z „Schilling”, że często tak o sobie myślę. Czasem mnie bawi ta podwójność.


Jak wygląda twoje funkcjonowanie jako lesbijki mieszkającej z dala od „wielkiego miasta”? Geje i lesbijki, szczególnie ci otwarci/te częściej wybierają metropolie. Twoja Bielsko-Biała nie jest taka mała, ale położenie ma dosyć peryferyjne. Najbliżej masz do Krakowa. Co możesz opowiedzieć o środowisku LGBT w takim mieście, jak twoje?


Środowisko? Nie wiem, czy coś takiego tu istnieje. Obawiam się, że nie. A sąsiedzi? Nie wtrącają się. Pod poprzednim adresem były głupie odzywki w domofonie, bo widzieli, że mieszkają razem dwie kobiety, ale mamy dużego psa. Wszystkie lesbijki powinny mieć (śmiech). W związku z tym za bardzo nie podskoczyli.


Jakieś zaprzyjaźnione bary? Inne koleżanki lesbijki, pary lesbijskie?


Owszem, jest jeden lokal, ale to taki „przyjazny” raczej niż stricte branżowy. Poznałyśmy kilka osób... Dwie z nich już wyjechały z Bielska. Pary pewnie są, ale to nie znaczy, że łatwo je poznać. Siedzą w mieszkaniach. Raz chciałyśmy zrobić spotkanie lesbijek z Bielska. Zgłosiło się parę przez internet, ale w końcu żadna nie przyszła. Zniechęciłyśmy się jałowymi próbami. Było kilka spotkań z ogłoszenia, jedno dziwniejsze od drugiego. Zresztą, co z tego, że dwie pary są lesbijskie, jak wszystko poza tym je rożni? Stosunek do coming outu na przykład. Poznałam takie panie, które do końca życia pewnie będą mieszkać z mamusią i udawać, że są hetero, co mnie trudno przełknąć. Niewiele mam też wspólnego z osobami uwielbiającymi Kościół katolicki, które usprawiedliwiają jego stosunek do osób homo.


Twojemu „Głupcowi” zarzucono, że pokazuje Olsztyn jako miasto zapełnione lesbijkami.


Policzmy. Para głównych bohaterek, Renata i jeszcze dwie. A Olsztyn ma 180 tysięcy mieszkańców. Pięć lesbijek to ma być dużo???


Myślisz, że są w Polsce wieloosobowe paczki lesbijek, które można by opisać?


Nie wiem. Może w Warszawie? Ale nie jestem zachwycona takim zamknięciem w lesbijskim światku.


Wybrałaś Olsztyn na miejsce akcji „Głupca”, bo to miasto twoich czasów studenckich, prawda?


To brzmi jakbym skądś przyjechała, a ja się w Olsztynie urodziłam. Tak, jestem absolwentką Wydziału Ochrony Środowiska ówczesnej Akademii Rolniczo-Technicznej. Literaturą oczywiście wtedy też się interesowałam, również pisałam, ale raczej „niedrukowalne” rzeczy. Polonistyka trochę mnie zniechęcała językiem staro-cerkiewno-słowiańskim. Wolałam chronić przyrodę.


Co sądzisz o postulatach ruchu LGBT w Polsce? Co jest najważniejsze?


Chyba związki partnerskie, to, żeby w przepisach znalazły się wreszcie jakieś prawa, nawet jeśli nie wszystkie od razu. Wcale nie mam ochoty czekać, ale jestem realistką. Pewnie trzeba by dodać też, żeby nie było tych głupot na nasz temat wygadywanych oficjalnie, czasem przez niby światłych ludzi. I żeby karać takich, którzy publicznie obrażają kogoś tylko ze względu na jego orientację.


Pisarz Jacek Dehnel, otwarty gej, wziął udział w kampanii „Miłość nie wyklucza”. Byłabyś gotowa w podobnej akcji wystąpić?


Tak. Jeśli ktoś kiedyś wpadnie na pomysł, żeby mi to zaproponować.


Literatura ma jakąś rolę do spełnienia w emancypacji osób LGBT w Polsce? Myślisz, że twoje książki pomagają w oswajaniu tej tematyki? Piszesz je z taką myślą – misją?


Biorąc pod uwagę nakłady, to niewiele mogą zdziałać (śmiech). Może paru osobom dały do myślenia, bo cisza w lesbijskiej literaturze dla kogoś, kto czyta, jest przygnębiająca.


A Jeanette Winterson?


Winterson – OK, ale to jedna osoba. I nie z Polski. A jej bohaterki ciągle romansują z mężatkami... Wciąż sporo historii miłosnych lesbijskich to historie o uczuciu niemożliwym do spełnienia, o strasznie skomplikowanych układach.


Oglądasz lesbijskie seriale – „Słowo na L”, „Lip service”?


„Lip service” to „Na językach”, tak? Oglądam i dobrze, że są. „Na językach” jest o wiele lepsze i bliższe rzeczywistości niż „Słowo na L”. Tak mi się wydaje z polskiej perspektywy. Nie są to może arcydzieła, ale trudno od razu liczyć na arcydzieła, najpierw trzeba czymkolwiek zapełnić białą plamę. Jeszcze niedawno nic nie było. Jestem pewna, że te rzeczy będą coraz lepsze. Szkoda tylko, że raczej gdzieś indziej niż tu. Jest jeszcze serial „Skins” o nastolatkach. Dobry wątek lesbijski w 3. i 4. sezonie.


I „Sugar rush” o brytyjskich nastolatkach.


Oraz wątek Callie i Arizony w „Chirurgach”, w jednym z odcinków biorą ślub.


Kiedyś w „Ostrym dyżurze” był taki wątek, ale w Polsce przestali wówczas nadawać ten serial.


„Chirurgów” też Polsat przestał nadawać akurat dziwnym zbiegiem okoliczności w tym momencie, jak wątek lesbijski się zaczął rozwijać. Były już zapowiedzi 6 sezonu i nagle – nic!


Wróćmy jeszcze na koniec do literatury. Nad czym teraz pracujesz? To będzie powieść czy opowiadania? Może coś na tle historycznym, jak twoja „Akacja”?


Chyba najswobodniej czuję się w opowiadaniach, bo mogę w nich szybko ogarnąć całość. Napisałam teraz książkę z narracją prowadzoną
z punktu widzenia trzech osób. I jeszcze mam parę opowiadań w komputerze.

Dziękuję za rozmowę.


Wywiad przeprowadziła Kaja Żurawek.


Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego