Ewa Schilling - strona autorska

Idź do spisu treści

Menu główne

Wanda

Opowiadania

– Jeszcze wczoraj o tej porze tańczył na stole – powiedział D.I. z setką w uniesionej ręce.
– Ale się teraz jego książka będzie sprzedawać! – rzucił O.S. i zadumą obejrzał swoją szklankę. Przetarł ją, obejrzał ponownie i dopiero podniósł do ust.
– Dostanie Nike. – F.N. ziewnął i zjadł krakersa.– Założymy się?
– Nominacje są już ustalone – mruknął J.K. i wyskrobał resztki sałatki owocowej.
– Dopiszą go – oznajmił z naciskiem R.P. Poprawił okulary, założył nogę na nogę i ręce za głowę.
– W „Feerii” i tak go zjebią – zauważył F.N., sięgając na oślep po sok pomarańczowy, przy czym trącił łokciem butelkę wódki. Rozlała się lśniącą kałużą, w której tańczyło światło lampy.
– Jasne – wykrzywił się J.K. Tak samo jak w „Demiurgu” i „bazgrołach”. Za stary, za ładnie pisze, używa zdań współrzędnie złożonych i nie zajmuje się tożsamością płciową. A co to kogo obchodzi? Liczy się tylko to, że Piotruś zapieje na jego chwałę dwustronicowy artykuł
w „enpedziu”. – Wszyscy zarechotali z rozkosznego żartu, do którego nie została dopuszczona. Sama się domyśliła, że to skrót od „najpopularniejszy polski dziennik” , a rechot wywoływał sposób, w jaki to wymawiali: „ en.... pedziu”.
– Ludzie to kupią – stwierdził O.S., tłumiąc ziewanie. Dostanie tę Nike, dostanie. Szkoda, że nie mogę tego obstawić u bukmacherów.
– Wdowa dostanie – sprostował D.I.
– Miała nosa, żeby się nie zgadzać na rozwód.
– Wanda zostanie z ręką w nocniku? – R.P chciał dyskretnie zerknąć w jej stronę, ale poruszył krzesłem, które uderzyło w stół i wszystko się zatrzęsło.
– Napisał jej parę pięknych dedykacji. – F.N. z uśmiechem poskrobał się po głowie.
– Czy ktoś ma zapałki? – ryknął O.S.
D.I. wyciągnął zapalniczkę.
– Gaz jest niezdrowy – warknął O.S. Potykając się, ruszył przez pokój ku głębiom ciemnej kuchni.
– A kto tutaj? – Przestraszył się, wpadając na nią. – A to pani Wanda. Co pani robi po ciemku? Duma? O Staszku?
Wetknęła mu w rękę zapałki.
– „Dumał nie dumał, carom nie budziesz”. Chodźmy się napić. – Przytrzymał się kuchenki, obrócił i wymaszerował.
– Weźcie, to jest gotowa reklama – perorował D.I. na stojąco. – Ostatnia książka pisarza ma tytuł „Taniec na stole”, w wieczór swoich urodzin co robił? Tańczył na stole! Rano jego kobieta znajduje go sztywnego. Idealnie.
– No bo pokazywał, jak tańczył ten jego bohater. – F.N. zapalił papierosa. – Literatura wpływa na życie. Zresztą na ogół destrukcyjnie.
– Tak czy inaczej będzie legenda – oznajmił D.I.
Położył nogi na tym samym krześle, na którym trzymał je F.N. Wyjął komórkę z kieszeni białej marynarki i zaczął odsłuchiwać pocztę głosową, czemu towarzyszyły rozmaite grymasy.
O świeżo umyte szyby waliła ulewa, niosąc piach i nasiona. Ogród był rozwartą paszczą czerni, a ciemna kuchnia łączyła się z tamtą ciemnością, tak jak łączą się ze sobą strumyki wody. Szyba mogła w każdej chwili zniknąć w tej czerni siekanej ulewą. Ściany też nic nie mogły pomoc.
– Pożyczy mi ktoś papierosa? – odezwała się ochryple, bo od rana milczała. Formalności załatwili D.I. z F.N. Zrobili to znacznie lepiej
i sprawniej od niej. Nawet lekarzowi to oni opowiedzieli całą historię, ona tylko kiwała głową. Nie dziwił się – szok. Przepisał pigułki, recepta leżała na stole pod miską z sałatką jarzynową.
– Nie ma sprawy. – F.N. wysunął rękę w jej stronę. – Nawet całą paczkę.
D.I. zapuścił sondę w przepastną kieszeń marynarki, gdzie, jak mówił Staszek, mieściło mu się więcej niż w głowie. Nigdy by tego nie powiedział przy nim, zapraszał ich chętnie, ale kiedy się rozchodzili, gorzkniał. Wtapiał się w fotel, przymykał oczy, powtarzał „jedźmy, nikt nie woła” i obserwował rozwiewający się dym z papierosa.
– Dziękuję. – Wzięła paczkę, zapaliła jednego od świecy dogasającej w butelce po whisky na komodzie. Po dwudziestu latach przerwy zaciągnęła się niezręcznie i złapał ją kaszel, ale szybko poczuła się tak, jakby poprzedniego wypaliła rano.
Poprzedniego dnia dom tętnił i lśnił; ciągle pojawiały się samochody, ludzie głośno mówili, dzwoniły dziesiątki komórek, słońce strzelało promieniami przez liście topoli, Staszek śmiał się na całe gardło. Towarzystwo podziwiało tulipany, deptało po krzaczkach truskawek, taszczyło skrzynki piwa, rozpalało grilla. Ona oczywiście rozmawiała, uśmiechała się, donosiła chleb i szklanki, wyjaśniała, gdzie jest toaleta, pokazała, gdzie można położyć paczki z książkami. Nie próbowała protestować, kiedy Staszek wskoczył na stół i zaczął tańczyć. Uwielbiał takie chwile, kiedy „żyło mu się samo”; po prostu robił to, na co miał ochotę, nie przejmował się nią ani nikim innym. Starzy znajomi byli zwykle zachwyceni. Wtedy też: stali i klaskali do rytmu. Staszek pęczniał z dumy, po kankanie zabrał się do twórczych mieszanek polskich
i rosyjskich tańców ludowych przeplatanych zorbą. Spocony i szczęśliwy – takim go zapamiętała.
Zmęczona, z bolącymi nogami padła na lóżko i nie zauważyła już momentu, w którym on padł obok, w ubraniu i oparach piwa. Rano, kiedy go zobaczyła: otwarte usta, otwarte, nieruchome oczy, wiedziała, że to jego śmierć, ale nie była pewna, czy to nie jej sen. Rozsunęła zasłony
i światło słońca zalśniło na sztucznych zębach. Nie mogła na te zęby patrzeć. Nie mogła patrzeć na figurę naturalnych rozmiarów ubraną w rzeczy Staszka.
Nie czuła, że go nie ma. Po prostu to wiedziała, tak jak wiedziała, że minął już cały dzień, chociaż tak naprawdę wciąż patrzyła na jego lśniące zęby i poplamioną piwem koszulę.
– Kto powiedział: „Śmierć jest jedyną kobietą, której jeszcze nie miałem, ale i jej nie przepuszczę?” – zapytał wyzywająco J.K. Zapalił światło w kuchni, cofnęła się przed nim jak cień. Sięgnął do szafek.
– Czego pan szuka? – Położyła rękę na kuchence, zagradzając drogę.
– Bukowski? – krzyknął F.N.
– Kretyn! – odkrzyknął J.K. – Kawy – wyjaśnił na jednym oddechu.
– Jest w lodowce.
– Razem z wczorajszymi gazetami? – D.I. był znakomity, jeśli chodzi o ironię.
– Ziarna kawy trzyma się w lodowce, żeby się nie rozgrzewały przy mieleniu – poinformowała spokojnie.
Chwilami miała wrażenie, że siedzi w długiej i wąskiej sali kinowej, a na ekranie wyświetla się czarno-biały film.
– To zmielić mi... proszę. – J.K. chciał się oprzeć o kuchenkę i wjechał łokciem w patelnię.
Wzruszyła ramionami i wsypała porcję do młynka ekspresu.
– Jeszcze dla kogoś?
– Dla mnie. Rasputin? – F.N. wydawał się pewny, że tym razem zgadł.
– Zabraniam ci się odzywać. – J.K. zrobił gest jakby chciał mu zatkać usta.
– Powiedz wreszcie, bo syfa można dostać od tego kombinowania. Ja przypuszczam, że to jakiś aktor się popisał. – R.P. zdjął buty.
– Nie powiem – chichotał J.K. – Dużo cukru, cukier krzepi.
Młynek mielił. Piękny ekspres, który Staszek wybierał cztery godziny, krążąc między półkami. Stypa weszła w fazę natchnienia. F.N. recytował wiersz młodej gwiazdy poezji, w którym powtarzała się fraza „wczoraj na peronie rzygałem w twoje dłonie”. O.S. i D.I. grozili J.K., że jeśli nie zdradzi autora cytatu, zamieszczą w internecie jego nagie zdjęcie z numerem telefonu. R.P. udowadniał pustym krzesłom, że polska literatura jest najgorsza na świecie, a on pisze najgłupsze recenzje. J.K. w rozpiętej koszuli całkiem spokojnie pił trzecią kawę. Myślała o nich inicjałami, tak jak Staszek opisywał ich w kalendarzu – D.I. dzwonił, F.N. napisał fajną recenzję, R.P. przyjedzie w sobotę. Zbyt obcy na imiona, zbyt codzienni na nazwiska, którymi podpisywali swoje teksty. Nie stali się jej bliżsi teraz, choć z jakąś ulgą przystała na to, żeby zostali, podczas gdy reszta wycofywała się z niepewnymi minami, szepcząc, że nie będą przeszkadzać. Słuchała ich rozmowy w lekkim otępieniu, tak jakby przerzucała odruchowo kartki literackich czasopism, które redakcje przysyłały Staszkowi. Zaglądał do nich, ale nawet dobre recenzje własnych książek go nie zadowalały. „Chwalą, ale nie myślą” – burczał i przerzucał pismo za oparcie kanapy. Co kilka miesięcy wyjmowała je stamtąd, przeglądała i oddawała na makulaturę. Książki traktował inaczej – każdą musiał doczytać do końca, nawet jeśli nie podobała mu się od pierwszego zdania.
Rozlała im jeszcze jedną porcję kawy i wyszła z kuchni. Dobiegał ją głos F.N., który wyrzucał z siebie oszalały miszmasz wierszy od Mickiewicza do Świetlickiego tak zapamiętale, jakby mówił językami w modlitewnym transie.
W ciemnym, cichym gabinecie otworzyła okno na oścież. Czerń wchłonęła ją łagodnie, wiatr szarpnął włosami, budził, wytrącał z odrętwienia. Deszcz zmoczył jej palce, którymi oparła się o parapet. Czuła bliskość mokrego gąszczu; z tej strony ogród był zarośnięty, Staszek lubił plątaninę traw i pokrzyw, w tle stare jabłonie, śliwy, wiśnie. Tam było najwięcej ptaków. I potężny zielono-fioletowy kłąb bzu.
Jej też podobał się ten zakątek, tyle tylko że nie czuła swojej władzy nad nim. Gdyby on nagle chciał tam posadzić cyprysiki, tak by się stało.
Zauważyli, że znikła? Nasłuchiwała kroków, ale odeszły w głąb korytarza, do łazienki.
Ostrożnie zapaliła małą lampkę przy biurku. Oświetliła rozłożony kalendarz i aparat telefoniczny. Wolał przerwać pracę niż nie odebrać telefonu; nie znosił, kiedy robiła to za niego – musiał być pierwszy, niezastąpiony. Komórki nie znosił, bo się wyładowywała, odcinała go od świata. Kalendarz zapisany gęsto, kanciasto – przerzuciła strony od początku. Zupełnie niezły przyczynek do jego życia: między notatki
o umówionych spotkaniach wplecione informacje o polityce i sporcie, odkryciach archeologicznych i astronomicznych, krótkie, złośliwe opisy bestsellerów. Wzmianki o wydarzeniach wśród znajomych typu „W.Ł. ma znów kobietę młodszą o ćwierć wieku, jak ten skurwiel to robi, skoro jest jednocześnie głupi, łysy i żonaty”.
Tylko o niej nie było ani słowa, normalne, ona nie dzwoniła i nie występowała w gazetach, za to zawsze była w zasięgu ręki. A jeśli nawet czasem Staszek wyjeżdżał na festiwal literacki, sam dzwonił wieczorem z hotelu – mówił, że się nudzi, a literackie imprezy to bzdura, miałby je w dupie, gdyby nie honoraria.
Przysunęła notebook. Położyła dłonie na poręczach obrotowego krzesła, z wahaniem, cierpliwie poznawała jego fakturę, wygięcia, załamania, oswajając jego chłód z ciepłem swojego ciała. Staszek uwielbiał takie rzeczy – obrotowe krzesło, dębowe biurko, metalowe stojaki na długopisy, ołówki, zakreślacze, które kupował garściami, kołonotatniki w twardych oprawach z kolorowymi znacznikami na kartkach. Przed wrzuceniem tekstu do notebooka robił notatki – skrótowe, niechlujne, niezbędne. Zwykle w połowie książki przestawał do nich zaglądać, ale zawsze przepisywał początek.
Otworzył się przed nią plik „AUTOBIOGRAFIA”. „Pies polizał mnie po twarzy, ja na przemian głaskałem go i targałem za ogon”. Potem był opis psa, pokoju, fascynacji stojącym na półce pryzmatem. Rodzice, koledzy, szkoła, podglądanie koleżanek, matura, żony, dzieci. Tekst urywał się na sukcesie książki „Tył orła”, wydanej kilka miesięcy przed ich pierwszym spotkaniem. Wyjęła z szuflady najnowszy kołonotatnik,
z wiśniowo-szmaragdową spiralą na okładce. „Dziennikarka nie mogła uwierzyć, że ktoś, kto tak przekonująco pisał o przeżyciach religijnych, jest ateistą. Po pierwsze w pisaniu właśnie o to chodzi. Po drugie tak naprawdę jestem agnostykiem, ale nie lubię przyznawać się do niewiedzy. Ateista brzmi lepiej”. Wertowała coraz szybciej. „Chciałbym reinkarnacji, ale w przeszłość – chciałbym być uczestnikiem misteriów eleuzyńskich”. Kilka kartek uciekło jej spod palca, zawróciła. „Wanda jest jak ten krzak bzu – dobrze mi się myśli, patrząc na nią. Nie truje mi też o rozwodzie, dotrzymuje danego słowa – prawdziwy wyjątek wśród kobiet. Owszem, cholera, rozwiódłbym się, gdyby to potrwało pięć minut i nie ściągnęło hien w postaci dziennikarzy i przyjaciół. Kiedy miałem dwadzieścia dwa lata, nikt mnie nie znał, a Janka była cichą, łagodną istotą. Lucyna jest twarda jak skała, grozi mi najlepszymi adwokatami i ma poparcie w rodzinie. Układ jest jasny – ona dostaje połowę honorariów, oni załatwiają mi doskonałą reklamę, kontakty za granicą. I nie zamieszczają po brukowcach obrzydliwych plotek o moich kontaktach z SB i z małymi dziewczynkami”.
Właściwie wiedziała. „Właściwie”, czyli łudziła się, że tak nie jest. Mniej by ją bolała lekkomyślna niechęć do formalności niż ten szacunek dla realiów wyrażony tu tak zwięźle i dobitnie. Miała oczy i uszy, umiała wyciągać wnioski, ale jego milczenie pozwalało jej się oszukiwać.
Przyjrzała się znów tekstowi z notebooka, długą chwilę wypełnioną zgodnym rytmem oddechu jej i deszczu. Położyła środkowy palec na klawiszu „backspace”, nacisnęła mocno i obserwowała, jak znikają kolejne zdania. Mogła skasować od razu cały tekst, ale chciała zobaczyć proces: jakby cofała wywoływanie fotografii. Jakby nikły włosy, usta, blakły rysy twarzy, aż po oczy zamieniające się w biel.
Sprawdziła, czy drzwi są dobrze zamknięte – czasem uchylały się nagle. Staszek trzaskał nimi, aż echo szło, ale wystarczyło tylko mocniej nacisnąć klamkę, lekko dopchnąć.
Stanowczo, z namysłem wystukała dwie duże litery: JA.
Poniżej.
Pies sąsiadów był uwiązany na łańcuchu – udało mu się z niego urwać – przeszedł przez dziurę w siatce na naszą stronę. Chciałam się z nim bawić – pogryzł mnie. Sąsiad przyszedł – bił go tak długo aż zabił – nigdy nie uciekłam.
Zapaliła papierosa, poczekała, aż pojawi się słupek popiołu i strzepnęła go na nieskazitelny dębowy blat.
Mój brat właził na drzewa – mnie matka łapała za sukienkę. Wypiłam wino – całowałam się z chłopakiem – ojciec nazwał mnie dziwką.
Pracowałam – korekta – księgarnie. Zawsze książki. Poznałam kilku pisarzy – zapisywali słowa – działały jak alkohol, seks albo msza święta. Fascynowali mnie – biorą coś
i zmieniają w tekst. Biorą wszystko – zmieniają w tekst. Mężczyźni. Godziłam się – żeby i mnie – zmieniali w tekst. Ubywało mnie – nie czułam tego.
Lekko się spociła. Zgasiła niedopałek, zapaliła nowego papierosa.
Najbardziej – chciałam być paliwem dla Staszka. On
energia i dynamika, ja – wciągana w wir, część jego magii – współtwórczyni, niezbędny element. Udało mi się przeżyć – dwadzieścia dwa lata – z nim.
Kocham morze – on to wie – przeprowadziliśmy się w jego góry. Chciałam pracować – ubłagał mnie, żebym się zwolniła – załatwił na lewo najniższą rentę. Mówił kolegom „żona” – ja nie mogłam. Nie chciał mieć więcej dzieci – ciągle chwalił się swoją tr
ójką. W łóżku delikatny – kiedy mówił o seksie – wulgarny. Jeśli się wstydził – to tylko tego. Do znudzenia powtarzał – „nie znoszę piszących kobiet, mają kompleks piszących mężczyzn”. Opowiadał o dawnych kochankach. Chciałam być sama – obrażał się – on chciał towarzystwa. Chciał być sam – ja chciałam towarzystwa – obrażał się. Był silny – nosił zakupy – rąbał drewno – pocieszał mnie – że zawsze mu wierzyłam. Zaskakiwał wiedzą – Inkowie, Lapończycy – syberyjscy szamani. Kiedy zachorował – musiał codziennie przyjmować zastrzyki. Od rana namawiałam go – „odsłoń brzuch”, potem krzyczał, że robię to źle – nie chciał nikogo innego. Bał się samotnej śmierci – kazał obiecać – „nie umrę wcześniej”.
Kolejny papieros.
Podziwiałam go – robił rzeczy, które ja chciałam robić. Wybrałam go doskonale – przy nim nie miałam miejsca na swoje kaprysy. Idealnie zabezpieczał – mnie przed porażką.
Nigdy go nie kochałam. Ani samej siebie.
Odchyliła się do tyłu, kark ja bolał. Mogłaby napisać drugie tyle, ale czuła się zmęczona. Trzasnęła zamykanym notebookiem.
Podeszła cicho do drzwi, za którymi coraz leniwiej snuły się ich głosy – noc przechodziła w majowy świt.
– Ale chyba zapisał jej coś? – O.S. czknął. – Dom kupowali razem?
– Nie mam pojęcia. Staszek nigdy nie wspominał o testamencie – D.I. przekrzykiwał czyjeś chrapanie.
– Na pewno ma forsę w banku – zawyrokował F.N.
Nie mam forsy w banku – pomyślała z ręką na klamce. Nigdy nie brałam więcej niż na codzienne potrzeby, poza leczeniem mojej matki. Staszek kupił ten dom, wyremontował go, utopił w nim większość pieniędzy za niemieckie przekłady. Pożyczał kolegom, a potem machał ręką, kiedy zwracali połowę albo nic. Nie życzyłam sobie, żeby mi kupował złotą biżuterię, bo nie noszę takich rzeczy. Z renty brałam pieniądze na prezenty dla niego – kupowanie ich za jego pieniądze to dla mnie byłby absurd. Testamentu nie spisał, bo nie cierpiał przypominania o śmierci – zrobię to, kiedy gorzej się poczuję, powtarzał. Przecież nie jesteś chciwa, przypominał. Ten dom jest własnością jego żony i dzieci, tak jak rzeczy, które się w nim znajdują. Ja mam na koncie trzy tysiące. I na pewno nie napiszę skandalizującej biografii słynnego pisarza.
Nie powie im tego. Cofnęła się. Torbę wzięła z wieszaka, odnalazła przestawione przez kogoś buty. Płaszcz. Wyszła. Nad głową miała rozjaśniające się niebo z ostatnimi chmurami.
Miała siebie.

Opowiadanie pochodzi z tomu "Codzienność".

Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego