Ewa Schilling - strona autorska

Idź do spisu treści

Menu główne

Rozbłysk

Opowiadania

Pije kawę. A to już od dawna nie oznacza, że śpieszy się do pracy. O piątej włączało się radio; w półmroku wiadomości o mżawce, gołoledzi i sile wiatrów brzmiały jak relacja walki z żywiołami. Sztormy na Bałtyku. Bryzgi słonej wody dolatywały aż do jego półsnu. Pozwalał sobie na pięć minut leżenia z przymkniętymi oczami. Potem sprężał się jak strażak, mył, golił, jadł i pił kawę.
Tę zrobił sobie dla zabicia czasu. Żona w pracy, gazeta przeczytana, w telewizji bzdury, za oknem śnieg przypominający przetarte prześcieradło, suchy mróz. Kaśka, ich wnuczka „podrzucona” ze względu na liceum, miała ferie – wyjechała na narty. Wyszło słońce, ale tylko podkreśliło mróz. Zawierciło go w nosie. Kichnął, wytarł nos i z obrzydzeniem wyrzucił chusteczkę. Czuł, że składa się z lepkich śluzów,
żółto-zielonych wydzielin, ukrytych głęboko w zatokach, oskrzelach, płucach. I zupełnie podobnych myśli, zastarzałych, przyklejonych do jakiegoś uchyłka mózgu. (Co prawda to jelita mają uchyłki, ale od tych wszystkich fizjologicznych porównań o mało go nie zemdliło i ani myślał sprawdzać, co tak naprawdę ma mózg).
Zostało mu tylko jedno. Wyjść, z miną zajętego albo spacerującego dla zdrowia przejść przez ulice, starając się wypatrzeć coś zajmującego, śmiesznego, nietypowego. Zmarznie, zgłodnieje i z ulgą wróci do domu. Pomarańczowy promień słońca wpadnie wtedy aż do przedpokoju, tnąc go na odlew po twarzy, wąskim ostrym pasem oświetlając jakiś wstydliwie brudny kawałek podłogi. Pomarańczowe świecące zimno, wskazujące palcem zgubione pod wieszakiem dziesięć groszy, jakby to było coś, czego nerwowo szukał od lat. A w każdym razie coś, na co musi natychmiast zwrócić uwagę bo inaczej... co inaczej? To przez to, że budzi się w nocy i zanim zaśnie przygląda się nocnym przedmiotom w pokoju, zupełnie innym niż dzienne, nabierającym znaczeń. W jednej ze szpar w podłodze leży może do dziś ten pierścionek, który dał Ani na czternaste urodziny a ona od razu go zgubiła. No i co z tego? Gdyby go znalazł, to by coś zmieniło?
Chłód ciągnie na niego od plastikowych okien. Szpary jak w stolarce, nie ma co. I całe mieszkanie jest chłodne, tak jakby było porzucone, jakby nikt w nim nie chciał żyć, a on sam zabłąkał się tylko, żeby przetrwać mroźny dzień. Rzeczy które go otaczały: broszurki z krzyżówkami, cukierki na kaszel, długopisy, czasopisma, pudełka lekarstw, okulary, paragony spięte gumką recepturką, wydawały się stare i zapomniane.
No, dosyć. Takie myśli nie mają sensu. Nie można zrozumieć, skąd się biorą. Wkłada szybko kurtkę, szalik, czapkę i rękawiczki, na wszelki wypadek bierze portfel. Czuje się bezpieczniej, wiedząc, że może coś kupić: bilet na autobus, gorącą herbatę.
Idzie w stronę Starego Miasta bo tam się jeszcze dzieje najwięcej, czasem trafi się happening pod ratuszem, na rynku zbierali karmę dla zwierząt ze schroniska. Albo chłopak gra na gitarze i śpiewa. Chyba, że mu dziś za zimno. Zwykle dawał mu pięć złotych; sam nie potrafi zagrać najprostszego akordu i skrycie podziwia muzyków. Skąd oni to biorą? Zwłaszcza kompozytorzy. Pisarze i malarze, realiści czy abstrakcjoniści przetwarzają jednak to co widzą. A muzyka? Gdzie ona się ukrywa? Nie ma oczywiście na myśli niektórych nowoczesnych eksperymentów. Może sobie być emerytowanym dyletantem ale muzyka i kakofonia to dwie różne rzeczy. Ta druga nigdzie się nie ukrywa. Przeciwnie, jest jej pełno. W nim też.
Ogląda wystawy. Nawet ciepłe kolory sportowych kurtek wydają się lodowate. Czerwony. Pomarańczowy. Żółty. Oczy mu od nich łzawią. Zegar słoneczny na Starym Ratuszu, barwna mozaika, wygląda jak złowroga twarz – metalowy wskaźnik to wydłużony nos. Maska ducha zimy.
Pomnik Kopernika, wiecznie oblegany przez turystów. Zamek, śpiący. Rzeka, ucieka. Tory kolejowe. Wdrapuje się na nasyp – ciekawe czy kolana będą trzeszczeć. Nie jest zmęczony. Widok świetny – wszystkie wieże Starego Miasta rozłożone jak kareta asów. Zamek, katedra, kościół ewangelicki, kościół garnizonowy. Wysoka Brama, nowe kolorowe kamienice, nie widać podwórek pokrytych historycznym brudem, ścian obdartych do żywych szalunków. Pociąga nosem. Dym, świdrujący dym. Ktoś coś pali, pewnie gałęzie w ogródku, bo to drzewny, czysty dym. Oczy mocno łzawią.
Ania lubiła zapach dymu z ogniska. Lubiła wrzucać szyszki w ogień. I jałowiec. I łowiła z nim ryby. Lucyna ziewała i szła na grzyby, a ona zarzucała drugą wędkę. Ale na grzybach też się znała. Lato spędzali w lesie, nie mieli pieniędzy na wielkie podróże, na kolonie Ania nie chciała, źle się czuła w tłumie obcych dzieci. Można zrozumieć, jeszcze zanim się nią zajęli, przeprowadzała się z matką kilka razy: nowe szkoły, klasy, koleżanki, sąsiedzi. Bez przerwy nowa, oglądana, oceniana, próbująca się zaprzyjaźnić, przyzwyczaić. Była taka zadowolona, że skończyła tę samą szkołę, w której zaczęła piątą klasę. Potem liceum. Liceum. Matura. Kasztanowce, kwietne piramidki, rozrzucone wielkie liście - z rozmachem, hojnie, niepowstrzymanie. Kiedy stał pod takim drzewem, czekając aż Ania wyjdzie z auli, spojrzał w górę
i wydało mu się, że jasnozielony wodospad zaraz spadnie mu na głowę. Rozbawiło go to. Ania zdała ustny polski na piątkę, z ulgi i uciechy skakali w górę, próbując dotknąć zwisających liści.
Trafiła do nich... to znaczy przyszła z sąsiedniego mieszkania, bo „mama nie może się obudzić”. Zły był później, że pomyśleli o alkoholu, bo ta kobieta wyglądała na półprzytomną, kiedy ją mijali na klatce schodowej i nie słyszała „dzień dobry”. Ale to była choroba I leki uspokajające. Tamtym razem ją odratowano. Wróciła do domu, tylko że na krótko. Kiedy nie wstawała z łóżka nawet po to, żeby się umyć, zjeść coś samej czy dać jeść Ani, zawiadomili szpital. Po pół roku pobytu zmarła. On przypuszczał, że to było samobójstwo, chociaż lekarze mówili, że miała wyniszczony organizm, chore serce. I tak jakoś przejęli opiekę nad Anią. Żadnej rodziny nie było. Praktycznie żadnej. Opowiedziała im to co wiedziała, podsłuchała, zauważyła.
Ojciec Ani zginął w wypadku motocyklowym kiedy miała dwa lata. Mieszkali u jego rodziców, ale babka zmarła, dziadek sprzedał dom, przeniósł się do drugiego syna; synowa nie cierpiała matki Ani; uważała, że
zadziera nosa i ma wymagania. A powinna być cicha i wdzięczna: sierota z domu dziecka, którą szwagier łaskawie poślubił, bo go złapała na ciążę. Mieszkały u życzliwej koleżanki z pracy, potem kiedy tamta wyszła za mąż, same. Matka Ani musiała zostawić pracę, przeszła na rentę. Dziadek mimo wszystko przesyłał pieniądze. Radziły sobie przez jakiś czas, Ania robiła zakupy i gotowała, kiedy matka gorzej się czuła.
A oni nie mieli dzieci, cztery lata po ślubie. Nie kłócili się które z nich, nie poszli też zresztą do lekarza, uważali, że to nic nie da. Ania była trochę nieśmiała, ale nie gapa – bystra, dobrze się uczyła. Smutek z powodu matki dopadał ją czasem, dziwne, gdyby było inaczej – dopiero to by ich niepokoiło. Z czasem jednak doszła do siebie, coraz częściej się śmiała. Lucyna i on troszczyli się o nią, pilnowali jednak, żeby jej nie rozpieszczać i żeby nie podkreślać, że z matką było jej źle; może mimo wszystko nie było. Nie potrafili sobie zresztą wyobrazić, jaka była prawda.
Wydawało im się, że była z nimi zawsze. Ciemnowłosa i ciemnooka jak Lucyna, z charakteru była jakby w niego. Cichy upór i zastanawianie się nad czymś, co dla innych było niewarte uwagi.
Zdolna była do muzyki. Tego akurat nie miała po nikim. Idzie wzdłuż torów, mijając tę mieszaninę garaży, szop i ruin, która zbiera się
w okolicach dworców, jak tłum, który nigdy nie wyjedzie ale cierpliwie czeka na swoją szansę.
Zupełnie nierealna, rozsłoneczniona biel, śniegu czy powietrza, linie trakcji i niebieska wieża, budynek dworca, tablica „OLSZTYN GŁÓWNY” którą odczytuje z zaciekawieniem, jakby świeżo przyjechał do tego miasta.
Zdolna była do muzyki. Nuciła, podśpiewywała, słuchała radia jak zaczarowana. Posłali ją na lekcje. Śpiewu, pianina. Nauczycielka drogo brała, ale pieniądze musiały się znaleźć. Ania ją lubiła: była to jedna z tych rzadkich osób, które nie wymuszają posłuszeństwa i uwagi, tylko
w naturalny sposób pociągają uczniów za sobą, pokazując im jakie to wszystko jest fascynujące.
Było tak dobrze. Radio grało, słońce świeciło, Ania śpiewała razem z Reną Rolską, Mirą Kubasińską czy Ireną Santor, oni słuchali i mówili, że jest lepsza od nich, Ania szczerze protestowała. — No to będziesz lepsza — śmiał się pojednawczo. Lucyna zamówiła ładną sukienkę
u krawcowej na bal maturalny. Ania nie była kapryśna, nie męczyła o ciuchy z komisu, nie wyciągała pieniędzy na kosmetyki, nie wracała do domu śmierdząc papierosami czy winem.
Przedziera się między warsztatami i pustymi wagonami na koniec peronu, wspina po chwiejnych schodkach, omija zardzewiałe żelastwo, natrafia na drewnianą budę: miga łaciate futro. Aha, koty tu żyją. Przed budką miseczki, ze śladami mięsa i zakrzepłym mlekiem. Ktoś dokarmia, ale chyba dziś nie przyszedł. Zachorowała? Bo to są zwykle kobiety, cholera wie czemu. Przełazi znów schodkami na peron, przejściem podziemnym wydostaje się na ulicę, znajduje sklep. Sucha karma nie zamarznie. Mleko? Trudno, może zdążą się napić. Niechętnie brnie znów tą samą trasą. A jutro? Przyjdzie? Czemu właściwie to zrobił? Nie ma ochoty sprawdzać, czy ten ktoś wrócił. Ta jakaś kobieta. Wzrusza ramionami. Odpowiedzialność. Zimne słówko. Wlecze się ulicą w stronę ronda. Z nosem w szaliku, aż zwilgotniał od oddechu. Rynek. Niczego nie potrzebuje. Skręca tuż koło wiaduktu, mija zegarmistrza i komendę policji.
W Sopocie była taka piosenkarka. Angela Zilia. W prostej biało-czarnej sukience, jedno ramię odsłonięte, w palcach obracała bransoletkę czy inne paciorki; olśniewający uśmiech, promienne spojrzenie. Wspaniały głos, piosenka podrywała człowieka na nogi. No, to był przebój. Do dzisiaj niektórzy pamiętają, Kaśka pokazała Lucynie tę piosenkę w internecie, mnóstwo ludzi ją oglądało. Zdaje się, że Lucyna w tajemnicy przed nim słucha tego i płacze. Ania śpiewała tę piosenkę całymi dniami, wymawiała greckie słowa tak samo jak tamta, jego zdaniem. Wycięła zdjęcie z gazety, powiesiła nad łóżkiem. Pełno było tej melodii w domu. Ania prasuje sobie bluzkę, on porządkuje śrubokręty, gwoździe i inne rupiecie, Lucyna wyrabia ciasto i już:
"primo segondo, stu feggari ti gitonia.”
Ania mówiła, że pójdzie na Akademię Muzyczną. Nauczycielka uważała, że świetnie da sobie radę. Że może być kimś w rodzaju Ewy Demarczyk – pieśniarki, nie piosenkarki. Czasem z Lucyną zastanawiali się co będzie, jeśli nie zrobi kariery, ale nie mieli serca jej straszyć, tak to kochała. Mogła sama uczyć muzyki, śpiewać w chórze – czy to byłoby źle?
Nie byłoby źle, ale jak to będzie kiedy ona się wyprowadzi? Przechodził go zimny dreszcz, jakby zapowiedź strachu; już sobie wyobrażał warszawskich morderców, gwałcicieli i zwykłych przystojnych drani, którzy ostrzą sobie zęby na urocze panienki z prowincji.
Zdała maturę. Zdążyła zdać maturę – i był ten krótki czas przed egzaminami na Akademię. Chodziła wciąż na te lekcje muzyki.
Tylko, że już wcześniej zdarzało jej się później wracać. Bo – tłumaczyła – ćwiczy teraz więcej, zostaje dłużej, bez dodatkowych opłat – nauczycielka chce ją jak najlepiej przygotować. A czasem zachodzi do koleżanki, którą tam poznała i ćwiczą razem. Nigdy nie kłamała. Ale on zrobił się czujny. Coś w tym było. Jego niemuzykalne ucho wychwyciło fałszywy ton.
I wziął ją na rozmowę. Przypomniał na początek, jak to córka jego kolegi, Marzena, zaszła w ciążę, usunęli ją ze szkoły tuż przed maturą,
a chciała iść na studia. Z jakimś kudłatym malarzem, sprzedającym widoczki pod Bramą Floriańską w Krakowie; była na szkolnej wycieczce. Rodzice chcieli ją wyrzucić z domu, aż on się wtrącił i był z tego dumny, bo przemówił Jurkowi do rozsądku. — I co — mówił — co ci to daje? Że przez ciebie wyląduje na ulicy? Bo co ona zrobi? I nie mów mi, że jesteś święty, podrywałeś dziewczyny tak jak tamten, tyle że na motorower. To nie jej wina, że się dała omamić. I tak mu tłukł do głowy: ochłoń, poczekaj, ani się obejrzysz jak odchowa dziecko, pójdzie do pracy, może się ożeni z nią ktoś, kto nie może mieć własnych dzieci...
Ty byś tak zrobił? — spytał Jurek wpijając w niego mętne od wódki oczy. — A czemu nie? — odparł i to odniosło skutek.
Ania się zapierała. — Żaden chłopak, tatusiu. Żadna ciąża. Jestem ostrożna. To zupełnie co innego. To muzyka, lekcje, koleżanka. Czy ja ci kiedyś skłamałam?
I to go najbardziej rozjuszyło.
Wtedy na schodach. Bo skłamała. Bardzo sprytnie to urządziła. Poszedł po nią parę razy i za każdym wychodziła z tej kamienicy na Partyzantów, w której mieszkała nauczycielka. Wszystko w porządku. Bardzo sprytnie. Bo to była ta sama kamienica, piętro niżej. Wtedy przyszedł wcześniej, upewnił się, że już jej nie ma u nauczycielki, zobaczył ją wychodzącą z tamtych drzwi. W dwu skokach był przy niej. Krzyczał. Szarpał. Jak mogła mu to zrobić.
— Tobie? Co? — zapytała, jej twarz była inna niż zwykle, wykrzywiona, cyniczna, zła. Iskry w piwnych oczach, cały ogień. Zaciśnięte pięści.
I zza uchylonych drzwi zobaczył twarz chłopaka, delikatną, oszołomioną twarz nad dziwnie jaskrawym błękitnym golfem.
— Nigdy tu nie wrócisz. Już ja tego dopilnuję — powiedział i szarpnął ją mocniej, bo się wyrywała, chociaż trzymał ją za nadgarstki i chciała uciec za tamte drzwi. On cofnął się i jedną ręką sięgnął klamki, potem naparł całym ciałem. Chłopak usiłował otworzyć, ale on był ciężki
i wściekły, przyciskał drzwi całym ciałem. Ania mu się wyrywała, nie mógł dłużej blokować drzwi, w końcu oderwał się i ciągnął ją po schodach w dół, szarpała i biła go, szarpał ją i pchał, i – spadła, uderzyła głową o balustradę, stopień? Nie widział. Uciekł. Chłopak chyba krzyczał wniebogłosy. Uciekł. To znaczy wezwał pogotowie. Uciekł, jakby mógł pobiec na inną ulicę Partyzantów, gdzie to się nigdy nie zdarzyło. Po prostu wygrzebał drobne, wykręcił numer, poinformował pogotowie.
Partyzantów. Kamienice, które mijał wtedy i teraz, nowa farba, stary tynk, tablice, reklamy, szyldy, dodane jakby dla zmylenia, po to, żeby zmienić to, czego zmienić się nie da.
Domofon. Dzwoni na chybił trafił. Chwilę później widzi, że drzwi nie są zamknięte. Remontu te schody nie uświadczyły. Przybrudzona cisza. Zdezelowane skrzynki, bezsensowne napisy. Wchodzi, patrząc w górę. Nagły trzask. Podniesione głosy.
— Zostaw mnie.
„Nie będę się mieszał”, myśli. Przyspiesza, rejestruje stukot serca. Grubawy facet w szarej kurtce szarpie się z dziewczyną, krótko ostrzyżoną, przerażoną dziewczyną. Zza drzwi wyskakuje druga. Czarny plecak przy ścianie. Facet odwrócił się, pchnął drugą, poleciała plecami na drzwi, okropny dźwięk.
— Wracasz do domu — głos rozchodzi się po klatce schodowej. Głowa obraca się w jego stronę.
— Panie, daj mi pan ten plecak — dyszy facet, którego druga dziewczyna próbuje szarpać za ramię, ale jest zbyt drobna, odskakuje bez skutku.
— Proszę — mówi uprzejmie. Przeciska się na podest, bierze plecak do ręki. Ciężki jak diabli. Wzrok wędruje w dół, na parę brązowych butów – facet lewą
stopę ma na stopniu, a prawą na podeście. Dziewczyna ściska poręcz. Wsuwa swój but między nogi faceta, robi ruch do tyłu. Przytrzymuje dziewczynę. Grubas stęka, siadając na tyłku.
— Chce pan tragedii? — odzywa się, wpatrzony w zaczerwienione policzki.
— Chce pan, żeby tu ktoś umarł, do kurwy nędzy? Niech pan da im spokój!
— Pan by tak zrobił? — bulgocze oburzony. Wstaje, chwytając się balustrady. — Jeśli pana córka byłaby lesbijką?
— Tak.
— Jeśli nie pójdziesz teraz, to koniec — facet wyciąga rękę w stronę dziewczyny, która się cofa. Prosto w objęcia tej drugiej.
Gruby spluwa im pod nogi, odwraca się, schodzi.
Uśmiech tej dziewczyny. „Dziękuję”, mówią jedna przez drugą. Podaje im plecak, który cały czas trzymał w ręce.
— Ja też mam córkę i ona... —
uśmiecha się. Chce się uśmiechnąć.
— Może pan wejdzie na chwilę? — ta druga odwraca się w drzwiach.
— Muszę iść. Ania na mnie czeka — mówi bez sensu. Musiał wypowiedzieć jej imię, przymus jaki odczuwa alkoholik na widok szklanki wódki.
Zrozumiał to. Zobaczył tamtą chwilę jeszcze raz, w rozbłysku światła, które poraziło mu oczy. Twarz wyglądająca zza drzwi nie była twarzą delikatnego chłopaka, tylko dziewczyny. Ania nie kłamała. Żadnego chłopaka. Żadnej ciąży. Dziewczyna, przerażona, bezsilna, o oczach Angeli Zilii. A gdyby zauważył to wtedy, co by zrobił?
Powiedział oczywiście, że wypadek. Nigdy nie przyznał się do szarpaniny. Poślizgnęła się. Ale czy Lucyna niczego nie podejrzewała? Dlaczego miałaby podejrzewać? Bo on czuł się winny? A po czym niby to poznała?
Najdziwniejsze, że niedługo potem Lucyna zaszła w ciążę. Późną, ale bez problemów. Córka, Magdalena, była do nich podobna – do niego
z wyglądu, a do Lucyny – z czegoś tam była na pewno. Nieźle się uczyła, wyciągała pieniądze na kosmetyki i ciuchy, chciała wyjść za mąż, wyjechać na Zachód, mieć dzieci, dom i samochód.
Czegoś w niej brakowało. To była okropna myśl. I to poczucie, że Ania musiała umrzeć, żeby zrobić miejsce dla niej; że musiała zniknąć razem z muzyką, ciepłem życia, żeby mogło przyjść coś innego. Magda poznała chłopaka z Ostródy, tam się przeprowadziła, do domu
z ogrodem, mieli dwoje dzieci i samochód. Pracowała w Urzędzie Miejskim. Kaśka rosła szybko, uczyła się tańczyć, Maciek, chorowity, nie odrywał się od konsoli.
Lucyna rzadko wspominała Anię, ale wiedział, że ciągle o niej myślała. Tak jak on. Wiedział, o czym myśli, kiedy szła, jak nigdy przedtem skrupulatnie, do kościoła. On się tam tylko rozpraszał, modlitwy były pozbawione znaczenia, takie same dla każdego. Bóg? Jeśli był, to w tej ciszy, która zapadła, kiedy Ania leżała skręcona na schodach. Ciszy, którą pamiętał tak, jak inni pamiętają najstraszliwsze słowa swojego życia.
Nie mówił o niej dużo, bo wtedy trudniej mu ją było przywołać, w jego własnych słowach zacierała się doskonała wyrazistość wspomnień. Nie można zagadywać, układać. To trwa w ciszy, w zakamarku, gdzie zagląda się w samotności, powoli wyciągając palce do ognia, czekając
z drżeniem na ból.
Świadomość, że nie mógł jej uwięzić, rozkazywać, zabraniać. Świadomość, że był zazdrosny, nie mógł znieść, że odeszła. Odeszła dokładnie w tym momencie, kiedy spojrzała w oczy tej dziewczyny. Nie była już jego. Jego? Jak on to sobie wyobrażał? Och, niczego sobie nie wyobrażał, poza tym, że nigdy nie dorasta. Zawsze jest jego córeczką, blisko...
Chrząka, spluwa. Zmarzł. Wraca, mija pijaczków grzebiących w śmietniku i sąsiadkę z wózkiem. Pomaga wnieść wózek. Wchodzi do pokoju
i przyjmuje uderzenie między oczy, z pomarańczową twarzą grzeje ręce na kaloryferze.
Kto powiedział, że jest samotny? Kto powiedział, że czeka na śmierć?
Zakrzywione na kaloryferze palce nie dają się rozprostować.
Czy uratował tamtą dziewczynę? Czy jej ojciec wróci? Czy one się kochają? Czy to niezwykłe, ta scena po latach w tej samej kamienicy? Czy zrobił to co powinien? Czy to ma znaczenie? Czy to coś zmienia? Czy to coś zmienia?

Luty, kwiecień
2012

Opowiadanie niepublikowane.



Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego